Wtorek, 18.06.2019

Rozliczam się z przeszłością dziennikarską

  • 22.05.2019, 11:17
  • Andrzej Kopacki
Rozliczam się z przeszłością dziennikarską
To najbardziej niesamowita z historii, jakie napotkałem podczas 20 lat pracy reporterskiej. Na ślad Włodzimierza Ostrowskiego (nazwisko zmienione) i jego tajemnicy trafiłem przypadkiem. Próbowałem rozwiązać tę zagadkę przez dwa lata. Bez skutku. Powstał z tego reportaż z gatunku „ktokolwiek widział, ktokolwiek wie”. Pół roku później odezwał się brat Ostrowskiego - Jerzy. Mieszkał w Monachium. Zaprosił mnie do Bawarii i opowiedział szokującą historię brata, przez którą 20 lat żył w nieustannym strachu i był inwigilowany przez amerykański wywiad - mówi o swojej ostatniej powieści zatytułowanej „Gambit” znany dziennikarz i reportażysta Maciej Siembieda, z którym rozmawialiśmy podczas jego wizyty w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Kędzierzynie-Koźlu.

- „Gambit” w ocenie czytelników uchodzi za jedną z najlepszych powieści sensacyjnych ostatnich lat. Jak natrafił pan na temat swojej książki?

- Ta historia związana jest z pobliskim Bytomiem i Izbickiem. Bardzo lubię cmentarze. Odwiedzając piękny cmentarz w Bytomiu przy ul. Piekarskiej, natrafiłem na grób pełen zaprzeczeń. Tyle zagadek, ile zapisanych było na tym nagrobku, to jeszcze nie widziałem. Spędziłem mnóstwo czasu na poszukiwaniach, ale nic nie znalazłem. Napisałem reportaż i pół roku później skontaktował się ze mną brat bohatera tej historii, który mieszkał w Monachium. Był jednym z najwybitniejszych polskich szachistów. Wyjechał przy okazji turnieju i poprosił o azyl. Był konstruktorem samochodów i przez lata pracował w BMW, budując m.in. auto Jamesa Bonda z filmu „GoldenEye”. Zaprzyjaźniliśmy się, mimo 30 lat różnicy. Opowiedział mi tę nieprawdopodobną historię. Jest tam miłość, wojna, zdrada, gra powojennych wywiadów. Jest wątek Ludwika Kalksteina, oficera wywiadu AK, potem agenta gestapo walczącego w powstaniu warszawskim w mundurze SS, który po wojnie miał aż szesnaście tożsamości. Wanda Kuryło, jeszcze niedawno współpracownica Kalksteina, rozpoczyna misję, która może odmienić powojenne losy Polski i Europy. W tym czasie w Oświęcimiu umiera jedyny człowiek, który może jej pomóc. Co łączy losy mistrza szachowego, zdrajcy i dziewczyny o niezwykłej urodzie, która po wojnie stanie się agentką MI6, a potem amerykańskiego kontrwywiadu? Czy Wandzie uda się poznać tajemnicę człowieka, którego kochała? Czy powiedzie jej się zemsta? Dowiemy się tego z lektury „Gambitu”. Nawet dziś, długo po śmierci Jerzego, kiedy opisuję tę historię, autentycznie przechodzi mnie dreszcz.

- W książce jest też wątek niezwykle istotny dla obecnego pokolenia Polaków.

- Tak. Chodzi o poszukiwanie legendarnego złoża ropy na Podkarpaciu. PGNiG z Głównym Geologiem Kraju szukają go do dziś. To złoże istnieje i być może jesteśmy drugim Kuwejtem, a wciąż o tym nie wiemy.

- Gdzie więc leży problem w temacie eksploatacji tych złóż?

- To nie jest takie proste do znalezienia.

- Natomiast w pana książce są wskazówki dla decydentów z PGNiG, gdzie powinni wiercić.

- Oczywiście, że są. Całkiem niedawno w tym rejonie znaleziono potężne złoże gazu ziemnego. Natomiast pamiętajmy, że polska ropa na Podkarpaciu jest najwartościowszą na świecie, jeśli chodzi o jej skład. Mało tego, kiedyś byliśmy potęgą światową, większą od Teksasu, gdy eksploatowaliśmy złoża ropy na Podkarpaciu.

- Przecież tam wybudowano pierwsze szyby wiertnicze, a Ignacy Łukasiewicz to wynalazca lampy naftowej i zarazem pionier przemysłu naftowego w Europie. Jako pierwszy na świecie wykorzystał na skalę przemysłową korzyści, jakie daje ropa. Szkoda, że niewiele osób o tym pamięta.

- Tak jest. Zresztą spotkałem się z rodziną bardzo zacnego człowieka ze Lwowa, który wymagał niegdyś pilnej operacji w szpitalu. Była noc. Gdyby czekał do rana, byłoby po wszystkim. Uratowano mu życie, ponieważ lekarze podjęli decyzję o przeprowadzeniu operacji przy świetle lampy naftowej. To był pierwszy taki zabieg w dziejach. Wracając do ropy, to w czasach PRL-u przez lata nikt nie eksploatował tych złóż na Podkarpaciu, ponieważ „Wielki Brat” zza wschodniej granicy nie był tym zainteresowany. Był raczej zainteresowany tym, aby nic się tam nie działo. Podobnie w Karlinie koło Białogardu, które też jest wielką zagadką. Pociągi jeździły tam przez trzy doby, dzień i noc. Wszyscy byliśmy zachwyceni odkryciem tego niezwykle obiecującego złoża. Nagle wybucha pożar i niebawem okazuje się, że nic już tam nie ma.

- Warto przypomnieć tę historię. Podczas odwiertów w grudniu 1980 roku doszło do erupcji ropy. O pożarze w Karlinie na Pomorzu było bardzo głośno w Europie. Służby ratownicze uporały się z problemem dopiero po 32 dniach ciężkich zmagań. Jednakże nie jest tajemnicą, że na terenie Polski znajdują się ogromne złoża ropy, gazu, metali ziem rzadkich. To jest tylko kwestia chęci i dobrej woli, aby po nie sięgnąć, dzięki czemu stalibyśmy się bardzo bogatym krajem.

- No właśnie. W książce jest sugestia, że warto po nie sięgnąć.

- Czym jeszcze zachęci pan do przeczytania tego thrillera, trzymającego w napięciu od pierwszej do ostatniej strony?

- Książka jest szybka, ma bardzo wartką akcję. Ale jest też taką soczewką, która skupia wiele spraw. I jest to, co lubię najbardziej, i powód, dla którego piszę. Bo ja piszę wyłącznie dla przyjemności. Nie mam ani potrzeby robienia kariery, ani potrzeby zarabiania pieniędzy, czy też naprawiania świata. Rozliczam się jakby z przeszłością dziennikarską, z tych historii, które zgromadziłem w czasach reporterskich, i zamieniam je w beletrystykę. Dla mnie największym wyzwaniem jest takie bezkolizyjne wymieszanie prawdy i fikcji, że mogą one siedzieć przy jednym stole i sobie nie szkodzić. Dlatego w tej książce jest bardzo dużo prawdziwych postaci. Jest nią choćby Ludwik Kalkstein. Będąc gwiazdą podziemnego wywiadu, zmienia front i doprowadza do aresztowania dowódcy AK, którym był generał Grot-Rowecki. Kalkstein jest chyba jednym z najciekawszych bohaterów, oczywiście mrocznych, ale mimo wszystko fascynujących.

- O pierwszej pana książce „444” mieliśmy już okazję pisać na łamach „Lokalnej”. Czego natomiast dotyczy druga z powieści pt. „Miejsce i imię” oraz jaki ma ona związek z Opolszczyzną?

- Historia sięga lat 80. XX wieku, kiedy zaczynałem pracę w „Trybunie Opolskiej”. Już wtedy zajmowałem się tropieniem różnych zagadek historycznych. Jedną z nich - trafiłem na nią zupełnie przypadkowo - były pozostałości dziwnych budynków na Górze św. Anny, naprzeciw Muzeum Czynu Powstańczego. Poszedłem do ówczesnej dyrektor tegoż muzeum, legendarnej postaci i zarazem koźlanki Zyty Zarzyckiej, która - ku mojemu kompletnemu zaskoczeniu - opowiedziała mi, że znajdował się tam obóz pracy na prawach obozu koncentracyjnego, który należał do organizacji Schmelt. Jej szefem był generał SS, stojący jeszcze przed wojną na czele wrocławskiej policji. Już w czasie wojny Albrecht Schmelt został prezydentem rejencji opolskiej. Miał sieć około stu niewielkich obozów, których zadaniem była budowa autostrady Berlin-Kraków. W obozach tych więziono głównie Żydów z terenu Zagłębia. Zresztą siedzibą organizacji Schmelt był Sosnowiec. Więźniowie byli fatalnie odżywieni i wyeksploatowani ponad ludzką miarę. Ich umieralność była ogromna. Ci ludzie przeszli istne piekło. Ale pewnego dnia, gdy z Holandii ruszyły transporty Żydów do obozu koncentracyjnego w Auschwitz, ów generał SS zauważył, najpewniej na dworcu w Koźlu albo Opolu, że w wagonach kolejowych znajdują się krzepcy, zdrowi i młodzi ludzie. Wpadł więc na pomysł, że będzie podmieniał swoich wycieńczonych więźniów na zdrowych z transportów. Getto w Amsterdamie było jednym z największych w Europie. Przebywało w nim 100 tysięcy ludzi, bo uciekli tam niemieccy Żydzi, przekonani, że Holandia zachowa neutralność.

- I że będą tam bezpieczni.

- Pomylili się. Stworzono dla nich obóz Westerbork i w pewnym momencie zaczęto ich z niego wywozić do Auschwitz. Ale że sytuacja Żydów holenderskich była o wiele lepsza niż w innych krajach, to nie byli oni aż tak bardzo wygłodzeni. Ów generał SS podmieniał z tych transportów po pięć-dziesięć osób, byleby liczba tych oddanych i zabranych się zgadzała. Siłą rzeczy musiał wtedy trafić na szlifierzy diamentów. W Amsterdamie szlifowaniem diamentów zajmowało się dziewięć tysięcy osób. I byli to wyłącznie sefardyjscy Żydzi. Nikt inny nie miał wstępu do tej kasty. Generał zabierając Żydów z wagonów kolejowych przybyłych z Holandii, regularnie na nich trafiał. Proszę pamiętać, że w czasie wojny, a dokładnie w 1943 roku,  kiedy ta autentyczna historia się rozgrywa, na świecie istniały trzy złoża diamentów. Pierwsze z nich stanowiła Syberia, do której nie było dostępu z uwagi na front wschodni. Drugim była Afryka Południowa, również odcięta z uwagi na to, że część północna kontynentu objęta była działaniami zbrojnymi. Natomiast trzecim złożem były woreczki amsterdamskich Żydów, które zabierali ze sobą. Tłumaczono im, że gdy pojadą na Wschód, zamieszkają w miasteczku, gdzie będą je mogli szlifować. Nie powiedziano im wprost, że im wszystko zabiorą, bo wtedy pojawiłyby się problemy z transportem i doszłoby do buntu. Zatem gdy trafiali do wagonów, to te diamenty mieli przy sobie.

- I część z nich dotarła właśnie do obozu, który znajdował się na Górze św. Anny.

- Ludzie, z którymi rozmawiałem w latach 80., a konkretnie dawni miejscowi pracownicy tego obozu, którzy nie byli więźniami, lecz wynajmowano ich do pracy w kuchni, czy też przy wywozie nieczystości, twierdzili, że znajdował się tam zakład jubilerski. Mówili głównie o przetapianiu złota, ale jest to nierealne. Nie można było w warunkach małego obozu na Górze św. Anny stworzyć huty, która przetapiałaby złoto. Ale szlifiernię diamentów już tak. Urządzenia, które wykorzystywano wtedy do tego celu, były napędzane pedałem, jak w starych maszynach do szycia. Nie była do tego potrzebna nawet energia elektryczna. Wystarczyło mieć tarczę, a oni wiedzieli, jak ją zrobić. Dowiedziałem się, że w zakładach w Zdzieszowicach pomagano im w produkcji tych tarcz, wykonanych z bardzo twardego metalu, posypanych tzw. pudrem diamentowym. Bo tylko diament zeszlifuje diament. I Albrecht Schmelt rozpoczął niebywały wręcz biznes. W krótkim czasie stał się bardzo bogaty. Ponieważ robił to na własną rękę, a nie dla dobra III Rzeszy, to szybko go aresztowano, mimo jego potężnej pozycji.

- Krótko mówiąc, robił to nielegalnie.

- Tak, nielegalnie. Aresztowano go i tak naprawdę nie wiadomo, co się z nim później stało. W IPN są jego trzy autentyczne akty zgonu, z różnych dat i z różnych miejscowości. Jeden z Opola, drugi ze Szklarskiej Poręby, a trzeci z Badenii-Wirtembergii. Moim zdaniem był to zbyt bogaty człowiek, żeby o tak sobie zniknąć, czy też zostać skazanym. Mówi się o jego samobójstwie, o areszcie domowym w jakimś zamku pod Opolem. Uczyniłem tę historię głównym wątkiem powieści, ponieważ fascynujące było to, że ona w ogóle mogła mieć miejsce. Choć IPN uznał to za fikcję literacką, to w księdze zgonów w Leśnicy zachowało się kilkanaście nazwisk, które tak naprawdę nie są nazwiskami. Otóż po żydowskich imionach nie pojawiały się nazwiska tych osób, a jedynie nazwy zawodów. Byli tam zatem specjaliści od przygotowywania tarcz szlifierskich, obcinacze, ustawiacze, szlifierze. To jest koronny dowód na to, że nie ma tu mowy o żadnej fikcji. Z tego, co wiem, przedstawiciele IPN byli już dwukrotnie w tej sprawie w Izraelu i być może ten wątek zostanie jednak wszczęty.

- Czyli sprawa wbrew pozorom jest rozwojowa.

- Może być rozwojowa… Prawdopodobnie wśród strażników tego obozu byli jacyś ludzie powiązani później z aparatem PRL-owskim. Jednak wszystko to, co Główna Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce wszczęła przeciwko tym strażnikom obozowym, zostało później umorzone.

- Ile osób przewinęło się przez tę szlifiernię diamentów na Górze św. Anny?

- Ów obóz zlikwidowano bardzo szybko i skrupulatnie jeszcze w czasach III Rzeszy. Tak naprawdę 56 ciał nigdy nie odnaleziono. Natomiast ja mniej więcej wiem, gdzie ci ludzie są pochowani. Usłyszałem to od świadków. Jeżeli IPN faktycznie może wszcząć to śledztwo, to myślę, że przy zastosowaniu obecnej techniki łatwo te groby odnajdzie. W mojej powieści ten grób jest odnaleziony, konkretnie głównego bohatera. Ale więźniowie tego obozu i zarazem szlifierze diamentów gdzieś tam leżą.

- Mówimy o gminie Leśnica?

- Tak.

- A co z diamentami?

- Dobre pytanie. Nawet jeżeli były to niewielkie kamienie, dwukaratowe brylanty, to dziś cena takiego kamyczka sięga 50 tys. euro. Diamenty to kamienie szlachetne, które naturalnie występują w przyrodzie. Jednak ze względu na nieregularne kształty i matową powierzchnię, by mogły zostać wykorzystane w jubilerstwie, muszą najpierw zostać oszlifowane. Właśnie w ten sposób powstają brylanty. Przed wojną Amsterdam był absolutnie światową stolicą szlifierzy diamentów. Jednak przez Hitlera i wojnę stracił to miano. Teraz w tej branży rządzi Antwerpia. Pisząc tę powieść, miałem bardzo dobrego konsultanta z Trójmiasta, który był współwłaścicielem kopalni diamentów w Sierra Leone. Dużo mi powiedział o tej branży i całym rynku.

- Dlaczego na miejsce tej szlifierni wybrano właśnie Górę św. Anny?

- Bo była najbliżej dworców kolejowych w Koźlu i Opolu, gdzie trafiały transporty Żydów z Europy Zachodniej. Można ich było po cichu przewieźć na miejsce. Albrecht Schmelt nie potrzebował przecież rozgłosu i nie chciał tego robić na masową skalę, bo zaraz by się to wydało. Taka nielegalna działalność była zagrożona karą śmierci w III Rzeszy.

- Co Maciej Siembieda, oczywiście poza pisaniem książek, porabia na co dzień w Sopocie?

- Mieszkam. Starzeję się z godnością. Zajmuję się PR. W dzisiejszych czasach, jeśli chce się pisać książki, to trzeba mieć jeszcze jakieś inne źródło dochodu. Oczywiście istnieje kasta znakomitych pisarzy zawodowych, którzy doskonale z tego żyją. Jednak autor w Polsce zarabia bardzo mało. Trzy złote od książki to jest dużo. Żeby się na tym dorobić, trzeba by było sprzedać z 50 tys. książek.

- Ciągnie pana na Opolszczyznę? To tutaj pan studiował, był redaktorem naczelnym „Gazety Opolskiej”, potem „Nowej Trybuny Opolskiej”.

- Tak. Do Opolszczyzny, gdzie wciąż mam wielu przyjaciół, czuję ogromny sentyment, zatem dość często tu bywam. Poza tym proszę zwrócić uwagę, że wszystkie moje dotychczasowe trzy książki są mocno związane z Opolszczyzną.

- To prawda. W Kędzierzynie-Koźlu kiedy był pan po raz ostatni?

- Chyba w 1982 roku, czyli około 37 lat temu.

- Pierwsze wrażenia?

- Rynek się nie zmienił poza tym, że jest obecnie w remoncie. Ale elewacje budynków są takie, jak były. Podobnie w przypadku kościoła.

- Życzę kolejnych bestsellerów, na miarę tych dotychczasowych.

- To już za rok. Opisuję bowiem historię, która jest jeszcze bardziej niesamowita. Też jest związana z tym regionem, a konkretnie z okolicami Raciborza.
 


Maciej Siembieda ur. w 1962 r. w Starachowicach, dziennikarz, reportażysta, doktor nauk społecznych. Ukończył filologię polską w 1985 r. w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Opolu. W 2014 r. obronił pracę doktorską na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie. Był redaktorem naczelnym gazet regionalnych: „Nowej Trybuny Opolskiej” (1995-2000), „Trybuny Śląskiej” (2000-2002) i „Dziennika Bałtyckiego” (2002-2005). Od 2014 r. jest kierownikiem Katedry Dziennikarstwa Szkoły Wyższej Ateneum w Gdańsku. Współpracował także m.in. z Uniwersytetem Gdańskim, Katolickim Uniwersytetem Lubelskim oraz Uniwersytetem Opolskim. Jest trzykrotnym laureatem tzw. polskiego Pulitzera, czyli Nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (1992, 1993, 1996) oraz pięciu nagród Media Trend. Od 1993 r. jest członkiem Związku Literatów Polskich. Autorem trzech bestsellerów: „444”, „Miejsce i imię” oraz „Gambit”.

 

Andrzej Kopacki
Podziel się:
Oceń:

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe