Kupowano je jak świeże bułeczki

  • 29.01.2020, 10:56 (aktualizacja 29.01.2020, 13:41)
  • Andrzej Kopacki
Kupowano je jak świeże bułeczki Bogusław Rogowski i zakupione przez niego gadzinówki foto: Andrzej Kopacki
W Generalnej Guberni ukazywało się osiem dzienników, które były kontrolowane przez Niemców. Gadzinówki, mimo że określano je najgorszymi obelgami, jak na przykład szmatławce czy kurwary, sprzedawały się wyśmienicie (na poziomie setek tysięcy egzemplarzy). Szczególnie wówczas, gdy informowały o tragicznych wydarzeniach, takich jak katastrofa lotnicza, w której zginął gen. Władysław Sikorski, czy odkrycie grobów polskich oficerów pomordowanych w Katyniu.

Bogusław Rogowski, miłośnik historii z Kędzierzyna-Koźla, jest w posiadaniu 73 oryginalnych egzemplarzy gadzinówek. Chodzi o „Gońca Krakowskiego” i „Kuriera Kieleckiego”.

- Kiedyś byłem na zjeździe krajan z Budzanowa i rozmawiałem tam z ludźmi, którzy wiedzieli, że param się historią. Pewien jegomość zaproponował mi nabycie tych gazet. Zainteresowało mnie to z uwagi na fakt, że były tam poruszane sprawy katyńskie - wspomina Bogusław Rogowski. - Właściciel gadzinówek chciał ode mnie po 10 zł za egzemplarz, co nie było kwotą wysoką, ale i tak ostatecznie wytargowałem kupno tych 73 sztuk za łączną kwotę 500 zł. Na pewno było warto, jeśli ktoś potrafi docenić ich wartość historyczną - przekonuje pan Bogusław.

Przyznaje, że miały one charakter propagandowy, gdyż nie brak tam tendencyjnych artykułów, np. o zniszczeniu przez Japończyków dużej liczby alianckich krążkowników, o nowej niemieckiej broni rzutnej, o ataku na Rzym, który przeprowadzono z rozkazu Amerykanów, czy też o niemieckiej łodzi podwodnej, która zatopiła amerykański lotniskowiec USS Ranger. Są też komunikaty o ożywionej działalności lotniczej nad Sycylią i o tym, jak spędza dzień generał Franco. Jest też tytuł informujący o tym, że Kreml zrywa stosunki z emigracją polską.

Listy katyńskie

Polskojęzyczna prasa, która została uruchomiona przez niemieckiego okupanta po klęsce wrześniowej podczas II wojny światowej, miała jeden cel: hitlerowską propagandę. W gazetach tych niechlubną współpracę z Niemcami podjęło około stu polskich dziennikarzy. Nikt ich do tego nie zmuszał. Robili to z jednego powodu - dla pieniędzy. Zresztą Niemcy już wcześniej dobrze przygotowali grunt, jeśli chodzi o rozwój swojej prasy - podczas I wojny światowej w Warszawie i Łodzi drukowali „Godzinę Polską”. Polacy szybko przechrzcili ją na „Gadzinę Polską”.

15 kwietnia 1943 roku pojawiła się pierwsza prasowa informacja o odkryciu masowych grobów polskich oficerów.

- W każdym z kolejnych wydań, czyli we wszystkich 73 gazetach, które odkupiłem, publikowana jest lista katyńska z nazwiskami pomordowanych polskich oficerów. Po ekshumacji kolejnych ciał nazwisk nieustannie przybywało i sukcesywnie zamieszczano je w gadzinówkach. Ludzie ze zrozumiałych względów je kupowali, bo sprawa wywoływała ogromne emocje w społeczeństwie. W filmie pt. „Katyń” jest nawet taki epizod, gdy pani generałowa kupuje wspomnianego „Gońca Krakowskiego”, z którego czerpała wiedzę o zbrodni popełnionej przez Sowietów - zauważa Bogusław Rogowski, przypominając, że Polacy zginęli od strzałów w tył głowy.

Miejsce straceń zostało odkryte przez Niemców w lutym 1943 r. Zaprowadził ich tam Iwan Kisielew, chłop z pobliskiej wsi Gniezdowo. W Lesie Katyńskim oficerowie NKWD rozstrzelali 4143 polskich jeńców z obozu w Kozielsku. Rząd RP w Londynie poprosił Międzynarodowy Czerwony Krzyż o zbadanie sprawy. Jednocześnie z taką samą prośbą do tej organizacji zwrócili się również Niemcy. Ofiarami zbrodni byli oficerowie, podoficerowie oraz szeregowi Wojska Polskiego, częściowo pochodzący z rezerwy. Po agresji ZSRR na Polskę, uzgodnionej przez Sowietów z III Rzeszą na podstawie paktu Ribbentrop-Mołotow, zostali oni po 17 września 1939 r. rozbrojeni i zatrzymani przez Armię Czerwoną na terytorium RP jako jeńcy wojenni.

Zamordowano także kilkutysięczną grupę funkcjonariuszy Policji Państwowej, Korpusu Ochrony Pogranicza, Straży Granicznej i Służby Więziennej. Poza tym wśród ofiar było przeszło 7 tys. osób cywilnych, policjantów i oficerów bez statusu jeńca, osadzonych w więzieniach na terenie Kresów Wschodnich RP okupowanych przez ZSRR.

Ukrywanie prawdy

W sumie wiosną 1940 roku rozstrzelano co najmniej 21 768 obywateli Polski, w tym ponad 10 tys. oficerów wojska i policji. Rodziny ofiar zbrodni - ok. 22-25 tys. rodzin (ponad 60 tys. osób) - wysiedlono w kwietniu 1940 roku do Kazachstanu. Ofiary zbrodni katyńskiej pogrzebano w masowych grobach w Katyniu pod Smoleńskiem, Miednoje koło Tweru, Piatichatkach na przedmieściach Charkowa, Bykowni koło Kijowa i w przypadku ok. 6-7 tys. ofiar w innych nieznanych miejscach. Rząd RP od dłuższego czasu poszukiwał zaginionych w ZSRR jeńców i domagał się wyjaśnień od Rosjan.

Sprawa odkrycia grobów pod Smoleńskiem posłużyła jako pretekst do zerwania kontaktów z rządem londyńskim, który domagał się m.in. uznania za obowiązującą granicy Polski sprzed wybuchu wojny, podczas gdy Rosjanie zamierzali zająć wschodnie ziemie Rzeczypospolitej. Alianci zachowali w tej sprawie milczenie w imię współpracy ze wschodnim sojusznikiem. Prawda o zbrodni bardzo długo była ukrywana i zakłamywana.

„Kurier Kielecki” był niejako mutacją terenową „Gońca Krakowskiego”, ukazującą się na Kielecczyźnie. Oczywiście listy katyńskie w obu tych gadzinówkach się powtarzały. „Kurier Kielecki”, poza tematyką międzynarodową, poruszał też sprawy lokalne i jak można się domyślić - prozaiczne. Można tam natrafić np. na tytuł „Gdy kobiety porywały mężczyzn”. Nie brakuje też ogłoszeń prasowych, w których reklamowali się producenci instrumentów chirurgicznych, kopert na listy, czy też trutki, która „radykalnie” tępiła szczury. Swoje usługi reklamowała pralnia chemiczna.

Zamieszczono też anons o poszukiwaniu mężów zaufania w miastach prowincjonalnych Generalnej Guberni. Inni zgłaszali zagubienie legitymacji obrony przeciwlotniczej lub połowy dowodu osobistego. Były nawet - a jakże - ogłoszenia matrymonialne. Ktoś np. „poszukiwał uczciwej panny do prowadzenia domu”.

Śmierć generała

- Wojna trwała, ale po ogłoszeniach można wywnioskować, że to życie jakoś się toczyło - przyznaje Bogusław Rogowski, który jest w posiadaniu „Kuriera Kieleckiego”, informującego na pierwszej stronie o katastrofie samolotu z gen. Sikorskim na pokładzie. O dziwo, źródło tej informacji w gazecie pochodziło ze Sztokholmu.

Śmierć Sikorskiego oznaczała całkowite osłabienie pozycji Polski w obozie sojuszników wobec otwarcie wysuwanych roszczeń terytorialnych ZSRR i polityki Stalina, zmierzającej konsekwentnie do międzynarodowej izolacji naszego kraju. Jej ukoronowaniem były ustalenia konferencji w Teheranie w kwestii przyszłości Europy, w tym Polski, a w szczególności jej granic i usytuowania geopolitycznego.

Jak wiadomo, sprawa tego wypadku do dziś nie została tak naprawdę wyjaśniona, choć w celu zbadania katastrofy przeprowadzono kilka niezależnych śledztw. Dokładnie 4 lipca 1943 o godzinie 23.07, dokładnie 16 sekund po starcie z lotniska na Gibraltarze, samolot C- 87 Liberator wodował na morzu i wkrótce potem zatonął. W katastrofie zginął premier polskiego rządu na emigracji i Naczelny Wódz Polskich Sił Zbrojnych gen. Władysław Sikorski oraz jego córka Zofia Leśniowska, której ciała nigdy nie odnaleziono.

Premier wracał wtedy do Londynu z podróży na Bliski Wschód. Okoliczności katastrofy i jej przebieg od początku budziły wątpliwości. Uratowała się tylko jedna osoba, a mianowicie czeski pilot Eduard Prchal. Zastanawiające, że Czech nigdy nie używał kamizelki ratunkowej, a tym razem miał ją na sobie. Nie wiadomo, kto jeszcze poza premierem Polski i jego córką poniósł śmierć, ponieważ lista pasażerów zaginęła. Na pokładzie samolotu znajdowało się prawdopodobnie 17 osób. Pojawiają się też przypuszczenia sięgające 20, 22, a nawet 24, mimo że miejsc siedzących dla pasażerów było jedynie 16.

Według oficjalnej wersji wydarzeń przyczyną katastrofy było zablokowanie sterów, a kluczowym dowodem miały być zeznania ocalałego pilota. Co ciekawe, to, co mówił Eduard Prchal, nie wytrzymuje konfrontacji z innymi relacjami, a przede wszystkim z ustaleniami ekspertów zajmujących się katastrofą. Niewykluczone, że na pokład samolotu dostał się przyszły zabójca. Następnie po dokonaniu morderstwa opuścił pokład, a dowodem na to ma być między innymi otwarty luk, z którego wypadła poczta i zwłoki Jana Gralewskiego, kuriera Komendy Głównej AK, znalezione… na pasie startowym.

Z niektórych informacji wynika, że czeskiemu pilotowi zagrożono, że jeśli nie będzie milczał w tej sprawie, to zginie jego narzeczona. Okazuje się, że już wcześniej mogło dochodzić do prób zabicia polskiego premiera. W 1942 roku dwukrotnie - w marcu i listopadzie - samoloty, którymi podróżował Władysław Sikorski, ulegały awariom.

Utajniona prawda

Ciało gen. Sikorskiego, wydobyte z morza i przewiezione do Wielkiej Brytanii na pokładzie polskiego niszczyciela ORP „Orkan”, zostało w pośpiechu pochowane na cmentarzu polskich lotników w Newark, bez przeprowadzenia autopsji. Nie udało się odnaleźć ani osoby, która fotografowała zwłoki Sikorskiego na nabrzeżu portowym wkrótce po wyłowieniu, ani tym bardziej samych zdjęć. Po 50 latach od śmierci generała jego zwłoki, staraniem polskich władz, zostały sprowadzone do ojczyzny. Szczątki gen. Sikorskiego złożono 17 września 1993 w katedrze na Wawelu.

Pozostaje nadzieja, że władze Wielkiej Brytanii ujawnią posiadane na ten temat dokumenty. Normalnie dokumenty utajniane są na 30 lat. Tuż po śmierci Władysława Sikorskiego nasi sojusznicy wydłużyli ten okres do 50 lat. Po upływie tego terminu przedłużyli okres karencji o kolejne 40 lat. To zachowanie Brytyjczyków należy uznać za co najmniej dziwne. Czy dokumenty dotyczące śmierci polskiego premiera poznamy dopiero w 2033 roku, czas pokaże.

W poniższej fotogalerii zamieszczamy kilka stron gadzinówek z lat 40. (kliknij w zdjęcie aby powiększyć)

 

Andrzej Kopacki

Zdjęcia (6)

Podpięte galerie zdjęć:

Podziel się:

Oceń:


Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe