Weronika z Większyc udawała mężczyznę. Rozkochała i oszukała mężatkę z Monachium

  • 28.12.2021, 19:57
  • art
Weronika z Większyc udawała mężczyznę. Rozkochała i oszukała mężatkę z… Archiwum prywatne Daria Raczyńska (z lewej) odwiedzała Weronikę. Kobiety spotykały się w Większycach. Po prawej zdjęcie fałszywego Artura Wójtowicza w mediach społecznościowych.
Weronika z Większyc ma 41 lat. W wirtualnym świecie była Arturem Wójtowiczem - czarującym biznesmenem z Warszawy, właścicielem dobrze prosperującej firmy, który angażuje się w akcje charytatywne. Kobieta udająca mężczyznę stworzyła kilka fikcyjnych kont w mediach społecznościowych. Jako Artur organizowała pomoc dla potrzebujących, ale dary otrzymane od ludzi dobrego serca zatrzymywała dla siebie.

Daria Raczyńska od 14 lat mieszka w Monachium, jest jedną z osób oszukanych przez mieszkankę Większyc, która udawała mężczyznę. Obecnie policja sprawdza, czy poszkodowanych jest więcej. Daria ma 38 lat, dwójkę dzieci i męża, z którym jest od 9 lat. Weronika, udając Artura Wójtowicza, rozkochała ją w sobie i niemal doprowadziła do rozpadu związku małżeńskiego.

- Wykorzystała mnie w sposób wyjątkowy, bo mnie uwiodła. Uwiodła mnie baba. Przecież to jest nie do pomyślenia. Nie chciałabym, żeby ktokolwiek przeżył coś takiego jak ja - wyznaje Daria Raczyńska. Zdecydowała się opowiedzieć swoją historię, żeby ostrzec innych przed podobnymi sytuacjami.

Dziś Weronika płacze i żałuje tego, co zrobiła. W rozmowie z nami przyznała się do wszystkiego. Ale o tym później.

 

Znajomość z internetu

Słuchając historii Darii Raczyńskiej, trudno uwierzyć, że wydarzyła się ona naprawdę i że można było dać się tak oszukać. 38-letnia kobieta wciąż nie może dojść do siebie po tym, co ją spotkało, jak została zmanipulowana. Artura Wójtowicza poznała na grupie „Pomoc bezinteresowna województwo opolskie”. Daria zawsze była wrażliwa na ludzką krzywdę i chętnie pomagała innym. Mężczyzna od razu zwrócił jej uwagę. Tak jak ona, angażował się w pomoc potrzebującym. Wyróżniał się aktywnością na grupie. Jego posty spotykały się z dużym zainteresowaniem innych osób. Ci, którzy chcieli pomóc, otrzymywali konkretne informacje, co jest potrzebne. Bardzo jej się to podobało.

- Wszystko zaczęło się jesienią zeszłego roku. Pomagałam jednej rodzinie i wtedy na grupie zauważyłam Artura. Był bardzo aktywny. Pomagał różnym rodzinom, meldował się w różnych miejscach z pomocą. Napisałam do niego, a on podał mi listę rzeczy potrzebnych dla rodziny w Większycach - opowiada Daria Raczyńska.

Wtedy kobieta wraz ze znajomymi zorganizowała pierwszy transport. Potrzebne rzeczy do Polski przywiózł kuzyn męża pani Darii. Adres wskazał Artur. Odbiorcą była Weronika, którą Artur opisywał jako swoją przyjaciółkę w potrzebie. Kobieta podobno miała męża, który niedawno zmarł, oraz córkę, która również zmarła na raka w wieku kilku lat. Wtedy Daria nie miała pojęcia, że Artur i Weronika to ta sama osoba.

- Pomogłam jednorazowo i potem już się nie odzywał. Ja się odezwałam, gdy robiłam porządki w domu i miałam dużo niepotrzebnych rzeczy do oddania. Pomyślałam, że skoro Artur tylu osobom pomaga, to będzie miał jakąś rodzinę, której mógłby przekazać te rzeczy - wspomina Daria Raczyńska.

Wtedy Artur opowiedział jej historię rodziny z Większyc. Chodziło o kuzynkę Weroniki, która właśnie straciła w pożarze dorobek życia. Mieszkanie miał podpalić jej mąż, który ją pobił i zostawił bez środków do życia z córeczką. Daria, która też ma dwójkę małych dzieci, bardzo przejęła się losem kobiety. Szybko zorganizowała pomoc. Do Większyc wysłała dwa zapakowane po sufit busy, a w nich sprzęt niezbędny do wyposażenia domu. Kobieta ślepo ufała Arturowi. Na dodatek Weronika, żeby uwiarygodnić historię wysłała Darii zdjęcia dziewczynki. Później okazało się, że fotografia przedstawiała zupełnie inną osobę.

Transport z darami odebrała Weronika.

- Mówiła, że dla tej kuzynki to krępujące, więc tak będzie lepiej - wspomina 38-latka. - Od tamtej pory pisaliśmy z Arturem regularnie i dużo. Wzbudził moje zaufanie - przyznaje.

 

Mieli się spotkać

Daria bardzo zaangażowała się w nową znajomość. Zaczęła się zwierzać wirtualnemu znajomemu ze swoich problemów małżeńskich, a on wykorzystał to do swojej gry. Tak zawrócił Darii w głowie, że ta zażądała rozwodu od swojego męża. Myślała o przyszłości z Arturem, który przedstawił się jako majętny mężczyzna, posiadający trzy domy: w Warszawie, Gdańsku i Opolu. Ale Daria zaznacza, że nie interesowały ją bogactwa Artura. – Nie rozmawialiśmy o tym, nie dopytywałam. Imponował mi swoją wrażliwością, pasjami, talentami, poczuciem humoru mimo straty żony i dzieci – argumentuje Daria Raczyńska.

Im bardziej angażowała się w nowa znajomość tym gorzej wyglądały jej relacje z mężem.

- Konflikty w naszym związku były od jakiegoś czasu, a to, że poznałam Artura, było takim zapalnikiem. Miałam dość życia z mężem, a kiedy pojawił się taki superwspaniały ktoś... Zabiegał o mnie, byłam dla niego wspaniała, wyjątkowa. Cały czas otrzymywałam komplementy. Zawsze za wszystko dziękował. Był dla mnie miły. Miał dla mnie czas, rozmawialiśmy godzinami. Po pewnym czasie doszło do tego, że chciałam rozwodu. Tak wyszło. Zaangażowałam się w tę znajomość. Wstydzę się o tym mówić, bo jest to upokarzające, jak mogłam dać się tak zmanipulować. Wirtualnie się w nim tak jakby zakochałam - wyznaje Daria Raczyńska.

Wszystkie ich rozmowy prowadzone były przez komunikator. Daria nie słyszała nawet jego głosu, ale szybko stał się dla niej bliską osobą. Bardzo chciała poznać go osobiście.

- Mieliśmy się spotkać u Weroniki. Artur opowiadał, że ona jest jego przyjaciółką. A gdy poznałam Weronikę, to ona mówiła o nim to samo. Potwierdzała, że on rzeczywiście istnieje, że jest taki, jak mi o sobie opowiadał. Że jest dobry, pomaga wszystkim i że dużo przeżył. Nie miałam powodu wątpić w to, że go nie ma. Była przy tym niewiarygodnie przekonująca - opowiada oszukana kobieta.

Wyznaczyli termin spotkania na 14 maja. Wtedy zaczęły się dziać nieprawdopodobne rzeczy.

- Piątego maja Karolina, córka Artura Wójtowicza, napisała post na swoim profilu, że tata nie żyje - wspomina Daria Raczyńska. Mężczyzna miał zginać w wypadku, jadąc coś załatwić potrzebującej rodzinie. Kobieta załamała się po przeczytaniu tej informacji, ale prawdziwego szoku doznała dzień później.

- Odezwał się do mnie Artur. Napisał, że żyje i że córka chciała go otruć. Był w szpitalu i stamtąd przewieźli go do Norwegii, żeby go ukryć. Opowiadał, że jest tam też kilka osób i wszyscy czekają, aż sprawy się wyjaśnią. W jego przypadku było to rozpracowanie grupy przestępczej, do której należała jego córka, zięć i wiele innych osób. Na bieżąco mnie informował, jak się sprawy mają, bo co tydzień mieli spotkania z policjantami. Policja sfingowała jego śmierć. Był ponoć też pogrzeb w Gdańsku. Wszystko po to, żeby córka nie dowiedziała się, że żyje. Rozmawiałam też w międzyczasie z Karoliną, która potwierdziła, że tata zmarł w szpitalu na groźnego wirusa i że nie widziała go na oczy. Wszystkim zajmował się jego prawnik. Sporządził fałszywy testament. Córka miała dostać spadek za dwa lata, pod warunkiem że pójdzie do pracy i będzie się utrzymywać sama. Wściekła się. W późniejszym czasie napadła ze swoimi wspólnikami na tego prawnika. Ciężko go pobili, a psy, którymi się opiekował prawnik pod nieobecność Artura, zabili dla zabawy. Po tym zdarzeniu przenieśli Artura w bezpieczniejsze miejsce, do Szwajcarii, bo nie było wiadomo, czy prawnik nie wygadał się, gdzie Artur przebywa, ale chodziło im tylko o testament. Nie można go było przesłuchać, gdyż był nieprzytomny. Karolina po krótkim czasie skasowała swój profil. Nie było z nią kontaktu. Odezwała się dopiero po tym, jak zdemaskowałam Artura i zrobiła z siebie wariata - opowiada Daria. Wówczas wierzyła, że to wszystko dzieje się naprawdę. Uwierzyła również, że córka Artura była powiązana z mafią handlującą ludźmi. Całym sercem zaangażowała się w pomoc fikcyjnej osobie.

Okazało się, że profilem Karoliny, która rzekomo była córką Artura, też zarządzała Weronika. Takich kont było więcej.

Daria przyznaje, że problemy w małżeństwie i problemy Artura tak ją przytłoczyły, że nie analizowała tego, co się dzieje, po prostu się temu poddała.

- Byłam naiwna, zaufałam mu i teraz płacę za to wysoką cenę - podkreśla.

Kobieta całkowicie uległa czarowi Artura. Mężczyzna chciał jej osobiście wyznać miłość, ale nie mógł, bo jak twierdził, był cały czas przetrzymywany przez policję. Ta zaś, ze względu na prowadzoną sprawę i dla jego bezpieczeństwa, nie pozwala mu na żadne widzenie. Kierował Darią tak, by ta pod jego nieobecność pomagała Weronice. Coraz częściej pożyczał też od Darii pieniądze i obiecywał, że odda je z nawiązką, gdy tylko zostaną odblokowane jego konta bankowe.

- Artur tłumaczył, że gdy był w ukryciu, to wszystkie jego nieruchomości i konta były zabezpieczone i nie mógł z nich korzystać. Dlatego pożyczał pieniądze na pomoc - wyjaśnia Daria.

 

Pomoc dla Renaty

Kobieta wciąż nie może sobie wybaczyć, że była tak naiwna. Opowiada nam kolejną historię, w którą uwierzyła.

- Renata - kuzynka Artura - mieszkała w Prudniku ze swoją mamą. Artur do mnie napisał, że jego prawnik poinformował go, że zmarła Renata. Poprosił mnie o wysłanie pieniędzy na wieniec; Weronika miała kupić i pojechać na pogrzeb. Bo to jego rodzina i mu bardzo zależy. Zgodziłam się bez wahania. Potem okazało się, że się pomylił i że nie zmarła Renata, ale jakaś ciotka. Za jakiś czas Artur napisał, że prawnik załatwił pracę u jakiegoś kolegi dla tej Renaty w Warszawie i czy nie pożyczyłabym jej parę stówek na bilet i żeby miała na parę dni na życie. Zgodziłam się. Przyjechała Renata do Weroniki, ta przekazała jej pieniądze, została na noc i rano pojechała do Warszawy. Potem Weronika mi pisze, że sprzątała i znalazła kilka puszek po piwie, że niby ta Renata tyle przez noc wypiła i że ona do tej Warszawy jeszcze pijana jechała. Na miejscu się okazało, że Renata cały czas pije i nie jest w stanie iść do pracy. A że prawnik Artura ma wszędzie kontakty i układy, to załatwił jej szybko odwyk. Na jakiś czas był spokój, a potem Weronika mi pisze, że sąsiadka jej mówiła, że była u niej jakaś młoda kobieta, wypita, i jej szukała. Weronika od razu zorientowała się, że to może być Renata. Napisałam do Artura, on do prawnika i potwierdzili, że zwiała z odwyku. Artur poprosił mnie, żebym znowu pomogła. Trzeba było przesłać Weronice pieniądze na bilety do Warszawy. Jeszcze w międzyczasie wyszło, że Renata jadąc do Prudnika z Warszawy, została złapana bez biletu i trzeba mandat zapłacić. To na ten mandat też wysłałam. Weronika odwiozła Renatę do Warszawy i wróciła. Potem była już cisza. Jak ona miała wszystko zaplanowane. Pisała mi, o której ma bus, pociąg, gdzie są przesiadki i ile musi czekać. Nie do wiary, jak perfekcyjnie opracowywała każdy plan. Jak to opisuję, to sama nie wierzę, że byłam tak naiwna. Ta Weronika to człowiek bez sumienia, bezwzględna. Wszystko zrobiła, aby osiągnąć zamierzony cel - ocenia nasza rozmówczyni.

We wrześniu Daria pojechała do Prudnika, do mieszkania Renaty.

- Rozmawiałam z sąsiadką. Powiedziała mi, że mieszkanie od roku stoi puste, że żadna Renata z mamą tam nie mieszkały i że nikt nie umarł w ostatnich miesiącach - opowiada.

Mimo tych wszystkich niewiarygodnych historii kobieta dalej myślała o przyszłości z Arturem.

- Z jednej strony cieszyłam się, że rzeczywiście coś z tego może być. Rozumieliśmy się świetnie. Rozmawialiśmy bardzo dużo, codziennie. Z drugiej strony obawiałam się. Gdybyśmy nawet się spotkali i kliknęłoby to, nie mogłam sobie wyobrazić z nim życia w tym sensie, że cały czas miałby uciekać i gdzieś się ukrywać, zmienić tożsamość w obawie, że jak jego córka wyjdzie z więzienia, to mu nie daruje i będzie go szukać, żeby się zemścić. Po prostu bałam się tego życia w ciągłym strachu, mam dzieci. A ta córka miała być w grupie przestępczej zajmującej się handlem ludźmi i miała mieć na koncie kilka przestępstw - wyznaje Daria, a opowiada z takim przejęciem, jakby to było naprawdę.

Kobieta dopiero po blisko dziesięciu miesiącach znajomości zaczęła podejrzewać, że coś jest nie tak. Weronika kilka razy pogubiła się w swoich historiach, a Daria to wychwyciła. I druga rzecz - nie miała żadnego kontaktu z Arturem, kiedy spędzała czas z Weronikę. Gdy przyjeżdżała do Polski i spotykała się z kobietą, zawsze kontakt z Arturem się urywał. Wtedy przestawał pisać.

- U Weroniki byłam cztery razy. Za pierwszym razem spałam w hotelu. Nie zaprosiła mnie do siebie. Tłumaczyła, że nie ma warunków i że się wstydzi. Poczęstowała mnie obiadem. Rzeczywiście, żyła biednie i skromnie. Tym bardziej uwierzyłam, że potrzebują pomocy. Drugi raz spałam już u niej. Zaprosiła mnie. Powiedziała, że jestem jej przyjaciółką i traktuje mnie jak rodzinę. I za każdym razem, gdy będę w Polsce, mam ją odwiedzać. Mówiła, że zawsze mnie ugości, bo jestem dla niej jak siostra. Byłam jeszcze u niej dwa razy. Ostatni raz w sierpniu, gdy jechałam do Polski na wakacje. Bardzo chciała zobaczyć moje dzieci. Pojechałam z dziećmi i spędziliśmy u niej tydzień. Za każdym razem podczas pobytu u Weroniki Artur przestawał pisać. Zawsze umiał to wytłumaczyć. Pisał, że ukrywa go policja i zabiera mu telefon - wyjaśnia Daria Raczyńska.

Mąż Darii na początku pomagał organizować pomoc.

- Widział, że pomaganie innym sprawia mi przyjemność - tłumaczy kobieta. Ale z czasem stało się to problematyczne.

- Mąż dobrze zarabia, więc nie musiałam pracować, ale chciałam. Byliśmy umówieni, że pójdę do pracy i to, co zarobię, będę przeznaczała na pomoc dla innych. W pewnym momencie mężowi zaczęło to przeszkadzać. Tłumaczył, że jest tego za dużo i można te pieniądze przeznaczyć chociażby na wycieczkę. Nie miał problemu z tym, żeby pomagać, ale wsparcie, które oferowałam Weronice, to było już za dużo. Teraz to rozumiem, ale wtedy byłam omotana - ocenia Daria Raczyńska.

Mąż wyprowadził się w czerwcu. Poprosił Darię, by zorganizowali spotkanie z psychologiem, zanim się rozwiodą. Miał jeszcze nadzieję na uratowanie związku, ale chciał też, by dla dobra dzieci, 3-letniej córki i 5-letniego syna, rozstać się w zgodzie. Martwił się też, że przez problemy Artura jego bliskim może grozić niebezpieczeństwo. Kobieta dla świętego spokoju zgodziła się na spotkanie ze specjalistą. Do wizyty doszło na początku sierpnia.

 

Zdemaskowała oszusta

- Psycholog otworzyła mi oczy. Powiedziała, że być może ten Artur jest przestępcą i że policja nie działa w taki sposób, jak to opisywał. Dało mi to do myślenia - przyznaje.

Dodatkowo przestraszyła się, gdy psycholog opowiedziała jej historię swojej pacjentki, która do poznanego przez internet mężczyzny pojechała ze swoim dzieckiem. Odwiedziny u nieznajomego skończyły się dramatycznie: jej dziecko zostało porwane przez handlarzy ludźmi. Kobieta po wizycie u specjalisty zaczęła łączyć fakty i w końcu zrozumiała, że była oszukiwana.

- Już wiedziałam, że Artur nie istnieje i że Weronika nie miała nigdy męża ani córki. Ale Weronika nie wiedziała, że ja to wiem. Ja z kolei nie wiedziałam, kto jest Arturem - opowiada.

Daria kilka dni później napisała Arturowi, że nie wie już, co ma myśleć o całej sytuacji. - Powiedziałeś, że policja sfingowała twoją śmierć, ale jest to niemożliwe. Firma na twoje nazwisko nie istnieje i nie istniała. Nie ma cię w rejestrze firm. Nie ma cię w rejestrze zgonów. Cały czas zmieniasz konto i jeszcze ten temat wokół ciebie o handlu ludźmi. Co ja mam myśleć? Ktoś, jak stanie z boku i posłucha, to każe mi się puknąć w głowę. Napiszesz mi, co jest grane czy mam iść na policję? - zapytała wprost.

- Mogę tylko powiedzieć: przepraszam - odpisał Artur.

- Dlaczego? Co ja ci takiego zrobiłam? - pytała Daria.

- Nic mi nie zrobiłaś - odpisał.

To była ich ostatnia rozmowa. Mężczyzna wyznał, że zwariował z miłości, że Daria będzie jego, a on będzie dobrym mężem i ojcem. Więcej się nie odezwał.

Czternastego sierpnia Daria przyjechała z dziećmi do Weroniki. - Ona cały czas grała. Mówiła, że też była oszukiwana przez Artura. Odsuwała od siebie wszystkie podejrzenia. Mówiła dużo rzeczy. Wszystko zmyślała. Sprawdziłam to - opowiada Daria.

Potem pojechała do rodziny w Kielcach, skąd pochodzi. - 24 sierpnia zgłosiłam zawiadomienie o oszustwie przeciwko Arturowi Wójtowiczowi. Cały czas byłam w kontakcie z Weroniką. Podawała mi kolejne lipne adresy, gdzie mogę znaleźć Artura. Wszystkie fałszywe - sprawdziłam. Już nie chodziło mi o to, że naobiecywał mi i się zmył, tylko żeby go znaleźć, żeby odpowiedział za oszustwo - tłumaczy Daria.

Niespodziewanie na Messengerze odezwała się do niej Karolina, rzekoma córka Artura. Napisała, że tato jest chory i przebywa w szpitalu. Ma ataki agresji, dusi się poduszką. Dziewczyna pisała, że jest jej ciężko, że rzadko może odwiedzać tatę, a gdy jest spokojny, to płacze i przytula zdjęcie Darii. Zadeklarowała, że odda w imieniu taty wszystkie długi. Tłumaczyła, że mężczyzna pożyczał pieniądze, żeby pomagać innym. Karolina zaproponowała, że poda adres szpitala, w którym przebywa Artur, ale chciała 7 tys. euro. Pisała, że wie, że mężczyzna jest jej bliski. Prosiła, żeby szybkim przelewem wesprzeć jego leczenie.

"On naprawdę panią kocha. Jak pani się zdecyduje, a myślę, że tak, to są szybkie przelewy na kod" - pisała Karolina, ale nie otrzymała żądanych pieniędzy.

 

Przyznała się do winy

Daria odnalazła w sieci zdjęcie, którym posługiwał się Artur. To Czech, Lubomir, który mieszka w Pilźnie. Jego fotografia ukazała się w katalogu z projektami domów jednorodzinnych. Pod koniec października, gdy Daria poinformowała Weronikę, że wynajmie detektywa, który dowie się, kim jest Artur, ta przyznała się do podszywania się pod Artura. Daria poinformowała o tym policję. Podczas pobytu w Polsce odwiedziła rodziców Weroniki, którzy mieszkali piętro niżej.

- Weszłam do ich mieszkania, po chwili pojawiła się tam Weronika. Stanęła jak wryta i wyszła. Potem pisała do mnie i pytała, czy poczułam ulgę. Myślałam o tym, żeby pójść do niej, ale nie byłam na to gotowa. Bałam się, jak się zachowam - przyznaje.

Daria napisała posty na grupie „Pomoc bezinteresowna województwo opolskie”. Opisała w nich, że została oszukana.

- Napisałam na grupie dwa posty. Pierwszego już nie ma. Dotyczył Artura, że jest oszustem. Wtedy szukałam rodzin, które pomagały za jego pośrednictwem. Drugi dalej jest, dotyczy Weroniki oszustki. Zaczęli się zgłaszać do mnie inni ludzie. Jedna osoba napisała, że nie mogła już patrzeć na to, jak podjeżdżają kolejni ludzie z różnymi rzeczami, a widziała, że też pomagam Weronice - opowiada Daria.

Udało nam się skontaktować z kilkoma osobami, które znają Weronikę. Potwierdziły, że przez kilka miesięcy pod jej dom przyjeżdżały samochody z darami. O kobiecie mówią, że jest mitomanką, wymyśla różne historie.

- Byłam w Większycach dwa tygodnie na przełomie lipca i sierpnia. Widziałam, jak przyjechał bus z darami - opowiada Monika Raczyńska, która obecnie mieszka w Niemczech (zbieżność nazwiska z główną bohaterką jest przypadkowa, kobiety się nie znały wcześniej). - Wiem, że tych busów i darów było naprawdę wiele - dodaje.

- Weronika mówiła, że odnalazła swoją siostrę i od niej te dary z Niemiec. Że bardzo się cieszy, bo dzwonią do siebie, a Weronika do niej przyjeżdża. Mówiła, że bardzo się zżyły, a opowiadała to z takimi emocjami, że naprawdę nie miałam powodu w to nie wierzyć. Teraz, po fakcie dociera do mnie, co ona zrobiła. Na Facebooku miałam zaproszenie od Artura Wójtowicza, ale że nie znam go, to nie przyjęłam. Aż trudno sobie wyobrazić, że ona tak to perfidnie zaplanowała i tak długo umiała to ciągnąć - przyznaje Monika.

Daria Raczyńska nie potrafi zliczyć, ile dokładnie wydała na Weronikę. Szacuje, że kilkanaście tysięcy złotych. Udokumentowanych przelewów jest na około 5000 zł. Kobieta robiła jej też zakupy na Allegro z adresem dostawy do Większyc, a gdy przyjeżdżała do Polski, to zawsze coś przywoziła. Wtedy też jeździła na zakupy, a gdy wyjeżdżała, zostawiała gotówkę. Do tego przysyłała transporty z różnymi rzeczami. Łącznie do Polski pojechało pięć busów, część trzeba było opłacić.

- To były telewizory, sofy, dwie pralki, lodówka, piecyk, kuchenka elektryczna, meble, mnóstwo pościeli, rzeczy do domu. Umeblowałabym całą kamienicę tym, co wysłałam. To nie były nowe rzeczy, ale kupowałam je na aukcjach, czasami ktoś oddawał za darmo. Oprócz pieniędzy kosztowało to dużo czasu - wylicza Daria Raczyńska. - Weronika sporo otrzymanych rzeczy sprzedała na aukcjach. Ona celowo nie poprawia swoich warunków bytowych, żeby było widać, że jest biedna. Prosiła o pomoc, bo nie ma pieniędzy, a sprzedawała w internecie to, co dostała. Ludzie, którzy przyjeżdżali z darami, widząc te warunki i tę biedę, wierzyli, że ona potrzebuje pomocy i pomagali jej.

 

Żałuje, że oszukiwała

Z Weroniką udało nam się porozmawiać 11 grudnia. Kobieta powiedziała nam, że rzeczywiście potrzebowała pomocy, ale wstydziła się prosić o nią bezpośrednio dla siebie. Teraz boi się, że za to, co zrobiła, pójdzie do więzienia. Przyznaje, że oprócz Darii pomagały jej jeszcze dwie osoby, ale zapewnia, że wiedziały, że pomoc jest dla niej.

- Dostawałam od nich jedzenie i opłacały mi rachunki - tłumaczy w rozmowie z nami. Czy to prawda, czy poszkodowanych było więcej? To wyjaśnia policja.

- Postępowanie jest prowadzone w sprawie, pod kątem ewentualnego niekorzystnego rozporządzenia mieniem. Obecnie trwają czynności procesowe. Badane są wątki, czy pokrzywdzonych było więcej - poinformował nas podkomisarz Karol Macek, oficer prasowy Komendy Miejskiej Policji w Kielcach, która zajmuje się sprawą.

Dziś kobieta płacze i boi się konsekwencji. Martwi się, że po tym wszystkim odsunęła się od niej rodzina.

- Nie wiem, dlaczego to zrobiłam. Ciężko mi było napisać, że to ja potrzebuję bezpośrednio pomocy, i stworzyłam postać Artura Wójtowicza. Jak zaczęłam, to nie mogłam się z tego wykręcić. Potem już szła historia za historią. Nawet nie wiem do końca, ile tego było. Żałuję tego, co zrobiłam. Tego już nie wrócę, to już się stało. Grozi mi więzienie - usłyszeliśmy od Weroniki, która podkreśla, że nie ma pracy ani pieniędzy.

Tłumaczy, że żyje z partnerem i utrzymują się z jego pracy. Mieszkanka Większyc przyznaje się do prowadzenia czterech lub pięciu kont. Wyznaje, że za niewiedzą swojego partnera korzystała też z jego telefonu i konta na Facebooku, by pisać w sprawie pomocy, ale zaznacza, że takich sytuacji było tylko kilka. Tłumaczy, że to, co robiła, może być wynikiem choroby.

- Jakiś czas się leczyłam psychiatrycznie. Miałam problemy z urojeniami, byłam w szpitalu w Warszawie i Opolu. Może to wszystko z tego się wzięło, że tyle życzy wymyśliłam? Może mi się pogorszyło? Kontaktowałam się z psychiatrą, żeby o tym wszystkim porozmawiać - powiedziała nam Weronika.

Zadeklarowała, że odda Darii pieniądze. Chodzi o kwotę około 5000 zł. - Pożyczałam od niej te pieniądze. To nie była kradzież, tylko pożyczka i dlatego oddam - zaznacza. - Wczoraj zrobiłam jej pierwszy przelew na 500 zł - usłyszeliśmy od Weroniki. Pieniądze 13 grudnia faktycznie wpłynęły na konto Darii.

Weronika chciałaby, żeby Daria spróbowała jej wybaczyć.

- Żałuję bardzo. Przepraszałam Darię, napisałam do niej wiadomość. Wiem, że źle zrobiłam. Chciałabym z Darią porozmawiać. Wiem, że jej dużą krzywdę wyrządziłam, ale ona mnie nie wysłucha. Rozumiem, że czuje się urażona i że ma żal do mnie - mówi Weronika.

Daria potwierdza, że kobieta przeprosiła ją za to, co zrobiła. - Ja tych przeprosin nie przyjmuję. Nie wybaczę jej tego nigdy. Mogła z tym skończyć wcześniej. Widziała na własne oczy, jak mi było źle, i nie przyznała się, dalej szła w zaparte - argumentuje.

Kobieta po traumatycznych przeżyciach przez cztery miesiące nikomu nie pomagała. - Teraz zawsze myślę o tym, kto jest po drugiej stronie. Nie odpowiadam już na prośby o pomoc - wyznaje. - Teraz zależy mi na tym, żeby moja historia dotarła do jak największego grona ludzi. Nie pozwolę, żeby ktokolwiek jeszcze został oszukany przez tę kobietę.

Daria po wizycie u psychologa zaczęła pracować nad swoim związkiem. Z mężem poszła na terapię. Mężczyzna wrócił do domu we wrześniu.

- Być może gdyby nie Artur i ta sytuacja, to w moim małżeństwie dalej byłoby źle i nie wiadomo, jak by się to skończyło. To nas do siebie zbliżyło - przyznaje Daria i dodaje, że cieszy się, że jej związek udało się uratować, a życie z mężem wygląda teraz zupełnie inaczej.

art

Zdjęcia (4)

Podziel się:

Oceń:


Komentarze (1)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Czytelniczka
Czytelniczka 29.12.2021, 03:45
Tragedia...ile czasu potrzeba bylo by napisac ten artykuł..jak mozna byc tak naiwnym...jest to maslo maslane..zamiadt konkretnie i na temat ...szczegoly kto o ktorej gdzie kiedy u z kim...jakos mi rej pani nie zal..za to potepiam odwage brak empatii i znieczulice..na wyrzadzona krzywde..brak slow

Pozostałe