Środa, 17.07.2019

Nigdy nie zapomną tragedii przy ul. Czerwińskiego

  • 06.07.2019, 17:15
  • Andrzej Kopacki
Nigdy nie zapomną tragedii przy ul. Czerwińskiego Andrzej Kopacki Koźlanin Sebastian Brodnicki (z lewej) i Leszek Wychowaniec z Inowrocławia na tle budynku, w którym doszło do wybuchu gazu
Targały nimi obawy o swoje zdrowie i życie. Ale tego dnia jako pierwsi ruszyli z pomocą mieszkańcom kamienicy przy ul. Czerwińskiego, w której 6 czerwca tuż po godz. 19 doszło do wybuchu gazu, a następnie pożaru. Nie szukali poklasku ani nie robili tego dla sławy. Pokazali natomiast, że wśród nas są jeszcze ludzie, na których można liczyć w obliczu potwornej tragedii.

Wspomnianymi tu cichymi bohaterami są: Józef Ratajczyk, Sebastian Brodnicki, Rafał Olba i Leszek Wychowaniec. Czterej śmiałkowie tuż po wybuchu gazu w budynku przy ul. Czerwińskiego nie wiedzieli jeszcze, jaki jest stopień zagrożenia, ani też czy i kogo mają ratować. W pierwszej kolejności wezwali straż pożarną i nie czekając na jej przybycie, weszli do walącej się kamienicy. Dzięki ich odwadze dwójka mieszkańców zniszczonego budynku przeżyła katastrofę. Pierwszym świadkiem eksplozji był mieszkaniec Kędzierzyna-Koźla, Sebastian Brodnicki.
 

- Wracaliśmy z żoną ze spaceru i byliśmy najbliżej tego wszystkiego. W momencie wybuchu znajdowaliśmy się na wysokości sklepu „Żabka”. Nagle słyszymy wielki huk i widzimy fruwające w powietrzu elementy drzwi. Siła podmuchu była wielka. Drzwi wymiotło z takim impetem, że uderzyły w budynek znajdujący się po drugiej stronie ulicy. W pierwszym momencie pomyślałem, że może to jest wybuch petardy. Jednak natychmiast uświadomiłem sobie, że petarda nie byłaby w stanie wyrządzić tylu szkód - opowiada Sebastian Brodnicki. - Chwyciłem żonę za rękę i natychmiast wycofaliśmy się w kierunku placu Raciborskiego, ponieważ z górnych kondygnacji budynków zaczęły wylatywać szyby okienne. Praktycznie z każdego domu w sąsiedztwie tej pechowej kamienicy sypało się szkło.
 

Czy ktoś mnie słyszy?
 

Gdy oboje przemieścili się na w miarę bezpieczną odległość, Sebastian Brodnicki wyciągnął telefon i zadzwonił na numer 112, powiadamiając służby ratunkowe o całym zdarzeniu. Dyspozytorowi powiedział, że najprawdopodobniej był to wybuch gazu, co potem się potwierdziło. Jeszcze z telefonem przy uchu wbiegł do klatki schodowej uszkodzonej kamienicy, aby zobaczyć, co się stało w środku. Dostrzegł zawalony strop mieszkania na pierwszym piętrze i wycofał się z powrotem na ulicę.
 

- Zacząłem krzyczeć, czy ktoś jest w budynku, czy ktoś mnie słyszy. Wtedy w oknie na drugim piętrze pojawiła się starsza pani. W tym momencie do budynku dobiegał już Józef Ratajczyk, dostawca z pobliskiego „Rossmanna”, i momentalnie uświadomił nam, że trzeba wejść do budynku i wydostać tę kobietę. To był taki impuls. Weszliśmy do środka. Zająłem się odgruzowaniem klatki schodowej na pierwszym piętrze, żeby można było tamtędy przejść. A pan Józef wraz Leszkiem Wychowańcem z firmy budowlanej remontującej kozielski rynek weszli na górę i wyciągnęli tę panią z mieszkania - wspomina pan Sebastian, którego żona stała pod kościołem po drugiej stronie ulicy i ze łzami w oczach obserwowała całe zdarzenie. Początkowo prosiła, żeby nie angażował się w tę akcję. Obawiała się o bezpieczeństwo męża. Pan Sebastian przyznaje, że miał moment zawahania. Jednak nieraz w życiu znajdował się w ekstremalnych sytuacjach, kiedy należało podjąć trudną decyzję.
 

- Wtedy trzeba na kilka sekund stanąć i przeanalizować całą sytuację. Czy dane działanie ma sens czy nie i co się może wydarzyć. Uznałem, że trzeba działać, a reakcja kierowcy z pobliskiej drogerii jedynie nas w tym utwierdziła - podkreśla.
 

Trzeba być człowiekiem
 

- To nie była moja pierwsza akcja ratunkowa. Jak jest potrzeba, to zawsze pomagam i udzielam wsparcia, czy to ofiarom wypadków, czy osobom, które dotknęły problemy zdrowotne na ulicy. Zawsze działam, dzwonię po pomoc. Nie przechodzę obok, obojętnie. Nie wycofuję się, nie uciekam. Zawsze tak reaguję - zaznacza koźlanin. - Również 6 czerwca żaden z nas nie myślał o tym, jakie jest zagrożenie i co jeszcze może się wydarzyć. Ja wiedziałem, że jest źle, że jedno z mieszkań na pierwszym piętrze uległo całkowitemu zniszczeniu, a konkretnie zawaleniu i że nie dało się do niego wejść. Część wyposażenia tego mieszkania leżała na klatce schodowej, która w tamtym momencie, na szczęście, nie była jeszcze tak bardzo zadymiona i zapylona. Można się nią było przemieścić na wyższe kondygnacje. Jednak pod koniec naszej akcji wyposażenie w mieszkaniach zaczął obejmować ogień. Czuć było swąd palącego się plastiku. Schodząc na dół, miałem już koszulkę na twarzy, żeby nie wdychać tego dymu. Musiałem się jakoś zabezpieczyć - wyjaśnia pan Sebastian. Wie, że rodzina jest z niego dumna. Wszak taka sytuacja nie zdarza się na co dzień.
 

- Mam nadzieję, że się już nie przytrafi. Nikomu tego nie życzę. Ani poszkodowanym, ani ratownikom. Na początku był stres, nerwy i pytania ze strony najbliższych, po co tam poszedłem, ale później, gdy emocje już opadną, pojawia się szczęście, zadowolenie oraz duma - dodaje Sebastian Brodnicki, właściciel firmy działającej w branży budowlanej. Podczas niedawnej wizyty u prezydent Sabiny Nowosielskiej zadeklarował pomoc przy odbudowie zniszczonej kamienicy.
 

- Jeśli będzie potrzebna, to jestem do dyspozycji, łącznie z moimi pracownikami. Oczywiście udzielimy tego wsparcia bezpłatnie - dodaje Sebastian Brodnicki. Miał już styczność z obiektami nadającymi się do rozbiórki, ale ich stan techniczny był jednak lepszy.
 

Odsiecz z placu budowy
 

Leszek Wychowaniec z Inowrocławia to pracownik firmy budowlanej przeprowadzającej remont kozielskiego rynku. Był jedną z dwóch osób, które wyciągnęły starszą panią z mieszkania na drugim piętrze zniszczonej kamienicy. W sklepiku spożywczym przy ul. Czerwińskiego kupował akurat bułki na kolację, gdy tuż obok doszło do potężnej eksplozji. Po wyjściu ze sklepu jego oczom ukazały się fragmenty rozrzuconych desek i mnóstwo potłuczonego szkła. Od razu pomyślał, że w budynku doszło do wybuchu gazu. Natychmiast zadzwonił pod numer alarmowy 998. Ponieważ nie zna dokładnie naszego miasta, poprosił jednego z przechodniów o adres miejsca zdarzenia.
 

- Gdy już ustaliliśmy, przez które okno budynku wyjrzała starsza kobieta, nie zastanawialiśmy się długo. Na początku nie miałem obaw. Dopiero później, gdy to sobie na spokojnie przemyślałem, doszedłem do wniosku, że przecież to mieszkanie na drugim piętrze również mogło runąć, a ja mogłem zginąć - przyznaje pan Leszek. - Gdy wchodziłem do jej mieszkania, futryna leżała na podłodze. Było mnóstwo pyłu. Ledwo dostrzegłem tę panią. Poprosiłem, aby podeszła ze dwa kroki w moim kierunku, co też uczyniła. Wziąłem ją pod pachę. Krzyknąłem, żeby mi ktoś pomógł. Wtedy wbiegł kolega i sprowadziliśmy staruszkę na pierwsze piętro. Ta pani była w szoku i po tym wybuchu niewiele słyszała. Cały czas wypytywała, co się stało. W asyście dwóch kolegów zeszła na parter, a ja wróciłem do mieszkania tej pani, bo nie wiedziałem, czy ktoś tam jeszcze nie został. Musiałem to sprawdzić - opowiada z przejęciem. Zaraz potem usłyszał syreny wozów strażackich. Z minuty na minutę sytuacja stawała się coraz poważniejsza.
 

Dostał buziaka
 

- Koledzy krzyczeli, żebym uciekał z drugiego piętra jak najszybciej. Posłuchałem ich, tym bardziej że było coraz więcej pyłu i dymu. Budynek już się palił. Zacząłem się dusić. Po wyjściu z kamienicy pokazałem strażakom, gdzie znajduje się najbliższy hydrant, bo mieliśmy go akurat na placu budowy. Pomogłem im w rozłożeniu węży gaśniczych. To wszystko przebiegało w niesamowitym tempie - relacjonuje pan Leszek, nie kryjąc, że to smutne zdarzenie i nasze miasto zapamięta do końca swoich dni. - Jestem tu na kontrakcie. Rodzina na początku była na mnie zła, że gdy narażałem swoje życie, nie pomyślałem o żonie, o dzieciach, ale później od żony i córki dostałem buziaki. Dzieci się cieszą, że tato jest bohaterem, bo uratował komuś życie. Koledzy z budowy najpierw nazywali mnie bohaterem, a potem dali mi ksywę „Żabka”, od nazwy sklepu, w którym feralnego dnia robiłem zakupy - uśmiecha się nasz rozmówca. Ze starszą panią, którą wyprowadził z mieszkania, spotkał się kilka dni później, gdy przyszła na rynek i poprosiła ekspedientki ze sklepu obuwniczego, aby zawołały pana Leszka z placu budowy.
 

- W podzięce podała mi rękę i ucałowała w policzek. Widziałem łzy w jej oczach. Ona wiedziała, że gdybym wtedy po nią nie poszedł, to w ciągu kilku następnych minut mogła już nie żyć. Udusiłaby się od tego gęstego dymu i pyłu. Teraz powoli dochodzi do siebie. Gdy ją spotkałem, była już w całkiem dobrym stanie, uśmiechała się nawet, choć nie do końca pamiętała to, co wydarzyło się 6 czerwca. Pamięta jedynie, że ktoś ją wyprowadził z mieszkania i że nadepnęła na gwóźdź wystający z deski - kończy pan Leszek.
 

Nie jestem bohaterem
 

Osobą, która mobilizowała wszystkich do działania tuż po wybuchu gazu w kamienicy przy ul. Czerwińskiego, był gliwiczanin Józef Ratajczyk, dostawca towaru do pobliskiej drogerii.
 

- Jestem skromnym człowiekiem. Ja tylko znalazłem się w odpowiednim miejscu i we właściwym czasie. Przypadek? Widocznie Bóg tak chciał, abym komuś pomógł. Zacząłem pracę i nagle usłyszałem wybuch. Stałem akurat przy drogerii, czyli raptem około stu metrów od kamienicy, gdzie doszło do eksplozji. W jedno miejsce zbiegło się mnóstwo ludzi. Był krzyk, pełno szkła. Pojawił się dym w oknie. Nie zastanawiając się, momentalnie rzuciłem wszystko. Nie mogłem postąpić inaczej. Poprosiłem tylko jednego człowieka z ulicy, żeby przypilnował mi towaru. Pobiegłem w kierunku tej kamienicy. Przechodnie nagrywali całe zdarzenie i nagle ktoś krzyknął, że w środku są ludzie. Wszedłem do środka, choć niektórzy mówili, żeby tam nie wchodzić, bo jest niebezpiecznie. Bałem się cholernie - nie ukrywa pan Józef, dodając, że w pierwszym momencie bardzo się wystraszył, ale zaraz uświadomił sobie, po co tu jest i że nie ma odwrotu.
 

- Wiedziałem, że poszkodowanych trzeba stamtąd ewakuować. To była moja decyzja. Gdybym miał już stamtąd nie wyjść, to widocznie tak byłoby mi pisane. Wbiegłem na pierwsze półpiętro i wyglądało to nieciekawie. Lewe mieszkanie na pierwszym piętrze uległo całkowitemu zawaleniu. Siła wybuchu była tak duża, że poręcze na klatce schodowej były wygięte lub połamane. Pojawił się dym i pył. Krzyknąłem spontanicznie do ludzi, czy jest ktoś odważny, kto mi pomoże. Pierwszy z pomocą ruszył pan w klapkach i koszulce. W sumie było nas czterech. Odwaliliśmy futrynę i całe to gruzowisko, które znajdowało się pod nogami. Z budynku zdołaliśmy wyprowadzić starszą panią - opowiada pan Józef, ciesząc się z faktu, że również władze miasta doceniły ich akt bohaterstwa. - Bardzo miły i przyjemny gest. To, że zrobiłem coś ważnego, dotarło do mnie dopiero na drugi dzień. Ogólnie jestem człowiekiem, który lubi pomagać innym, jednak w takiej sytuacji znalazłem się po raz pierwszy w życiu. Ale za drugim razem postąpiłbym dokładnie tak samo. Bardzo mnie to cieszy i myślę, że warto dawać ludziom taki przykład - mówi 40-latek z Gliwic, który swoich bliskich nie informował o zdarzeniu. Dowiedzieli się o wszystkim z mediów.

- Rodzina, znajomi dzwonili do mnie, że widzieli mnie w telewizji. Rodzice, brat, żona. Byli ze mnie bardzo dumni. Wieść szybko się rozeszła nie tylko tutaj, ale nawet za granicą. Zdziwiłem się, że tak szybko to nagłośniono. Nie chciałem udzielać żadnych wywiadów. Zrobiłem tylko swoje, ale podbiegli panowie z kamerami i powiedziałem kilka słów. Chciałem po tym wszystkim pojechać do domu, trochę odpocząć. Dla mnie najważniejsze jest to, że ci ludzie żyją, że udało się ich uratować. W życiu powinniśmy czynić jak najwięcej tego dobra. Dedykuję to wszystkim, którzy znajdą się w podobnej sytuacji i będą wahać, czy udzielić pomocy. Nie bójcie się tego. Widocznie to nie jest przypadek. Bóg kieruje nas w te miejsca, byśmy mogli zrobić coś dobrego dla innych - dodaje na koniec Józef Ratajczyk.

 

Postąpiłby tak samo
 

Rafał Olba jest czwartym z naszych bohaterów. To 26-latek, który pracuje w lombardzie na kozielskim rynku.
 

- Tego dnia jeszcze pracowałem. Wyszedłem z kolegą na papierosa przed lombard i po chwili doszło do potężnego wybuchu. Poprosiłem kumpla, żeby został na miejscu, a ja w klapkach poleciałem w stronę miejsca zdarzenia - relacjonuje Rafał Olba. - Tak naprawdę to ten pan Józef, dostawca z drogerii, tchnął w nas odwagę. Powiedział, że kto czuje się na siłach, niech do niego dołączy. Nie było chwili do namysłu. Weszliśmy do budynku. W jednym z mieszkań na pierwszym piętrze, zaraz po lewej stronie, dostrzegłem nogi jednego z lokatorów, którego przysypało. Był bardzo mocno poparzony, ale przytomny. Nic do nas nie mówił. Był oszołomiony i chyba nawet nie wiedział, co tak naprawdę się stało. Wróciłem tam z jednym z kolegów i próbowaliśmy tego człowieka wyciągnąć.
 

Prawie się udało, ale konstrukcja budynku była coraz mniej stabilna. Śmiałkowie musieli się stamtąd wycofać.
 

- Zaraz po przyjeździe strażaków poinformowałem ich, w którym miejscu leży poszkodowany. Widziałem potem, jak wynosili go na noszach. Strażacy poprosili mnie, żebym do przyjazdu pogotowia zaopiekował się tą starszą panią. Podawałem jej tlen. Po przyjeździe karetki natychmiast zajęli się nią ratownicy medyczni. Najważniejsze, że oboje przeżyli, choć wiedziałem, że z tym mężczyzną nie jest najlepiej. Była u mnie pani, dla której ów poszkodowany jest teściem. Mam więc informację z pierwszej ręki. Zresztą ta pani rozpoznała mnie i podziękowała za to, co zrobiłem. Synowa była u niego w siemianowickim szpitalu. Stan teścia jest ciężki, ciało zostało poparzone w około 45 proc., ale podobno lekarze dają nadzieję, że wyjdzie z tego. Dobrze, że od razu wskazaliśmy strażakom miejsce, gdzie on leży, bo dzięki temu nie błądzili po tym zadymionym budynku. Tam cenna była każda sekunda. Miejmy nadzieję, że w jego przypadku wszystko się dobrze skończy - dodaje Rafał Olba, który już miał styczność ze strażą pożarną. Działał w OSP Stradunia. Pod okiem starszych kolegów przeszedł szereg szkoleń, które teraz bardzo się przydały.
 

- Wiedziałem, jak się zachować. Kiedy dym unosi się wysoko, trzeba przemieszczać się jak najniżej, żeby cokolwiek zobaczyć. Ponadto należy zakryć twarz, korzystając chociażby z koszulki, którą miałem na sobie. Nie myślałem o tym, że coś się stanie, że na przykład strop zawali mi się na głowę. Jednak przez cały czas zachowywałem maksymalną ostrożność. Nie brałem pod uwagę innej możliwości jak ta, że wyjdę stamtąd cały, zdrowy i z poszkodowanymi. Mam dla kogo żyć. Jest żona i dwójka dzieci. Jedno ma półtora roku, a drugie cztery lata. Jak się żona o wszystkim dowiedziała, to na początku była na mnie zła. Ale później przyznała, że nie może wyjść z podziwu. Sądzę, że na moim miejscu każdy by się tak zachował. Szczególnie gdy posiada doświadczenie wyniesione ze straży pożarnej. Jest ta adrenalina oraz strach, ale wtedy nie myślimy, co się może stać, lecz skupiamy się na ratowaniu innych. Więc za drugim razem postąpiłbym tak samo.

Andrzej Kopacki

Zdjęcia (3)

Podpięte galerie zdjęć:
Podziel się:
Oceń:

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe