Sobota, 24.08.2019

Na nieludzkiej ziemi

  • 31.07.2019, 18:57
  • Andrzej Kopacki
Na nieludzkiej ziemi Foto: Andrzej Kopacki Na zdjęciu Halina Ogonowska z tomikiem swoich wierszy poświęconych tragicznym wspomnieniom z lat 40. W ręku trzyma również mapę przedstawiającą rozmieszczenie stalinowskich miejsc kaźni
Już jako dziecko doświadczyła wielu nieszczęść i łez. Wraz z matką i siostrą przez kilka lat żyły w nieludzkich warunkach, tysiące kilometrów od swojego domu. Polacy skazani przez NKWD na wywiezienie w głąb Związku Radzieckiego w 1940 i 1941 roku przeżyli gehennę. Taki los dotknął setek tysięcy obywateli polskich z zajętych przez Armię Czerwoną wschodnich terytoriów II Rzeczypospolitej, zagarniętych przez bolszewików po napaści dokonanej 17 września 1939 roku.

Halina Ogonowska (z domu Chłopek) urodziła się 2 kwietnia 1937 roku w Krasnymstawie, na Lubelszczyźnie, jako druga córka Jana Chłopka i Anny (z domu Garbaczewskiej). Rodzina na stałe mieszkała na Kresach Wschodnich, w woj. tarnopolskim. Wojna wywróciła ich życie do góry nogami.

- Mojego ojca, który był policjantem, Sowieci aresztowali 6 kwietnia 1940 roku. Początkowo osadzono go w więzieniu we Lwowie. Stamtąd był przewożony do siedmiu więzień sowieckich. To były tzw. etapy więzienne. Ostatecznie trafił do łagrów Workuty. Tam pracował przy budowie kolei żelaznej - opowiada Halina Ogonowska, którą wraz z matką i siostrą aresztowano wkrótce po ojcu - w nocy 10 kwietnia 1940 roku. Ich transport wyruszył trzy dni później ze stacji kolejowej, gdzie zwieziono ludzi z okolicznych wiosek. Matkę z dziećmi wysłano do Kazachstanu i osiedlono w obwodzie pawłodarskim, rejon Kacziri, sowchoz Bieregawoj nad rzeką Irtysz. Na Syberii przetrwały 6 lat.

- Jechaliśmy tam z Polski przez trzy tygodnie. Wyładowano nas z wagonów w Pawłodarze, na placu targowym. Czekaliśmy cztery doby, nim rozwieźli ludzi po okolicznych kołchozach i sowchozach - opowiada.

Koszmar z dzieciństwa

Matka z córkami zamieszkała w małej ziemiance, którą i tak władza sowiecka jej wypomniała, nazywając kobietę „polską burżujką”. Zresztą, aby wprowadzić się do opuszczonej izby, należało wcześniej wytępić ogromne ilości insektów. Były to głównie pluskwy oraz wszy. Traktowano je żywym ogniem, co okazało się najlepszym sposobem na wysterylizowanie pomieszczenia. Natomiast ludzkie ciało nacierano naftą, chroniąc się w ten sposób przed pasożytami.

- Ja jestem nie byle kto, bo „sowiecki mistrz wszobijca”. Jako dziecko po mistrzowsku potrafiłam wyiskać głowy wszystkich mieszkańców naszej ziemianki, i nie tylko - żartuje pani Halina.

Trzeba się było zmagać z głodem, chorobami i surowym klimatem. W zimie temperatury dochodziły do minus 40 st. C, a latem do plus 40 st. C.

- Podczas siarczystych mrozów trudno było znaleźć jakikolwiek opał. Najlepiej do tego celu nadawało się wyschnięte krowie łajno. Gromadziliśmy je wokół ziemianki jeszcze przed nadejściem zimy, kiedy to zaspy śnieżne osiągały grubość nawet 3 metrów. Nie było się nawet jak wydostać. Musieliśmy odgarnąć śnieg i wygrzebać te zapasy opału, które leżały tuż przy zewnętrznej ścianie ziemianki - wspomina sybiraczka. Ów naturalny opał, który zbierano latem i jesienią na stepie, gdzie wypasały się stada bydła, uratował ich przed zamarznięciem.

- Tragiczny w skutkach był wielki głód w latach 1943-1944. Ponadto ludzi nie oszczędzały epidemie tyfusu i dyfterytu. Niezwykle dokuczliwe były roje zjadliwych meszek i komarów przenoszących malarię. Najniebezpieczniejsza była ta ostatnia choroba - twierdzi. - Zazwyczaj trzy większe ataki powodowały śmierć. Moja mama chorowała na malarię, która ze zdwojoną siłą zaatakowała podczas powrotu do Polski, ale o tym nieco później - dodaje pani Halina.

Wymarzona landrynka

Po sześciu latach gehenny nadszedł dzień powrotu do Polski. Podróż w bydlęcych wagonach z wyciętymi pośrodku otworami, które służyły za toaletę, trwała sześć tygodni. Całym dobytkiem stłoczonych w wagonach ludzi był mały tobołek i wielki bagaż przeżyć, których nie sposób zapomnieć do końca swoich dni. Podczas powrotu do Polski pociąg zatrzymał się w Kijowie. Tam malutka Halinka znalazła 10 kopiejek. Liczyła na to, że za te pieniądze kupi dla siebie i gromadki innych dzieci kilka cukierków.

- Chodziłam wtedy od sklepu do sklepu, ale za 10 kopiejek nie sposób było cokolwiek dostać. Dopiero pewna ekspedientka zlitowała się nade mną i sprzedała mi jedną landrynkę. Było nas sześcioro i nie wiedzieliśmy, jak się podzielić tym cukierkiem. Ktoś zaproponował, żeby rozbić go kamieniem na mniejsze kawałki, ale inni przekonywali, że landrynka rozsypie się w drobny mak i nic z niej nie zostanie - opowiada pani Halina.

- Doszliśmy wreszcie do wniosku, że najlepszym rozwiązaniem będzie przekazywanie sobie cukierka z ust do ust i każdy sobie troszeczkę possał. Byliśmy tak bardzo zajęci tą przyjemnością, że straciliśmy orientację w terenie. Szukając sklepu z cukierkami, zagapiliśmy się i dopiero po pewnym czasie uświadomiliśmy sobie, że nie wiemy, gdzie jest nasz transport. Wystraszyliśmy się, że nie wrócimy do Polski. Nasze organizmy zareagowały bardzo zdecydowanie i nie chodzi tu tylko o płacz. Całkiem zwyczajnie posikaliśmy się wszyscy ze strachu. Miałam wtedy 9 lat, a przecież ze mną były jeszcze młodsze dzieci. Ja z tymi 10 kopiejkami byłam takim przywódcą tej wyprawy po cukierki. Zobaczywszy płaczące dzieci, stojące w kałuży, podeszła do nas jakaś kobieta i kazała nam czekać. Poszła, jak sądzę, na posterunek milicji, żeby dowiedzieć się, gdzie był nasz transport, i aby nas tam zaprowadzić. No i rzeczywiście po chwili wróciła i wyprowadziła nas poza miasto. Pokazała nam transport stojący na bocznicy kolejowej. Zalani łzami, o mało nóg nie połamaliśmy, pędząc do tego pociągu - opisuje ze szczegółami nasza bohaterka.

Śmiertelne zagrożenie

Z powodu malarii mama pani Haliny znajdowała się w bardzo złym stanie. Nawrót tej strasznej choroby zbiegł się w czasie z podróżą do Polski.

- Wysiedliśmy w Warszawie na dworcu kolejowym. Mama leżała potem w poczekalni, oczekując na pociąg do Krasnegostawu, gdzie żyła rodzina mojego ojca. Po dotarciu na miejsce lekarz zajął się mamą, a ojciec, na wieść o naszym powrocie, natychmiast wysłał chininę, która postawiła ją na nogi - mówi pani Halina.

Pani Anna wraz z córkami wróciła z zesłania do rodziny męża w Krasnymstawie w czerwcu 1946 roku. U rodziny przeczekały rok. Pan Jan wrócił do kraju po rozwiązaniu Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie.

Podobnie jak żona i dwie jego córki również przeżył piekło na ziemi w sowieckich więzieniach i łagrach. Został zwolniony po amnestii ogłoszonej w sierpniu 1941 roku. Po bardzo długiej wędrówce - trwającej 7 miesięcy - dotarł do sztabu armii generała Andersa. Stamtąd został przewieziony do portu w Krasnowodzku, obecnie w Turkmenbaszy (miasto w Turkmenistanie), a następnie do Iranu.

Ku pamięci

- Ojciec dotarł w kwietniu 1942 roku do tworzącej się w Związku Sowieckim armii Andersa i przeszedł cały szlak bojowy pod dowództwem generała Maczka. Wyzwalał Belgię, Holandię i Francję. Gdy już rozwiązano Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie, w 1947 roku wrócił do Polski, ponieważ uważał, że jego patriotycznym obowiązkiem jest odbudowywać ojczyznę. Ale ówczesna ojczyzna okazała się w stosunku do niego niewdzięczna i ciągle funkcjonował pod pogardliwie wypowiadaną etykietką  „andersowca” - ubolewa jego córka. - Wreszcie skierowano nas na tzw. Ziemie Odzyskane, do Jasienia, niedaleko Żar. Osiedliliśmy się tam. W 1956 roku wyszłam za mąż, za Adama Ogonowskiego, repatrianta z Kresów. W 1970 roku mój mąż i ja zamieszkaliśmy w dzisiejszym Kędzierzynie-Koźlu. Mąż przeniósł się tu wraz z dyrektorem fabryki, w której wówczas pracował - wspomina pani Halina, która jest matką dwojga dzieci, babcią trojga wnuków i prababcią dwojga prawnuków.

W Kędzierzynie-Koźlu przepracowała ponad trzydzieści lat jako nauczycielka języka polskiego w klasach V-VIII szkoły podstawowej. Najpierw uczyła w kozielskiej SP nr 2. Ostatnie osiem lat życia zawodowego spędziła w SP nr 12, ucząc dwie klasy języka polskiego i jednocześnie pracując w szkolnej bibliotece. W 1985 roku przeszła na emeryturę. Niestety, wkrótce potem owdowiała. W rok po odejściu na emeryturę zmarł jej mąż.

- Proszę zauważyć, że o tych wszystkich przeżyciach z dzieciństwa staram się mówić z uśmiechem na twarzy, bo nie chcę ludzi smucić. Moim celem jest, aby podczas tych wspomnień, którymi dzielę się z ludźmi, zapoznać ich z realiami życia polskich zesłańców na Sybirze. Chodzi o to, żeby moi słuchacze po przyjściu do domu opowiedzieli o tym swoim dzieciom i wnukom, aby zachować tę pamięć dla przyszłych pokoleń - kończy Halina Ogonowska.

Mapa przedstawiająca rozmieszczenie stalinowskich łagrów (czerwone plamy), miejsca osiedleń deportowanych w kołchozach, sowchozach, w obozach pracy w tajdze oraz miejsca masowych mordów, których ofiarami byli Polacy


******************************

Czwarty rozbiór Polski

1 września atakiem Niemiec hitlerowskich na Polskę rozpoczęła się II wojna światowa. Bez wsparcia sojuszników nasz kraj skazany był na klęskę. Tym bardziej, że 17 września sowieckie wojska, bez wypowiedzenia wojny, przekroczyły granicę naszego państwa. O trzeciej rano ministerstwo spraw zagranicznych ZSRS przedstawiło ambasadorowi Wacławowi Grzybowskiemu notę o upadku państwa polskiego, nieistnieniu najwyższych organów władzy i wynikającej stąd konieczności ochrony życia i mienia ludności Zachodniej Ukrainy i Białorusi.

Zdradziecki atak ze wschodu był następstwem tajnego protokołu do paktu Ribbentrop-Mołotow, który zobowiązywał ZSRS do zaangażowania się w konflikt między Polską i III Rzeszą, po stronie Niemców. Stalin wyczekał odpowiedni moment, kiedy większe formacje polskiej armii zostały rozbite, a na wschodzie kraju pozostały jedynie nieliczne i słabo uzbrojone oddziały Korpusu Ochrony Pogranicza oraz kompanie rezerwistów bez broni pancernej, artylerii czy samolotów.

Dla samotnie walczącej Polski – Anglia i Francja, pomimo wypowiedzenia wojny Niemcom, nie ruszyły z pomocą – był to cios, który przesądził o klęsce wrześniowej. Być może gdyby Sowieci nie zaatakowali, nasze wojska broniłyby się dłużej i doczekały działań aliantów. Zamiast tego nastąpił czwarty rozbiór i hekatomba narodu polskiego.
Ówczesny prezydent Ignacy Mościcki, widząc beznadziejność sytuacji, wydał odezwę do narodu, w której pisał m.in.: „[…] stanęliśmy tedy nie po raz pierwszy w naszych dziejach w obliczu nawałnicy, zalewającej nasz kraj z zachodu i wschodu. […] Na każdego z was spada dzisiaj obowiązek czuwania nad honorem Naszego Narodu w najcięższych warunkach”.

Tego samego dnia władza opuściła kraj, a honoru broniły nieliczne oddziały, które choć dzielnie stawiały opór Armii Czerwonej, to nie miały z nią szans.
Sowieci wkraczali do Polski z jasno nakreślonym planem wyniszczenia polskiej inteligencji, a poprzez terror zaszczepiania wśród chłopów i robotników idei komunistycznych. Już 17 września rozpoczęły się mordy na oficerach Wojska Polskiego, które swoje apogeum miały w Charkowie, Katyniu, Smoleńsku czy Twerze.
Setki tysięcy naszych rodaków trafiły na Syberię bądź kazachskie stepy. Wielu nigdy nie wróciło do ojczyzny. Dopiero zgoda Stalina na utworzenie w sierpniu 1941 roku tzw. armii Andersa dała tysiącom naszych rodaków szanse na opuszczenie ZSRS.

 

 

Andrzej Kopacki
Podziel się:
Oceń:

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe