Milion kilometrów u boku prezydentów

  • 05.08.2019, 13:00
  • Andrzej Kopacki
Milion kilometrów u boku prezydentów foto: Andrzej Kopacki Bronisław Makowiecki zawsze jest uśmiechnięty
„Przeżył” dziewięciu prezydentów Kędzierzyna-Koźla, których przez 44 lata woził samochodem służbowym po całej Polsce i Europie. Profesjonalista w każdym calu. Zawsze uśmiechnięty, cierpliwy, wyrozumiały i punktualny. To jego znak firmowy, z którym wszyscy od lat go utożsamiają. Mowa o Bronisławie Makowieckim, który z kędzierzyńsko-kozielskim samorządem związany był praktycznie od początku jego istnienia.

Pracę w kozielskim magistracie rozpoczął w grudniu 1973 roku. W pierwszych dniach jeździł rozklekotaną nysą.

- To była jakaś masakra. Jak ją odpaliłem, to spaliny zamiast na zewnątrz wchodziły do środka. Na szczęście ten horror trwał tylko miesiąc, bo potem z Urzędu Wojewódzkiego w Opolu otrzymaliśmy kolejną nyskę - wspomina pan Bronek. - Samochód w kolorze niebieskim z białym pasem wykorzystywany był przez samorząd miejski w ramach zadań związanych z ochroną środowiska zleconych przez Urząd Wojewódzki w Opolu. Woziliśmy nią między innymi próbki wody i ścieków do analizy laboratoryjnej.

Wtedy jeszcze Kędzierzyn i Koźle były osobnymi miastami. Pan Bronek od samego początku pracował w Koźlu. W samorządzie - jako kierowca - przejął schedę po swoim ojcu, który pracował od 1945 do 1980 roku. Gdy pan Bronisław rozpoczynał pracę w urzędzie, jego ojcu już doskwierały problemy zdrowotne. Dlatego stopniowo przejmował jego obowiązki, jeżdżąc zarówno nysą, jak i fiatem 125p. Ich pierwszym domem rodzinnym była obecna siedziba straży miejskiej obok magistratu.

Limuzyna dla VIP-ów

To właśnie duży fiat był pierwszym samochodem osobowym wykorzystywanym przez magistrat do wożenia VIP-ów. Również i to wysłużone auto trafiło do naszego miasta z Urzędu Wojewódzkiego w Opolu.

- To był taki zrzut. Czego już nie chcieli w stolicy regionu, to nam przekazywali. Te leciwe auta sprawowały się różnie, ale jeszcze wtedy można je było naprawić przy pomocy śrubokrętów i kluczy - opowiada Bronisław Makowiecki. – W razie poważniejszych awarii musieliśmy jeździć do Opola. To był jeden z pierwszych modeli dużego fiata, z dźwignią zmiany biegów przy kierownicy. Pewnego dnia przyszedł na niego koniec i musieliśmy go zdać. Jadąc w środku zimy do Opola, samochód nagle zatrzymał się tuż za Krapkowicami, bo w przewodach zamarzło paliwo. Jechaliśmy wtedy w grubych płaszczach. Nawet w środku auta było bardzo zimno. Na miejsce dojechaliśmy stopem. Wróciliśmy z odsieczą i podholowali nas do Opola. Ale dostaliśmy kolejne cacko. Na czas stanu wojennego przekazano nam innego fiata 125p, w kolorze groszku. Osobiście odbierałem to auto.

Włodarze się zmieniali...

Pierwszym prezydentem Kędzierzyna-Koźla, utworzonego 15 października 1975 roku, z którym Bronisław Makowiecki jeździł służbowym fiatem 125p, był Waldemar Derej, urzędujący w latach 1976-1982. Kolejnym był Andrzej Radwański, który rządził miastem od 1983 do 1987 roku, a następnie Józef Lewczak, piastujący to stanowisko w latach 1987-1990. Po nim przyszedł prezydent Jerzy Bobrowski, który kierował samorządem miejskim w 1990 roku, oraz Mirosław Borzym, który urzędował w latach 1990-1998. Kolejni prezydenci u steru władzy to: Jerzy Majchrzak (1998-2002), Wiesław Fąfara (2002-2010), Tomasz Wantuła (2010-2014) oraz jedyna w tym gronie przedstawicielka płci pięknej - Sabina Nowosielska, która sprawuje władzę od 2014 roku do dziś. Ze wszystkimi musiał znaleźć wspólny język, co nie jest łatwe z uwagi na fakt, iż każdy z włodarzy miał inną osobowość, reprezentował różne światopoglądy i opcje polityczne.

Po erze dużych fiatów w magistracie nastała epoka polonezów.

- Pamiętam, jak dostaliśmy nowiutkiego, niebieskiego poloneza. To był niesamowity sukces. Auto sprawowało się świetnie, o wiele lepiej niż fiaty 125p. W następnych latach urząd pozostał wierny polonezom i zakupił kolejne dwa. Czyli w sumie były trzy i jeździły jeszcze za czasów prezydentów Bobrowskiego i Borzyma - mówi pan Bronek, dodając, że ten pierwszy niebieski polonez przeszedł później na służbę do straży miejskiej i był tam jeszcze przez długie lata eksploatowany. Potem - za kadencji prezydenta Mirosława Borzyma - pojawił się fiat tempra.

- To już była wyższa półka. Dało się zauważyć tę przepaść technologiczną w porównaniu z fiatami i polonezami. W przypadku napraw, jako kierowca, miałem już niewiele do powiedzenia. Tu już potrzebni byli mechanicy samochodowi - przekonuje pan Bronek.

Po fiacie tempra przyszedł czas na hondę, która w ciągu 12 lat przejechała około 300 tys. km. O dziwo, trafiła potem do straży miejskiej i jeździ praktycznie do dziś. To dowód na to, że auto było zadbane i należycie użytkowane przez kierowców.

- Zgodnie z zasadą, która mówi, że jak dbasz, tak masz. Z hondą nie miałem nigdy żadnego problemu. Auto zawsze odpaliło - wspomina Bronisław Makowiecki. Obecnie służbowym autem w kędzierzyńsko-kozielskim magistracie jest hyundai i40.

Cierpliwa żona

Przy okazji warto przypomnieć, że Bronisław Makowiecki służył też w straży miejskiej, ale w pierwszej kolejności musiał być do dyspozycji prezydentów, pracując przeważnie w piątki, niedziele i święta.

- Chylę czoła i jestem pełen podziwu dla mojej żony, która przez te wszystkie lata musiała znosić tę sytuację. Nie każdy zdaje sobie sprawę z tego, jak bardzo przekładało się to na moje życie rodzinne,  zarówno względem małżonki, jak i córki. Do dziś nie mogę sobie wybaczyć, że nie byłem na 18. urodzinach mojej córki, bo miałem wyjazd służbowy do Warszawy. Taka funkcja, więc muszą być i ofiary - tłumaczy Bronisław Makowiecki.

Zaufany człowiek

Władzę miał dosłownie na wyciągnięcie ręki - na fotelu pasażera. Włodarze na przestrzeni ponad 40 lat się zmieniali i żaden z nich nie zrezygnował z usług prezydenckiego kierowcy, który dotrwał na tym stanowisku do emerytury. To świadczyło o dużym zaufaniu do jego osoby, poszanowaniu wiedzy, doświadczenia  i sposobu bycia. W razie wpadki trudno byłoby komukolwiek zachować to, wbrew pozorom, prestiżowe stanowisko.

- Moja podstawowa zasada to nie mieszać się w politykę. Nie wychylać się. Owszem, można mieć swoje zdanie, ale lepiej zachować je dla siebie. Każdy prezydent ma jakieś przyzwyczajenia, upodobania, poglądy. Trzeba je odkrywać przez co najmniej kilka miesięcy, żeby dobrze poznać swojego szefa - wyjaśnia pan Bronek. - W swojej pracy musiałem być bardzo ostrożny i tak postępować, żeby kogoś nie urazić. To wymagało pewnej elastyczności, a czasami też spolegliwości i pokory z mojej strony. Szefa trzeba zrozumieć i szanować. Nie gryzie się ręki swojego chlebodawcy. Ja byłem tylko pracownikiem, a szef moim pracodawcą. Niczego nie żałuję, a swoim przełożonym jestem wdzięczny za postawę i troskę o mnie.

Traumatyczne przeżycia

Po ponad 40 latach pracy ma mnóstwo wspomnień, i traumatycznych, i zabawnych. Najbardziej przerażające wiążą się z wielkim pożarem lasu w 1992 roku.

- Na własne oczy widziałem, jak gigantyczne jęzory ognia przeskakiwały koronami drzew przez drogę prowadzącą z Kotlarni do Gliwic. To był przerażający widok - przyznaje nasz rozmówca. - Kolejne przeżycie to powódź z 1997 roku. Uciekałem wtedy nową temprą przed wodą. Oczywiście na rynek, bo było to praktycznie jedyne bezpieczne miejsce w całym Koźlu. To się pamięta do końca życia. Fala płynęła już z ul. Kraszewskiego w kierunku ul. Bohaterów Westerplatte. Prąd był tak silny, że wykrzywił tablicę rejestracyjną w tym samochodzie. Zresztą woda wlewała się już do auta. Najważniejsze, że zdążyłem, choć niewiele brakowało i byłoby po samochodzie.

Były też wesołe akcenty w pracy pana Bronka. Niektóre pochodzą jeszcze z lat 70.

- Gościliśmy delegację z ówczesnego NRD. Zwiedziliśmy miasto, następnie udaliśmy się na obiad do restauracji „Lech”. Uraczono nas potrawą regionalną, a konkretnie roladą, kluskami śląskimi i modrą kapustą. Jeden z naszych wiceprezydentów, mniejsza o nazwisko, siedział przy stole naprzeciwko mnie - opowiada pan Bronek. - Nagle wzrokiem pokazał mi na swój talerz, ale w pierwszym momencie nie widziałem, o co mu chodzi. Dopiero po chwili zorientowałem się, że tylko jedna z rolad, akurat ta, która trafiła na talerz wiceprezydenta, była wciąż owinięta nićmi. Gospodarz, aby nie grzebać w roladzie – nie wypadało w towarzystwie gości wyciągać nici z mięsa - postanowił je skonsumować. Kroił porcję na kawałki i zjadał wraz z „prezentem” pozostawionym przez kucharkę.

Inne zabawne zdarzenie towarzyszyło wyjazdowi jednego z prezydentów do holenderskiego Soest. W chłodny dzień, stojąc niebieskim polonezem na polsko-niemieckiej granicy (jeszcze za czasów NRD), pan Bronek postanowił nieco ogrzać auto i uruchomił silnik.

- Nagle do naszego samochodu podchodzi przedstawiciel NRD-owskiej straży granicznej i nakłada na nas mandat. Pytam za co. Ten odpowiada, że za to, iż siedzimy w aucie z zapalonym silnikiem bez zapiętych pasów. Wlepił nam mandat w wysokości 20 marek. Po 10 na głowę - zaznacza nasz rozmówca.

Pożegnanie legendy

W zeszłym roku, gdy odchodził na emeryturę, pracownicy urzędu miasta zorganizowali Bronisławowi Makowieckiemu pożegnalne spotkanie.

- To było coś wspaniałego. Po tylu latach pracy łza się w oku zakręciła. Pojawili się zarówno pracownicy z dłuższym, jak i krótkim stażem, którzy gratulowali i dziękowali mi za ten czas. Wszyscy odśpiewali „Sto lat”. To było fantastyczne. Nie spodziewałem się tego. Cieszę się, że właśnie w taki sposób zakończyła się moja kariera kierowcy w urzędzie miasta. Teraz już jestem szczęśliwym emerytem - przyznaje z ulgą.

Przez te wszystkie lata przejechał służbowymi autami ponad milion kilometrów. Zresztą nie tylko w urzędzie miasta. Wcześniej - nim trafił do magistratu - jeździł w wojsku, potem w PKS-ie. Co istotne, zawsze była to jazda bezkolizyjna. Zapłacił tylko dwa mandaty. Wspomniany wcześniej na granicy z NRD za niezapięte pasy podczas postoju oraz w Rzeszowie, w drodze do Kijowa. Jeździł bowiem nie tylko po naszym regionie i Polsce. Wspólnie z włodarzami Kędzierzyna-Koźla odwiedzał: Niemcy, Francję, Czechy, Austrię, Ukrainę, Litwę i Holandię. Przeważnie były to wizyty w naszych miastach partnerskich. Natomiast w Strasburgu miał zaszczyt uczestniczyć w uroczystości wręczenia naszemu miastu Flagi Honorowej Rady Europy.

Priorytetem bezpieczeństwo

- Ludzie, z którymi jeździłem, chcą wrócić do domu i do swoich rodzin cali i zdrowi. Rolą kierowcy jest zapewnić bezpieczną podróż.  Jestem szczęśliwy, że miałem bezwypadkową jazdę i doczekałem emerytury w dobrym zdrowiu, o które teraz trzeba zadbać. Czasami doskwierają mi bóle w krzyżu, ale jak się ma 66 lat, to trudno liczyć na cuda - przekonuje pan Bronek. - Wolny czas staram się wykorzystywać bardzo aktywnie. Jeździmy w góry. Uwielbiam ruch, sport. Biegam, gram w piłkę. Ponadto to dobry moment na załatwienie zaległych spraw, na które dotąd nie było czasu. Nigdy nie wiedziałem, kiedy zadzwoni służbowy telefon. Zawsze musiałem być gotowy do wyjazdu. Teraz już mogę poświęcić więcej czasu rodzinie. Mam wnuka, który jest moim oczkiem w głowie. To taka nasza perełka. Dla mnie rodzina jest wszystkim. Praca pracą, ale rodzina jest najważniejsza. Jestem bardzo wdzięczny mojej żonie za wyrozumiałość przez te długie lata. Za to jej bardzo dziękuję. Teraz nadrabiamy te wszystkie braki i cieszymy się życiem - zapewnia pan Bronek.

Andrzej Kopacki

Podziel się:

Oceń:

Komentarze (2)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Irena M.
Irena M. 05.08.2019, 20:02
Wspanialy,kolezenski,kochajacy rodzine.Wzor do nasladowania.Duzo zdrowia i pomyslnosci🐇
z miasta
z miasta 05.08.2019, 19:46
Nich jeszcze pan pamięta, że parkingi w mieście są płatne.

Pozostałe