Niedziela, 21.04.2019

Kozielski ślad słynnego obrazu Jana Matejki

  • 22.01.2019, 11:20 (aktualizacja 07.03.2019 11:07)
  • Andrzej Kopacki
Kozielski ślad słynnego obrazu Jana Matejki Foto: Muzeum Narodowe Zaginiony podczas II wojny światowej obraz Jana Matejki „Chrzest Warneńczyka"
- Kilka lat temu zgłosiła się do mnie pewna pani z pytaniem, czy na podstawie czarno-białego zdjęcia mógłbym namalować i odtworzyć obraz, który zaginął przed laty. Wyjątkowość tej propozycji była o tyle niezwykła, że chodziło o zaginiony podczas II wojny światowej obraz Jana Matejki „Chrzest Warneńczyka”, z którym związana jest niesamowita historia, opisana w bestsellerze Macieja Siembiedy pt. „444”. Zdaniem znawców tematu w obrazie zakodowana jest przepowiednia dotycząca losów świata - mówi kędzierzyńsko-kozielski artysta plastyk Grzegorz Fuławka.

Losy płótna były tak nieprawdopodobne i tajemnicze, że mogłyby posłużyć za scenariusz niejednego filmu sensacyjnego. Obraz prowadzi do przepowiedni arby o pojawiających się co kilkaset lat wybrańcach, reprezentujących zantagonizowane od wieków religie, którzy stają przed szansą pojednania islamu z chrześcijaństwem. Jednym z tych wybrańców był Władysław Warneńczyk. Polskiemu królowi, stojącemu na czele wojsk chrześcijańskich, pojednanie się udało, ale tylko na trzy dni. Dopóki nie zerwano traktatu pokojowego zawartego z przedstawicielami świata islamu w Segedynie.
 

Władysław Warneńczyk udał się na Bałkany na wojnę z Turkami z niewielką armią sfrustrowanych ludzi, którzy walczyli jedynie dla idei, bo tak nakazał papież. Była ich garstka w porównaniu z potęgą turecką pod wodzą sułtana Murada II. Gdyby doszło do starcia obu armii, Turcy „nakryliby ich turbanami”. Pomimo tak miażdżącej przewagi doszło do zawarcia, kompletnie niezrozumiałego dla historyków, pokoju w Segedynie. Murad II wycofał wojska z Bałkanów, wrócił do Turcji i przysiągł, że już nigdy więcej nie będzie walczył z chrześcijanami. To było nieprawdopodobne. Mało tego, zrzekł się władzy. Jednak już po trzech dniach papież nakazał zerwać ów pokój, działając w interesie kupców weneckich. Do Władysława Warneńczyka, który dowodził wojskami chrześcijańskimi (polsko-węgierskimi), dotarł papieski wysłannik, nakazując królowi zerwanie traktatu, co też nastąpiło. Murad II mimo wszystko podtrzymał wolę utrzymania pokoju. Jednak jego 12-letni syn, który został sułtanem, wydał ojcu rozkaz do wymarszu armii, która pod Warną rozbiła w pył wojska chrześcijańskie. Część historyków uważa, że Warneńczyk nie zginął pod Warną, a nawet że nie było go już wtedy na polu bitwy. Nigdy nie znaleziono jego ciała, które było łatwe do rozpoznania, ponieważ miał sześć palców u jednej ze stóp. Istnieje wersja, która mówi, że jeszcze przed bitwą odpłynął do Portugalii. Żył na Maderze, gdzie został pochowany. Król Portugalii pisał nawet do mistrza zakonu krzyżackiego, że król Polski przebywa pod jego opieką.
 

Uwiarygodnił proroctwo
 

Gdy więc Jan Matejko uwiecznił na swym płótnie scenę chrztu Warneńczyka, który doprowadził do krótkiego, ale upragnionego pokoju z islamem, proroctwo sprzed lat nabrało nowego wymiaru. Wszak przepowiednia mówiąca o królewskich potomkach zrodzonych z dwóch religii, dzięki którym możliwe stało się pojednanie między wyznawcami nauk Jezusa i Mahometa, została uwiarygodniona namacalnym faktem historycznym. Wspomniani wybrańcy mają przyjść na świat 4 razy, co 444 lata. Pierwszy z nich miał dokonać aktu pogodzenia obu wspólnot w 1000 roku, drugi w 1444, trzeci w 1888, a czwarta, ostatnia szansa ma nastąpić w roku 2332. Są jednak siły nastawione na utrzymanie wiecznego rozdźwięku pomiędzy wyznawcami obu religii i które nie cofną się przed niczym, aby ustalony raz porządek pozostał nienaruszony.

Zaginiony podczas zawieruchy wojennej obraz Jana Matejki, który Grzegorz Fuławka miał odtworzyć, był pamiątką rodzinną Marii Kuleszyńskiej (z rodu Głębockich), a ostatnim posiadaczem obrazu był jej ojciec - Mieczysław Głębocki. Rodzina po II wojnie światowej zamieszkała w Koźlu.
 

- Opowieść pani Marii była tyleż sensacyjna, co wręcz nieprawdopodobna. Historia dotyczyła wszak jednego z najbardziej tajemniczych dzieł mistrza Matejki. Na dowód tego, co usłyszałem, pani Maria przekazała mi szereg artykułów, które na temat tego tajemniczego obrazu pisał niegdyś redaktor Maciej Siembieda. Otóż pradziadek pani Marii, Jan Kanty Doliwa Głębocki, zamówił ten obraz u Jana Matejki, który zgodnie z życzeniem zamawiającego wszystkim twarzom na obrazie nadał oblicza bliższych i dalszych członków rodu Głębockich - mówi Grzegorz Fuławka.
 

Zamówienie pani Marii miało dotyczyć namalowania obrazu znacznie mniejszego niż zaginiony oryginał. Głównie z uwagi na wymiary mieszkania Marii Kuleszyńskiej.

- Historia ta zafascynowała mnie na tyle, że wstępnie zgodziłem się podjąć tego niecodziennego wyzwania. W ciągu miesiąca mieliśmy dokonać dalszych ustaleń dotyczących namalowania obrazu. W tym czasie bardzo dokładnie analizowałem wszelkie dostępne mi reprodukcje obrazów Jana Matejki. Planowałem też wyjazd do któregoś z muzeów, aby dokładniej obejrzeć oryginały jego płócien. Analizując szczegóły oryginalnego obrazu mistrza, można nieco dokładniej zapoznać się z techniką i „ręką” jednego z najwybitniejszych polskich artystów plastyków. Tak robiłem np. w przypadku Wojciecha Kossaka, gdy w pewnym okresie miałem sporo zamówień na kopie jego obrazów. Samo analizowanie i studiowanie albumów czy dostępnych reprodukcji nie daje możliwości dokładnego poznania szczegółów techniki malarskiej. Przedsięwzięcie dotyczące odtworzenia zaginionego obrazu Jana Matejki nie zostało jednak sfinalizowane, gdyż pani Maria bardzo poważnie zachorowała i po pewnym czasie zmarła.
 

- W przypadki nie wierzę i jestem dumny z tego, że o namalowanie tego obrazu pani Maria Kuleszyńska poprosiła akurat mnie. Znaliśmy się i może dlatego z tą ciekawą propozycją zwróciła się właśnie do mnie - przypuszcza Grzegorz Fuławka. - Ten obraz od wielu lat nazywany jest najbardziej tajemniczym płótnem Jana Matejki. Jego niezwykłe losy opisał w swej sensacyjnej powieści Maciej Siembieda. Książka nosi tytuł „444” i jest pewnym ukoronowaniem wieloletniego śledztwa dziennikarskiego pana redaktora.
 

Islamskie bractwo
 

Jan Matejko namalował „Chrzest Warneńczyka” w 1881 r. Wkrótce stanie się on najczęściej kradzionym polskim płótnem. W powieści „444” pasjonującą rozgrywkę o „Chrzest Władysława Warneńczyka” toczą m.in.: hitlerowski grabieżca dzieł sztuki, żydowski antykwariusz z Krakowa oraz dyrektor Muzeum Narodowego. W książce Macieja Siembiedy dziennikarz jednej z warszawskich gazet, Paweł Włodarczyk, który zajmuje się dawno zapomnianą sprawą zaginięcia wspomnianego obrazu Jana Matejki, uzbierał przez lata wiele sensacyjnych dowodów. Postanowił przekazać je dalej, więc kontaktuje się z Jakubem Kanią, prokuratorem w IPN-ie. Nietrudno się jednak domyślić, że nie wszyscy chcą ujawnienia tajemnicy obrazu. I tak niczego nieświadomy Włodarczyk ginie w drodze na spotkanie z Kanią. Wszystko wygląda na wypadek. Samochód dziennikarza zostaje dosłownie zmiażdżony przez tira na albańskich numerach rejestracyjnych. Śmierć Pawła Włodarczyka nie była przypadkowa. To zabójstwo na zlecenie, wykonane przez wyznawcę islamu. Otóż Bokira - bractwo islamskie broniące wyższości swej religii nad chrześcijaństwem - nie chciało dopuścić do odnalezienia obrazu Matejki. Szybko okazuje się też, że Włodarczyk nie był jedyną ofiarą tegoż bractwa, któremu zależy, aby tajemnica o proroctwie arby nie ujrzała światła dziennego. Jakub Kania, który po śmierci Włodarczyka nieoficjalnie przejmuje jego prywatne śledztwo, za punkt honoru stawia sobie odnalezienie zaginionego płótna wybitnego artysty.
 

Kod Matejki
 

Maciej Siembieda to znakomity pisarz i reportażysta, trzykrotny laureat polskiego Pulitzera, czyli nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w kategorii reportaż. Z tajemnicą „Chrztu Warneńczyka” zetknął się wiele lat temu. Poświęcił jej kilkanaście lat badań. Ich owocem jest właśnie powieść „444”, opisująca intrygującą prawdę historyczną z pewną domieszką fikcji literackiej. Fabuła książki przenosi nas z czasów teraźniejszych w przeszłość, między innymi do roku 998, 1440, jak i do czasów, w których żył Jan Matejko. Autor odważnie snuje intrygującą opowieść o pojednaniu dwóch dominujących religii dzisiejszego świata: islamu i chrześcijaństwa. Temat niewątpliwie wzbudza emocje u wielu czytelników. Wiele wskazuje na to, że sam obraz jest kodem.
 

- Wprawdzie Matejko nie jest dobrze znany z tej strony, ale on bardzo często kodował różne przekazy na swych płótnach. Odbicia lustrzane, liczby, które widoczne są dopiero pod pewnym kątem. On to robił, ale czy akurat na tym konkretnie płótnie, tego nie wiemy. Możemy się tylko domyślać - mówi Maciej Siembieda. Autor książki „444” przekonuje, że na świecie nie brak sił, które nie chcą dopuścić do pojednania obu religii. Zawsze ktoś ma w tym interes, żeby trwała wojna i nienawiść. Dla niektórych pojednanie nie jest dobrym interesem. Dobrym interesem jest dla nich wojna - tłumaczy Maciej Siembieda.
 

Niespisana legenda
 

Autora powieści zapytaliśmy o związek obrazu ze starą przepowiednią.

- Jest to legenda, która nie została udokumentowana i trudno ją uznawać w kategoriach prawdy historycznej. Ale abstrahując od przepowiedni, która funkcjonuje w przekazach ustnych i jest słabo rozpowszechniona, istotne jest to, że ma ona związek z tym niesłychanie tajemniczym obrazem Jana Matejki. Na jego ślad natrafiłem, gdy jeszcze podczas studiów przyjaźniłem się z Zofią Głębocką, która wtedy mieszkała w Koźlu. Zofia studiowała historię, a ja polonistykę - wspomina Maciej Siembieda. - Opowiedziała mi wówczas o tej rodzinnej historii. Pan Jan Głębocki zamówił ten obraz u samego Matejki. Tam nie chodziło o samą przepowiednię, ale o to, że w 1425 roku archidiakon poznański Mikołaj Głębocki podawał do chrztu królewicza Władysława, nazwanego później Warneńczykiem. Zgodnie z przyjętym obyczajem powinien go podawać papież. Jednak, co opisuje w swych kronikach Jan Długosz, ówczesny zwierzchnik Kościoła, papież Marcin V, z niewiadomych przyczyn nie dotarł na chrzest. Rodzina Głębockich pragnęła udokumentować to doniosłe wydarzenie, dlatego poprosiła Jana Matejkę o namalowanie obrazu - wyjaśnia Maciej Siembieda.
 

Wizyta u mistrza
 

Głębockich zachęciła informacja, że Matejko pracuje nad cyklem jagiellońskim, dedykując każdemu z władców dynastii jedno płótno. Jagielle dedykował „Bitwę pod Grunwaldem”, a jego synowi „Bitwę pod Warną”, którą zaczął już nawet malować. Matejko zdobył sławę już za życia i gdy Jan Głębocki usłyszał o cyklu jagiellońskim, postanowił odwiedzić artystę w Krakowie.

- O dziwo, został przez niego ugoszczony, choć Matejko nie miał w zwyczaju przyjmować kogokolwiek. Był człowiekiem skrytym, pełnym lęków. Zgodził się wysłuchać Jana Głębockiego, po czym zaniechał prac nad „Bitwą pod Warną”. Z obrazu tego, malowanego na desce, został tylko fragment. Artysta zdecydował się natomiast na namalowanie o wiele mniej dynamicznej, wręcz nudnej sceny „Chrztu Warneńczyka”, nadając uwidocznionym tam postaciom historycznym rysy całej rodziny Jana Głębockiego - mówi autor powieści „444”. - Obraz nie zdążył jeszcze dobrze wyschnąć, a już wyjechał do majątku rodu Głębockich w Łaszkach na Wołyniu. Potem wskutek drobnych uszkodzeń artysta Leon Wyczółkowski, który był wtedy stypendystą Głębockich, poprawiał zniszczone podczas transportu fragmenty obrazu.
 

Zaginione płótno
 

Tuż po wybuchu I wojny światowej, a jeszcze przed bolszewicką rewolucją, gdy na Ukrainie zaczęły się niepokoje, Głęboccy oddali wszystkie obrazy do depozytu biskupa żytomierskiego Ignacego Dubowskiego. Oczywiście rodzina Głębockich już tam nigdy nie wróciła. Rewolucja wygrała, powstał ZSRR, a w jego ramach Ukraińska Socjalistyczna Republika Radziecka. Wszystkie płótna Głębockich pozostały w Żytomierzu i do dziś znajdują się w zbiorach tamtejszego muzeum.
 

- Wszystkie… poza tym jednym, czyli „Chrztem Warneńczyka”, które zaginęło w bardzo tajemniczych okolicznościach. Rodzina Głębockich próbowała odzyskać obrazy z Żytomierza, ale z bolszewikami nie było dyskusji - mówi Siembieda, dodając, że prawowici właściciele szukali też „Chrztu Warneńczyka”. Dopiero pod koniec lat 30. XX wieku stołeczny prawnik Andrzej Głębocki przypadkowo udał się na wystawę obrazów Matejki do warszawskiej „Zachęty”. Zdumiony, ujrzał na niej „Chrzest Warneńczyka”. Obraz został zaaresztowany i zabrany do depozytu prokuratorskiego. Głęboccy przedstawili dowody własności płótna i wtedy zaczęły się dziać bardzo dziwne rzeczy. Obraz znikł z depozytu prokuratorskiego. Zaraz potem wybuchła II wojna światowa, a wszelki ślad po słynnym płótnie zaginął. Okazało się, że ostatecznie trafiło ono w ręce żydowskiego handlarza z Krakowa - Józefa Stieglitza. Ustalił to m.in. Andrzej Głębocki - brat Mieczysława Głębockiego, późniejszego dyrektora Stadniny Koni w Koźlu; postanowił szukać tego obrazu na własną rękę. Rozmawiał nawet z pracownikami antykwariatu Stieglitza w Krakowie, którzy potwierdzili, że znajdował się tam m.in. „Chrzest Warneńczyka”.
 

Grabieżca jakich mało
 

Wówczas do okupowanej przez Niemców Polski przyjeżdża Johann Pieter Menten, jeden z największych grabieżców dzieł sztuki w Europie. Menten nie był Niemcem, urodził się w Rotterdamie i miał obywatelstwo holenderskie. W okresie międzywojennym prowadził interesy w Wolnym Mieście Gdańsku i w Polsce. W czerwcu 1941 r., po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej, pojawił się najpierw we Lwowie. To w tamtym czasie doszło do akcji aresztowania i egzekucji 25 polskich profesorów uczelni lwowskich. Menten, znający język niemiecki, polski i ukraiński, przywdział mundur SS i doskonale sprawdzał się w roli tłumacza oraz grabieżcy dzieł sztuki. Mienie zamordowanych profesorów zostało doszczętnie rozgrabione. W willi znanego chirurga, profesora Ostrowskiego, wielu zamożnych mieszkańców Lwowa zdeponowało kolekcje dzieł sztuki i biżuterię. Uznali, że na czas wojny będą tam bezpieczne. Menten splądrował willę prof. Ostrowskiego i inne miejsca. Do Krakowa wywiózł cztery ciężarówki łupów. Według niektórych historyków jego pomocnikiem, w roli eksperta, w tym procederze był właśnie Józef Stieglitz, któremu w rewanżu umożliwił ucieczkę przez Węgry do Palestyny.
 

Ciekawy duet
 

- Dziwny ten duet. Esesman oraz żydowski antykwariusz. Jeszcze w latach 80. XX wieku pisałem listy do Józefa Stieglitza, ale nigdy mi nie odpowiedział. Menten został najpierw skazany przez III Rzeszę za to, że kradnie obrazy nie dla swoich mocodawców w Berlinie, tylko dla siebie. Po zakończeniu wojny przez długi czas żył spokojnie i był jednym z najbogatszych Holendrów - mówi Maciej Siembieda.

Z zeznań świadków na procesie Mentena w Hadze w 1976 r. wynika, że Stieglitz za wstawiennictwem Mentena otrzymał zaświadczenie, iż jest niezbędny dla niemieckiej gospodarki wojennej i nie musi nosić gwiazdy żydowskiej na rękawie. Natomiast w magazynach antykwariatu Stieglitza widziano obrazy podpisane nazwiskami lwowskich profesorów. Menten w 1943 r. opuścił krakowskie mieszkanie i wraz ze zrabowanym majątkiem, którym wypełnił trzy wagony kolejowe, powrócił do Holandii. Tam należał do szóstki najbogatszych Holendrów. Dalej zajmował się handlem dziełami sztuki. Dopiero w latach 70. wszczęto przeciwko niemu śledztwo o zamordowanie i obrabowanie polskich i żydowskich sąsiadów. Świadkiem obrony w zakończonym w 1980 r. procesie był Józef Stieglitz, który przyjechał z Tel Awiwu. Nie był już jednak w stanie pomóc Mentenowi, który otrzymał wyrok 10 lat pozbawienia wolności.
 

„Chrzest” w Holandii

- Po tym jak Menten trafił do więzienia, przyjrzano się jego zbiorom. Według niepotwierdzonych źródeł Stieglitz oddał Mentenowi „Chrzest Warneńczyka”, który zdobił jego kolekcję w holenderskiej willi - wyjaśnia Maciej Siembieda, dodając, że Główna Komisja Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce została o tym fakcie powiadomiona przez rodzinę Głębockich. Postanowiono wysłać tam ekipę śledczą z Polski. Żeby było ciekawiej, na dzień przed jej dotarciem na miejsce, willa Mentena „przypadkowo” spłonęła. Podobno wraz z całą bezcenną zawartością, choć mało kto w to uwierzył. Mimo to uznano, że dzieło Matejki uległo zniszczeniu.

 

- Jeszcze w 2010 r. portal „Sztuka” informował, że „Chrzest Warneńczyka” jest jednym z najbardziej poszukiwanych polskich dzieł sztuki zaginionych podczas wojny. Tymczasem okazało się, że pod koniec lat 90. XX wieku obraz ten w całkowitej tajemnicy wrócił do Muzeum Narodowego w Warszawie. Kto go oddał, w jakich okolicznościach, tego nikt nie chce powiedzieć. Jest to bowiem informacja poufna. Darczyńca nie życzył sobie, aby ujawniać jego nazwisko. Oryginał obrazu trafił do Muzeum Romantyzmu w Opinogórze, gdzie wisi do dziś - mówi Maciej Siembieda, który pierwsze reportaże na temat tego płótna pisał jeszcze w 1983 r. Ale dopiero gdy ukazała się powieść „444”, odezwało się do niego wielu ludzi, w tym specjalna jednostka, działająca w ramach Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, zajmująca się poszukiwaniem zaginionych dzieł sztuki.

- Komplementowali moją powieść i zaproponowali wymianę informacji o tym obrazie. Odparłem, że chętnie wejdę w taki układ, bo posiadam na ten temat mnóstwo materiałów. Liczyłem, iż dowiem się od nich, kto zwrócił ten obraz. Okazało się, że informacja ta jest zastrzeżona - ubolewa autor powieści.
 

Telewizyjna migawka
 

O wątku holenderskim w całej sprawie wspomina też Grzegorz Fuławka, który wiedzę tę posiadł od Marii Kuleszyńskiej (z rodu Głębockich).

- Pod koniec lat 70. w Telewizji Polskiej ukazała się migawka z Holandii na temat polskich dzieł sztuki zrabowanych podczas wojny, w tym obrazów Jana Matejki. Materiał ten zobaczył w telewizji ojciec pani Marii Kuleszyńskiej. Otóż pan Mieczysław Głębocki rozpoznał w tym reportażu słynne płótno Matejki, którego był prawowitym właścicielem. Był bardzo podekscytowany całym zdarzeniem. Sądził bowiem, że obraz bezpowrotnie zaginął albo uległ zniszczeniu podczas wojny, a tu taka niespodzianka. Pan Głębocki powiadomił wszystkie możliwe instytucje, że „Chrzest Warneńczyka” jest w Holandii - wspomina Grzegorz Fuławka. - Zdawał sobie sprawę, że nie będzie w stanie własnymi siłami ściągnąć tego dzieła do Polski. Zrzekł się więc praw do jego posiadania na rzecz Skarbu Państwa. I wtedy zaczęło się zacieranie śladów. Podano nawet wiadomość, że obraz spłonął w pożarze willi, gdzie znajdowały się też inne zagrabione dzieła sztuki. Dopiero po latach jakiś anonimowy nadawca wysłał obraz z Holandii do Polski - kończy Grzegorz Fuławka, dodając, że „Chrzest Warneńczyka” został pięknie odrestaurowany i może dziś cieszyć oko naszych rodaków.
 

Ciekawe wizje

Na koniec pytamy Macieja Siembiedę, co nas czeka w przyszłości. Wszak sięgnął w swej powieści aż do 2332 rok. - Tego nie wiem. Opierałem się wyłącznie na pracach naukowych futurologów, którzy snują różne prognozy, za co w sieci wylano na mnie wiadro pomyj. Pozycja Polski, zdaniem uznanego autorytetu, będzie bardzo mocna. To prognoza amerykańskiego politologa w książce pt. „Następne 100 lat”. George Friedman podejmuje się nieprawdopodobnego wyzwania, a mianowicie przewidzenia światowych zdarzeń w XXI wieku. W książce Friedmana, już po III wojnie światowej, która jego zdaniem nastąpi, szczególne miejsce przypadnie właśnie Polsce - kończy Maciej Siembieda.
Czy zgodnie z proroctwem w 2332 roku zostanie wykorzystana czwarta i zarazem ostatnia już szansa pojednania chrześcijaństwa z islamem? Trudno powiedzieć, tym bardziej że za 313 lat mapa polityczna świata będzie wyglądać zupełnie inaczej, a zachodnia część Starego Kontynentu może już nie być w rękach chrześcijan.

 


"Nowa Gazeta Lokalna" z 22 stycznia CZYTAJ E-WYDANIE

 

Andrzej Kopacki

Zdjęcia (1)

Podziel się:
Oceń:

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe