Lokalna24 Kędzierzyn Koźle wiadomości z miasta i powiatu

W parafii Świętych Apostołów Andrzeja i Jakuba w Pawłowiczkach kultywują pamięć o osobach wywiezionych 78 lat temu z Kresów Wschodnich na Syberię. O nieludzkich czasach, charakterach nie do złamania i historii, której nie wolno zapomnieć, rozmawialiśmy z Kingą Błaszczak, prawnuczką osadników z Kresów Północnych i Południowych.

Pierwsza z czterech masowych deportacji Polaków z ziemi kresowej przez władze sowieckie nastąpiła 10 lutego 1940 r. Szacuje się, że przymusowe osiedlenie się w zachodniej Syberii i północnych obwodach Związku Radzieckiego tylko w wyniku pierwszej zsyłki dotknęło około 140 tys. ludzi.

Sowiecki okupant, dla którego obywatele polscy stanowili element zagrażający, siłą wywoził osoby w każdym wieku. Zamierzeniem najeźdźcy było rozwiązanie kwestii ludności polskiej, która mieszkała na terenach zagarniętych przez Sowietów w wyniku agresji 17 września 1939 r. Likwidacja, depolonizacja, sowietyzacja - tak pokrótce można opisać działania okupanta.

W czterech masowych deportacjach, mających finał w 1941 r., „pozbyto się” miliona Polaków. Zaplanowana operacja mogła się przyczynić do śmierci 150 tys. osób.

Tragedia dotknęła tysiące rodzin. W tym dużą część osób z korzeniami kresowymi, mieszkających w Pawłowiczkach.

Mężczyźni do broni

Kinga Błaszczak jest prawnuczką osadników z Kresów Północnych i Południowych. Była członkini Stowarzyszenia Kresowian w Kędzierzynie-Koźlu.

- Niestety, nasze drogi się rozeszły i postanowiłam sama krzewić prawdę, jakże istotną dla wielu z nas - wyznaje rozmówczyni.

Zacznijmy jednak od początku. Od pradziadka pani Kingi, czyli Adama Ekierta ps. „Pogarda”. Chorąży, żołnierz Armii Krajowej. Pochodził z Nowego Miasta w powiecie dobromilskim w Galicji Wschodniej

- Uczestnik I wojny światowej. Otrzymał ziemię jako osadnik na Kresach Wschodnich, w osadzie Puzieniewicze niedaleko Nowogródka. Tam też ożenił się z moją prababcią Eufrozyną z domu Burec - wspomina Kinga Błaszczak.

Na świat przychodziły kolejne dzieci: Zygmunt, Zosia, Mirosława - babcia pani Kingi, Krystyna i Stanisław.

- Wczesnym latem 1939 r. najstarszy brat mojej babci, Zygmunt, udał się do Przemyśla, gdzie mieszkała rodzina mojego pradziadka. W tym to mieście zastał go wybuch II wojny światowej - dodaje pani Kinga.

Kiedy w sierpniu 1939 r. nastąpiła mobilizacja wojska, jej pradziadek otrzymał powołanie do armii. Wówczas prababcia pani Kingi pozostała z czwórką dzieci w Puzieniewiczach.

Wkraczają Sowieci

1 września 1939 r. wybuchła II wojna światowa. Dla przodków pani Kingi piekło rozgorzało jednak nieco później, bo wczesnym rankiem 17 września 1939 r.

- Sowieci zaatakowali rubieże Rzeczypospolitej. Nastąpił straszny czas dla wszystkich Polaków tam mieszkających. Ciągłe kontrole, czystki, poszukiwanie oficerów polskich i inwigilacje - wylicza rozmówczyni.

Aż nastąpił pamiętny dzień: 10 lutego 1940 r. O godzinie czwartej wszystkich obudziło głośne stukanie kolbami karabinów w drzwi. Sowieci kazali w kwadrans spakować się i opuścić domostwo.

Przewiezieni na stację kolejową i wtrąceni do bydlęcych wagonów, jak wiele tysięcy innych Polaków, zostali zesłani na nieludzką syberyjską ziemię, niedaleko Archangielska.

Najmłodszy przodek pani Kingi miał wówczas dwa lata, najstarszy lat 13. Na nieludzkiej ziemi spędzili sześć lat.

- Starszą siostrę, Zofię, zabrano do pracy w kopalni w Karagandzie. W myśl hasła „Nie pracujesz - nie jesz”. Miała skończone 14 lat i obowiązywał ją nakaz pracy - mówi Kinga Błaszczak. - Moja prababcia Eufrozyna jest naszą bohaterką. Przetrwała w nieludzkich warunkach - wywieziona z czwórką dzieci, z czwórką wróciła do ojczyzny. Przez kazachskie stepy w 1946 r. powrócili do ojczyzny. Niestety, nie do własnego, pozostawionego domu, ale na Ziemie Odzyskane, w okolice Kamienia Pomorskiego, gdzie osiedli na stałe. Tam urodziła się moja mama. Tam też urodziłam się ja - mówi Kinga Błaszczak.

Z armią Andersa

Pradziadek pani Kingi odnalazł się po wojnie. Był rok 1946. Pobyt w wielu sowieckich obozach sprawił, że był bardzo schorowany. Zmarł w 1952 r. koło Kamienia Pomorskiego w otoczeniu rodziny.

- Rodzina mojego taty także pochodzi z Kresów, z okolic Lwowa. W Tartakowie posiadali niewielki majątek. Brat mojej babci także walczył w II wojnie światowej. Był uczestnikiem walk pod Monte Cassino. Prababcię wraz z moją babcią wywieziono na Syberię w czasie drugiej wywózki w kwietniu 1940 r. Miały jednak więcej szczęścia, ponieważ przebywały tam dwa lata. Później udało im się wraz z armią Andersa przez Persję dotrzeć do Indii, gdzie stacjonowało wojsko polsko-brytyjskie. Zamieszkały niedaleko Bombaju - była to wojskowa osada Valivade-Cohlapur, która już nie istnieje. Tam też moja babcia poznała swojego przyszłego męża - mojego dziadka Jana Błaszczaka, a w grudniu 1944 r. urodził się mój tato – Władysław - sięga pamięcią wstecz rozmówczyni. Jej ojciec swoje dzieciństwo do 1948 r. spędził w Indiach, niedaleko Bombaju. W 1948 r. powrócili do ojczyzny na Ziemie Odzyskane - do Pawłowiczek, gdzie się osiedlili.

Choć może to się niektórym wydawać banalne, warto, parafrazując amerykańskiego pisarza i filozofa George’a Santayana, pamiętać o przeszłości, by nie stać się ponownie jej świadkiem.

- Jestem dumna ze swoich korzeni. Z tego, że mogę być częścią tej rodziny i z dumą mogę przekazywać historię, o której nigdy nie wolno nam zapomnieć - podkreśla Kinga Błaszczak.

 

Foto: pixabay.com

Ilość ocen (0)

0 na 5 gwiazdek
  • Brak komentarzy