Wspomnienia na kliszy

  • 04.01.2020, 13:39
  • Andrzej Kopacki
Wspomnienia na kliszy Stare zdjęcia mają w sobie wiele magii
Zapewne nie poznalibyśmy wielu ciekawych historii związanych z dawnymi zakładami pracy oraz życiem codziennym ich załóg, gdyby nie emerytowani pracownicy tych firm, z których część już dawno w Kędzierzynie-Koźlu nie istnieje. Pozostały po nich tylko wspomnienia, ciekawe opowieści oraz stare zdjęcia, które dopiero teraz ujrzały światło dzienne. Po latach zostały wyciągnięte z rodzinnych albumów, szuflad i zakurzonych skrzyń na strychach.

Na konkurs fotograficzny „Przemysł ziemi kozielskiej w rodzinnych albumach” wpłynęły 63 fotografie. Część z nich postanowiliśmy zaprezentować na naszych łamach, gdyż dla tych ludzi miejsca uwiecznione na kliszy były kawałkiem ich życia. Niejednokrotnie pracowały tam całe rodziny z dziada pradziada. Dlatego nawet dziś opowiadają o nich z przejęciem i wzruszeniem.

Sekretarz komisji konkursowej i zarazem wiceprezes Towarzystwa Ziemi Kozielskiej Małgorzata Skrzypczak gorąco zachęcała do udziału w konkursie.

- Pierwsze słowa, gdy prosiłam o jakieś zdjęcia, brzmiały: „Ach, ja tam nic takiego nie mam”. Ale potem, gdy ludzie zaczęli sięgać do swoich albumów, nagle okazało się, że tych zdjęć jest bardzo dużo. Wróciły sentymenty i emocje. Poznawałam całe historie bohaterów tych fotografii, jak i zakładów pracy - podkreśla Małgorzata Skrzypczak.


Solidny parowóz




Pierwsze zdjęcie, które chcemy zaprezentować, poświęcone jest kolejarzom.

- W 1955 lub 1956 r. mój mąż kolejarz Leonard Nocoń, maszynista parowozu, odniósł wraz z kolegami pewien sukces. Przejechał parowozem 120 000 km bez jakiegokolwiek remontu lokomotywy. Z tej okazji w Parowozowni Kędzierzyn przeprowadzono uroczystość, podczas której kolejarze, a wśród nich także mój mąż, otrzymali nagrody i kwiaty. Wydarzenie to zostało uwiecznione na kilku fotografiach. Osiągnięcie kolejarzy zostało odnotowane w lokalnej prasie i na łamach „Kalendarza Opolskiego”. Mąż kochał swoją pracę bardziej niż rodzinę - uśmiecha się Krystyna Nocoń, żona pana Leonarda, który przepracował na kolei całe życie. Na emeryturę przeszedł w 1978 r. Rodzinnych wspomnień było jednak więcej.

- W latach 60. jechaliśmy pociągiem do wujka w Koźlu Porcie. Wsiadamy do pociągu na stacji w Koźlu, patrzymy, a w parowozie siedzi mój tato. Pomachałyśmy mu, szczęśliwe, a po wejściu do wagonu nie kryłyśmy dumy z tego, że jedziemy właśnie tym pociągiem, choć miałyśmy do przejechania raptem jeden przystanek - wspomina Alicja Nocoń, córka pana Leonarda. - Tato umarł w styczniu 1991 r. W czasie pogrzebu na cmentarzu w Koźlu było śnieżnie i mroźno. Nagle usłyszeliśmy gwizd parowozu. Wtedy jeszcze funkcjonowała kolej do Baborowa przez Reńską Wieś. Było to takie symboliczne pożegnanie mojego taty maszynisty.

Alicja Nocoń nie kryje radości, że coraz częściej mówi się, iż Kędzierzyn-Koźle jest nie tylko miastem chemików, ale także kolejarzy. Jej zdaniem świadczy o tym obecność zabytkowej lokomotywy obok dworca PKP i popiersie bezimiennego kolejarza na pl. Wolności.


Wczasy wagonowe



- Jako członkowie rodziny kolejarza, w latach 50., 60. i 70. jeździliśmy na wczasy wagonowe. Po raz pierwszy byliśmy w 1957 r. w Międzyzdrojach, a w 1959 r. w Augustowie i to zdjęcie zostało wykonane właśnie tam - opowiada Alicja Nocoń. - W 1966 r. spędziliśmy wakacje w Jaroszowcu k. Olkusza. Piękne miejsce, otoczone lasami. Chodziliśmy tam na grzyby. Cały nasz wagon obwieszony był suszonymi grzybami. Część tego, co udało się zebrać, mama z ciocią zanosiły do kuchni, gdzie zatrudnione tam panie robiły z nich przepyszne sosy.

Każda kolejarska rodzina otrzymywała klucze do wagonu przystosowanego do zamieszkania. Turnusy trwały 14 dni.

- Było bardzo przyjemnie. Mieliśmy swój ośrodek ze stołówką, biblioteką, placem zabaw dla dzieci i boiskami do gier zespołowych. W samym wagonie były łóżka, stół, szafa, nocne stoliki i umywalka. Każdemu pobytowi towarzyszyły turnieje sportowe dla dzieci i młodzieży, wieczorki zapoznawcze oraz wycieczki. Jedna z nich szczególnie utkwiła mi w pamięci, gdy płynęliśmy statkiem z Helu do Gdyni. W trakcie tej wycieczki mieliśmy okazję zobaczyć słynny transatlantyk „Batory”. Zatem wspomnienia mamy piękne. Szkoda, że ta forma wypoczynku już nie funkcjonuje, bo miała w sobie wiele uroku. Odwiedziliśmy dzięki temu różne atrakcyjne pod względem turystycznym miejsca Polski. Tych wyjazdów mieliśmy kilkanaście, począwszy od Zakopanego, gdzie byliśmy dwa razy, aż po Bałtyk z Mielnem oraz Jastarnią i piękne Pojezierze Mazurskie - kończy pani Alicja.


Deficytowe czarne złoto






Kozielski Skład Węgla powstał przed II wojną światową. Właściciele mieszkali na rogu ul. Grunwaldzkiej (obecnie Łukasiewicza) i Kochanowskiego. Co ciekawe, skład przetrwał w tym samym miejscu do dziś. Wagony rozładowywano na bocznicy mieszczącej się tuż przy placu, gdzie składowano opał. Stałe dostawy „czarnego złota” zapewniały drogą kolejową gliwickie kopalnie. W latach 50. (z tego okresu pochodzi to zdjęcie) węgiel na terenie miasta i okolicznych wiosek transportowano furmankami. Przez trzy dekady kozielskim składem kierował, urodzony w 1921 r., Zygmunt Gworek, który wciąż cieszy się dobrym zdrowiem i doskonałą pamięcią.





- Węgiel różnego sortu i różnej kaloryczności ogrzewał przydomowe piece. W 1952 r. zostałem kierownikiem tego składu i przepracowałem tam 30 lat, aż do 1982 r., kiedy przeszedłem na emeryturę. Węgiel w tamtych czasach był towarem deficytowym, na kartki. Nie można go było sprzedać komuś po znajomości, bo za to się siedziało, a ja nie siedziałem. Zatrudnialiśmy wtedy 6 osób, nie licząc prywatnych wozaków i ładowaczy. Zacząłem pracę od Centrali Zbytu Węgla w Katowicach, później były Głuchołazy i Opole, gdzie mieściła się centrala Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa Handlu Opałem, ale ostatnie trzy dekady przepracowałem w Koźlu - wspomina Zygmunt Gworek, który 98 lat temu urodził się w Suwałkach, a wychował w Łomży. Jego ojciec, policjant, został zamordowany przez bolszewików w Katyniu.


Młynarze sprzed 70 lat



Zamieszczone zdjęcie przedstawia młynarzy i pracowników Zabrzańskich Zakładów Młynarskich mieszczących się w Koźlu przy ul. Grunwaldzkiej (obecnie Łukasiewicza). Nazwa zakładu zmieniała się wielokrotnie. Jedna z nich to Zespół Spichrzy i Młynów Kędzierzyn-Koźle. Przedsiębiorstwo stanowiło główną siedzibę dla młynów, elewatorów oraz magazynów z południowo-wschodniej części Opolszczyzny. Zatrudniało około 320 osób.

Po reorganizacji należały do niego: młyn w Koźlu, dwa młyny w Pawłowiczkach, dwa młyny w Głogówku, młyn w Krapkowicach, elewator w Baborowie i dwa magazyny w Głubczycach. Z kolei w Koźlu Porcie znajdowała się workownia, gdzie trzepano i cerowano worki, oraz duży elewator na cyplu. Praca w młynach dla pracowników produkcyjnych była ciężka i obejmowała przyjmowanie zboża, przemiał, pakowanie ręczne mąki i otrąb oraz załadunek na samochody. Przy pakowaniu mąki i otrąb pracowały przeważnie kobiety, a przy załadunku mężczyźni.

-
Mieliśmy rozwinięty i bardzo bogaty program socjalny. Zakład posiadał własne ośrodki wczasowe w Dziwnowie i Zawoi, gdzie  wypoczywali nasi pracownicy. Dla dzieci i młodzieży organizowane były kolonie i obozy. Do naszej dyspozycji był autobus dowożący urlopowiczów na miejsce wypoczynku. Pracownicy często wyjeżdżali na wycieczki do Zakopanego, Wisły, Wrocławia, Jeleniej Góry, Kłodzka, Krakowa, Częstochowy, a także Lichenia. Organizowano wyjazdy na grzybobranie nie tylko w opolskie, ale i zielonogórskie lasy, a nawet w Bieszczady. Prawie co kwartał wyjeżdżaliśmy do operetki - opowiada Maria Maj, która przez 26 lat była kadrową w kozielskim młynie.


Dziewczyny z laboratorium


 

Zdjęcie z dwiema sympatycznymi laborantkami w oknie wykonano w 1968 r. Laboratorium, w którym badano próbki zboża i mąki, mieściło się, podobnie jak kozielski młyn, przy ul. Grunwaldzkiej (obecnie Łukasiewicza). Oprócz laboratorium zakład posiadał silosy, magazyny, warsztat ślusarski i wagę. W kozielskim młynie zatrudnienie znajdowali mieszkańcy Koźla i okolicznych miejscowości.

Praktycznie całe swoje zawodowe życie (aż 48 lat) tutejszym zakładom zbożowym poświęciła rodowita koźlanka Adelajda Sobkiewicz: - Pracował tu też mój ojciec oraz mąż. Ten zakład był dla nas jak druga rodzina. Pracowałam w zakładowym laboratorium. Badałyśmy jakość zbóż. Obowiązywały pewne normy państwowe, które musiały być spełnione, m.in. w zakresie glutenu, poziomu zanieczyszczeń itp., aby piekarze nie narzekali na jakość mąki. Tak więc przeprowadzałyśmy szczegółowe analizy, począwszy od zbóż po mąkę. Gdy zboże było złej jakości, to odsyłaliśmy je z powrotem do dostawcy. Na ogół zboża były dobre. Wiele zależało od pogody. Jeśli podczas żniw były deszcze, to zboża były porośnięte i nie nadawały się do produkcji wysokiej jakości mąki. Wtedy trzeba było robić mieszanki, korzystając z dobrej jakości pszenicy z eksportu. Zboże do kozielskiego młyna trafiało z całego regionu - wspomina pani Adelajda, która ukończyła Zasadniczą Szkołę Młynarską w Cieszynie i zaraz potem trafiła do kozielskiego zakładu.

Kozielski młyn został wybudowany w 1875 r. przez Franca Winklera i był największym młynem w powiecie. W czasach transformacji sprywatyzowano go i zlikwidowano. Dotyczyło to również wszystkich jego filii. Pomimo że budynek był zabytkowy, prywatny właściciel rozebrał go; pozostał po nim pusty plac.


- Gdy demontowali wielkie silosy zbożowe, to serce strasznie krwawiło. Zapewne patrząc na to wszystko z góry, mój świętej pamięci ojciec też bardzo cierpiał - dodaje pani Adelajda.

Ostatecznie zakład zlikwidowano w latach 2000-2001. Głosów oburzenia było znacznie więcej.
 

- Po sprywatyzowaniu wszystkie młyny zostały zrównane z ziemią, z wyjątkiem obiektu w Krapkowicach. Zostało to przejęte za niewielkie pieniądze, a następnie zburzone. Nie kryliśmy żalu - przyznaje pani Maria Maj. - Pomimo tylu obiektów zlokalizowanych w różnych miejscowościach Opolszczyzny tworzyliśmy wspaniały zespół. Byliśmy jak jedna rodzina. Dla nas były to dobre czasy, o czym wspominamy podczas spotkań - mówi pani Maria, chwaląc ówczesną załogę oraz dyrektorów: Bronisława Mościckiego oraz świętej pamięci Ludwika Świderskiego.

- Dyrektor Świderski często powtarzał: „Pani Marysiu, ryba zawsze psuje się od głowy”. Gdy przykładowo młynarz meldował mu o zakończeniu remontu, to dyrektor zawsze osobiście sprawdzał każdy drobiazg i nie dał się wpuszczać w maliny. Dziś, gdy któryś z byłych pracowników odchodzi z tego świata, to na jego pogrzebie jesteśmy w komplecie - opowiada pani Maria.


Praca na złomowisku


 

Nieopodal młyna funkcjonował zakład przerobu złomu. Tam Maria Maj - również jako kadrowa - przepracowała 10 lat. Na zdjęciu widać pochód 1-majowy z 1966 r., w którym maszerują pracownicy tego przedsiębiorstwa zlokalizowanego tuż za mostem kolejowym, po obu stronach ul. Głównej. Prowadzi ona z Koźla do Rogów. Gliwicki Zakład Przerobu Złomu Oddział Koźle - bo tak brzmiała jego pełna nazwa - obejmował potężny teren, sięgający z jednej strony aż do Odry, a z drugiej po tamtejsze pola i nieużytki.

- Zakład posiadał dużą bocznicę kolejową, ponieważ złom przywożony był wagonami, a po przeróbce trafiał do hut. Podczas II wojny światowej na terenie tym Niemcy stworzyli obóz jeniecki. Po wojnie stare obozowe baraki zaadaptowano na biura, szatnie dla pracowników, kuchnię, świetlicę i magazyn. Zakład zatrudniał około 220 osób - wspomina była kadrowa.

W administracji zatrudniano kierownika, kadrową, czyli panią Marię, a także dwie panie na stanowiskach ds. transportu, kasjerkę i magazynierkę. W drugim baraku mieściła się „mistrzówka”, pomieszczenia dla pielęgniarki oraz lekarza, który przyjmował 2-3 razy w tygodniu. Natomiast dyrekcja miała swoją siedzibę w Gliwicach.

- Atmosfera w zakładzie była bardzo dobra, ale praca ciężka. Robotnicy pracowali pod gołym niebem. Złom cięto na małe kawałki i wywożono pociągami do hut. Nasz zakład jako pierwszy kupił telewizor. Stał on w świetlicy i był nie lada atrakcją tak dla załogi, jak i okolicznych mieszkańców. Korzystali oni również z naszego saturatora z wodą sodową - opowiada była kadrowa. Przedsiębiorstwo zlikwidowano w latach 90.


Jedyna w klasie



 

Co ciekawe, Maria Maj ukończyła kozielskie Technikum Stoczni Rzecznych i także z tego okresu posiada pamiątkowe zdjęcia. Jedno z nich - „Praktyki szkolne w Kozielskiej Stoczni Rzecznej - maj 1958 roku” - zostało wyróżnione w konkursie TZK. Uczniowie Technikum Stoczni Rzecznych w Koźlu (dzisiejszy Zespół Szkół Żeglugi Śródlądowej w Kędzierzynie-Koźlu) odbywali praktyki w pobliskiej stoczni.

Na zdjęciu pani Maria wraz z kolegami gości na pokładzie statku. Była jedną z pierwszych dziewcząt (jedyną w klasie), które ukończyły tę szkołę. Podczas praktyk uczniowie musieli przejść różne stanowiska pracy. Na jednych przygotowywano dokumentację budowy statków, na innych tworzono rysunek techniczny bądź korzystano z obrabiarek. Umiejętności uczono się na warsztatach szkolnych. Stocznia produkowała różnego rodzaju statki rzeczne. Nowością były tzw. pchacze, które wysyłano na eksport. Pani Maria po ukończeniu szkoły otrzymała tytuł technika budowy kadłubów statków rzecznych.

 

- Jako absolwentka dostałam nakaz pracy do Wrocławia, ale obawiałam się opuszczenia rodzinnego gniazda. Na szczęście udało mi się znaleźć pracę tu na miejscu. Najpierw w złomie, a potem w młynie - kończy nasza rozmówczyni.

Kobieca Obrona Cywilna



Zawody Zakładowych Oddziałów Samoobrony „KOFAMA” były czymś normalnym w latach 70. XX w. Zawodnicy, a w zasadzie zawodniczki wyposażone były w maski gazowe, nosze i torby z niezbędnym sprzętem służącym do wykonywania opatrunków. Wiele emocji dostarczał pojedynek między wydziałami w Kozielskiej Fabryce Maszyn; panie brały udział w różnych konkurencjach.

- Zawsze wszystkie byłyśmy ubrane w jednakowe mundurki.  Szczególnie ambitnie podchodziłyśmy do zawodów międzyzakładowych. Rywalizacja pomiędzy KOFAMĄ, Zakładami Azotowymi „Kędzierzyn”, Zakładami Chemicznymi „Blachownia” oraz PKS-em dostarczała mnóstwo emocji. Walczyłyśmy ambitnie - zapewnia Anna Sadowska, która pracowała w KOFAMIE od 1976 do 1991 r.

 

- Każde zawody poprzedzało miesięczne szkolenie z zakresu pierwszej pomocy. Biegałyśmy na tych zawodach z noszami i w maskach gazowych. Pozorowałyśmy różne sytuacje, włącznie z upadkami. Fajna zabawa, a przy okazji nauczyłyśmy się podstawowych zasad udzielania pierwszej pomocy, co potem nieraz przydało mi się w życiu. Zawody te przeprowadzano zawsze wokół hali sportowej w Kędzierzynie. Co ciekawe, w naszym składzie na szkoleniach i zawodach nigdy nie było żadnego faceta. Same dziewczyny, aczkolwiek szkolił nas mężczyzna - podkreśla Anna Sadowska, dla której KOFAMA była pierwszym i zarazem ostatnim miejscem zatrudnienia.
 

- To był dobry okres w moim życiu. Panowała miła atmosfera, aż chciało się iść do tej pracy. Zakład prężnie się rozwijał, miał odbiorców w wielu krajach Europy i nie tylko - wspomina z dumą nasza rozmówczyni.

Masówka w Azotach



Autorem kolejnego zdjęcia - „Masówka załogi Z.A. Kędzierzyn w proteście przeciw polityce NATO” - jest wieloletni pracownik tego kombinatu Bogusław Rogowski.


- Ta masówka miała miejsce w jednej z hal produkcyjnych Zakładu Budowy Aparatury. Zdjęcie pochodzi z lat 70. Protestowano przeciwko interwencji zbrojnej państw NATO. Miało to wydźwięk propagandowy. To była inicjatywa komitetu zakładowego PZPR. Na masówce pojawiła się cała egzekutywa partii. Odczytano apel, na który przybyło mnóstwo ludzi, bo załogę ściągnięto w trakcie przerwy śniadaniowej. Zdjęcie ukazało się nawet w prasie ogólnopolskiej, gdyż w tamtym czasie „Azoty” były największym zakładem na Opolszczyźnie - mówi Bogusław Rogowski, który ma w domowym archiwum około 10-12 tys. klatek fotograficznych, m.in. z tamtego okresu. Dotyczą one głównie zakładów azotowych oraz samego Kędzierzyna z lat 1964-1999, czyli do roku, w którym ten popularny w naszym mieście dziennikarz i fotoreporter przeszedł na wcześniejszą emeryturę.

 

Bitwa kombinatów




Pan Bogusław uwiecznił na kliszy również Telewizyjny Turniej Zakładów Puławy - Kędzierzyn. W latach 70. XX wieku dość regularnie organizowano telewizyjne turnieje, ale zazwyczaj miast. Na zdjęciu widać mieszkańców naszego miasta zgromadzonych na niezabudowanym jeszcze terenie naprzeciwko Domu Kultury „Chemik”, gdzie obecnie stoją bloki mieszkalne oraz supermarket.

- Takie same konkurencje odbywały się w Puławach i Kędzierzynie. W każdym razie myśmy wtedy wygrali. Za zwycięstwo otrzymaliśmy chyba milion złotych z Centralnej Rady Związków Zawodowych, które wykorzystano później na rozbudowę ośrodka wczasowego w Januszkowicach. O telebimach w tamtych czasach jeszcze nikt nie słyszał, zatem podczas turnieju wystawiono kilka telewizorów, na których mieszkańcy naszego miasta mogli oglądać, jak z poszczególnymi konkurencjami radzili sobie nasi rywale z Puław. Z kolei puławianie za pośrednictwem telewizji podglądali nas - opowiada pan Bogusław.






Zakładowy fotoreporter nie zapominał też o spektakularnych wydarzeniach w historii „Azotów”, jak choćby likwidacja starych instalacji.
 

- To była bardzo stara, około 30-metrowa i nieekologiczna instalacja odsiarczania arsenowego gazu syntezowego, gdyż wiadomo, że arszenik jest paskudną trucizną. W międzyczasie zmieniła się technologia i zachodzono w głowę, co zrobić z tą przestarzałą aparaturą. W połowie lat 60. wysadzono ją w powietrze, co widać na zdjęciu, a następnie uprzątnięto cały teren - wspomina Bogusław Rogowski.

Port bez dźwigów i wody




Zupełnie osobnym rozdziałem jest kozielski port. Pierwsze ze zdjęć zostało wykonane 21 lipca 2006 r. To dzień demontażu dźwigów, będących kiedyś symbolem tego miejsca. Dziś nie ma już po nich śladu.

 


 

Drugie zdjęcie wykonano w kozielskim porcie 3 lipca 2013 r. Z powodu awarii prawego sektora jazu Januszkowice nastąpiło gwałtowne obniżenie poziomu wody w całym kozielskim węźle wodnym. Awaria januszkowickiego jazu uświadomiła wszystkim, jak ważną rolę spełniają te urządzenia hydrotechniczne. Barki w porcie osiadły na dnie. Przy okazji woda odsłoniła różne „skarby”, które ludzie powrzucali do Odry. Wśród nich była m.in. sporych rozmiarów lodówka. Prawdziwą perełką był jednak rower.
 

- Skorzystałem z faktu, że doszło do nagłego, niespodziewanego obniżenia lustra wody. Nawigacyjny poziom piętrzenia w porcie wynosił w granicach 2,5 do 3 metrów. Zszedłem w dół w stronę skarpy, która na co dzień zalana jest wodą. Nagle dostrzegam rower, jakby go ktoś dosłownie przed chwilą oparł o dalbę postojową. Musiał długo stać w wodzie, gdyż był zardzewiały, zamulony i zarośnięty muszlami rzecznymi. Porobiłem tam kilka zdjęć i na drugi dzień ponownie przyjechałem w to miejsce, ale roweru już nie było. Prawdopodobnie zainteresował się nim jakiś złomiarz, który z tego, co widziałem, powyciągał też stalowe liny oraz inne zardzewiałe elementy. Przy okazji wysprzątał nabrzeże portowe i coś tam zarobił w skupie złomu - mówi Mariusz Przybylski, autor tej fotografii.

Andrzej Kopacki

Zdjęcia (4)

Podpięte galerie zdjęć:

Podziel się:

Oceń:


Komentarze (1)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Karol
Karol 04.01.2020, 18:59
Lubię takie historie.

Pozostałe