Każda z nas może zachorować

  • 11.07.2020, 15:03
  • Andrzej Kopacki
Każda z nas może zachorować
- Zdarzały się sytuacje, że byliśmy źle traktowani przez sąsiadów, znajomych, czy koleżankę. Pewna właścicielka sklepu „poprosiła” o nierobienie zakupów w jej sklepie. To znowu dziecko powiedziało, że rodzice innych pociech nie pozwalają im się razem bawić. Natomiast sąsiadka ucieka jak nas widzi, aby nie wejść razem do klatki schodowej - przytacza różne opowieści swoich koleżanek Danuta Szeliga, naczelna pielęgniarka w SP ZOZ Kędzierzyn-Koźle.

Niewątpliwie czas pandemii doświadczył w szczególności pracowników służby zdrowia. Zmęczone oczy, odciśnięte twarze pielęgniarek, położnych, ratowników medycznych. Często zastanawiamy się, co ci ludzie czują, gdy każdego dnia idą do szpitala? Z narażeniem swojego zdrowia i życia, czynią wszystko co w ich mocy, aby nasz świat powrócił do normalności. Polski system ochrony zdrowia przechodzi jedną z najtrudniejszych prób ostatnich lat. Jak zmieni się pod wpływem krytycznej sytuacji, w której się znalazł?

Eksperci, pytani o opinię, przestrzegają, że największym wyzwaniem dla systemu ochrony zdrowia będzie czas nie w trakcie pandemii, ale tuż po niej. Wciąż jest wiele znaków zapytania. Jedni przestrzegają przed nadejściem drugiej fali pandemii, a jeszcze inni twierdzą, że jest ona fikcją. O tym jak jest naprawdę, wie najlepiej personel medyczny pracujący od prawie czterech miesięcy na pełnych obrotach. Kiedy większość z nas zostawała w domach, by nie „rozsiewać” dalej wirusa, oni pracowali ciężej niż zwykle.

Lekarze, pielęgniarki, położne, diagności. Wypalony zawodowo personel medyczny, który wyjdzie z pandemii z ranami zarówno fizycznymi, jak i psychicznymi, również wymagać będzie wsparcia i życzliwości ze strony całego społeczeństwa, które w zdecydowanej większości docenia jednak jego poświęcenie i zaangażowanie na rzecz pacjentów. Wszak 73 proc. Polaków przyznaje, że jest dumnych z postawy pracowników służby zdrowia. Najczęściej dumę odczuwają osoby w wieku 45-65 lat (78 proc.), nieco rzadziej respondenci najmłodsi w wieku 16-24 lata (69 proc.). Tylko 7 proc. badanych przyznaje, że nie odczuwa dumy myśląc o pracy służby zdrowia w obecnych czasach, a co piąty badany nie ma zdania na ten temat. Tak przynajmniej wynika z sondażu ARC Rynek i Opinia.

Nie tylko lekarze

Często zapominamy o tych, których rola jest nie do przecenienia w walce z COVID-19. W trakcie najcięższej batalii z korona wirusem, szpital jednoimienny w Kędzierzynie-Koźlu zatrudniał 310 pielęgniarek, 36 położnych, 14 ratowników medycznych i 17 opiekunów medycznych. Wszyscy oni są cichymi bohaterami w walce z pandemią i to właśnie im poświęcimy dziś nieco więcej uwagi. Praca tych osób została kompletnie przeorganizowana.

Wszystko zaczęło się 12 marca 2020 r., gdy pojawiła się informacja o konieczności przekształcenia szpitala. Miało to nastąpić w trybie ekspresowym, bo do 16 marca!

- Towarzyszyło nam niedowierzanie, zaskoczenie, strach o siebie i swoich bliskich. Wyobrażenie o tym, jak to będzie wyglądało, budowaliśmy na podstawie przekazów medialnych zwłaszcza z Włoch. Przed naszymi oczami stawała wizja śmierci, wywożonych ciał, ludzi pracujących w kombinezonach, samobójstwach popełnianych przez personel, bo przecież o takich mówiono i pisano - wspomina Danuta Szeliga, naczelna pielęgniarka w kozielskim szpitalu. - Trzeba się z tym zmierzyć. Jesteśmy pielęgniarkami, położnymi, ratownikami medycznymi. To jest nasz zawód na dobre i na złe. Jak nie my to kto ma pomóc tym wszystkim chorym, wystraszonym i potrzebującym ludziom. Jest czas pandemii i my też jesteśmy na swoich stanowiskach pracy wystraszeni, pełni obaw, ale gotowi do pracy.

Byliśmy zmęczeni i niewyspani

W ciągu trzech dni nastąpiła pełna mobilizacja personelu. Przez całą dobę trwały prace modernizacyjne.

- Przystosowywaliśmy szpital  do wytycznych i zaleceń sanepidu, zakaźników, NFZ, Ministerstwa Zdrowia. Codziennie do późnych godzin nocnych przebywaliśmy w szpitalu. Pomagaliśmy, dyskutowaliśmy gdzie ma być śluza. Może tu, a może lepiej gdyby była tam, gdzie powstanie strefa zakaźna. Rozmyślaliśmy gdzie powinna znajdować się strefa czysta, aby maksymalnie ułatwić życie pracownikom. I tak przez dobre trzy dni. Byliśmy wszyscy zmęczeni, niewyspani i tak do końca nie wiedzieliśmy co nas czeka. Nasza lecznica to duży szpital wieloprofilowy, przede wszystkim zabiegowy. Nie mieliśmy żadnych praktycznych doświadczeń w pracy z pacjentem zakaźnym. Zupełnie nowe realia i warunki pracy sprawiły, że nie było to dla nas łatwe - przyznaje Danuta Szeliga.

Po dostosowaniu oddziałów, po koniecznych remontach, kiedy stały już wszystkie śluzy, ścianki itp. trzeba się było zająć przeszkoleniem personelu, dopasowaniem wszystkich procedur i zabezpieczeniem środków ochrony indywidualnej.

- Pamiętam słowa pana Jarosława Kończyło, dyrektora SP ZOZ, który zapewnił nas, że nie przyjmiemy pacjentów, dopóki nie będziemy zabezpieczeni w środki ochrony indywidualnej i potrzebny sprzęt. Natomiast czasu było bardzo mało. Proszę pamiętać, że już wtedy nie było wskazane gromadzenie się w jednym miejscu - przypomina nasza rozmówczyni.

Wzajemne wsparcie

Pani Danuta opowiada, że powstało wówczas wiele grup na WhatsApp, gdzie pielęgniarki, położne i ratownicy przekazywali sobie informacje, obrazki oraz filmiki z instruktażami - jak się ubrać, jak po kolei zakładać środki ochrony indywidualnej oraz jak po wyjściu od pacjentów ściągnąć to wszystko z siebie na tyle bezpiecznie, aby się nie zakazić.

- W sali konferencyjnej organizowaliśmy szkolenia w małych grupach. Personel uczył się na poszczególnych oddziałach. Ponadto zapraszaliśmy na szkolenia, konsultacje, instruktaże pracowników sanepidu, zakaźników, a także pielęgniarki z ościennych szpitali, które miały już jakieś doświadczenia w pracy z pacjentem zakaźnym. Świadomość i poczucie odpowiedzialności, że nawet najmniejszy błąd może kosztować zdrowie, a nawet życie moje, koleżanki, jej rodziny, bliskich, czy znajomych, powodowała, że bardzo przykładaliśmy się do tych szkoleń - tłumaczy Danuta Szeliga.

Pierwszy pacjent z objawami koronawirusa trafił do kozielskiego szpitala w samo południe 16.03.2020 roku.

- Pierwsze przyjęcie. Wjazd pacjenta w oddział wewnętrzny. Ogromny strach, serca biją szybciej, ręce się trzęsą. W głowach rodzi się pytanie, czy sobie poradzimy. Kombinezon przeszkadza, szeleści, źle widać i słychać pacjenta. Po kilku minutach pot oblewa całe ciało - relacjonuje w sposób obrazowy pani Danuta.

Wykonanie jakiejkolwiek czynności przy pacjencie, a zwłaszcza tak precyzyjnej jak chociażby założenie wenflonu, pobranie krwi w trzech parach rękawiczek i zaparowanych goglach jest wyzwaniem tylko dla najlepszych. Na całe szczęście taki właśnie personel tu pracuje.

Marzyli o szybkim prysznicu

Pierwsze kombinezony jakie dotarły do kozielskiego szpitala, pochodziły z rezerw wojskowych. Nadawały się jedynie do zagrożenia chemicznego, ale na początku innych nie było. Później pojawiły się o wiele bardziej funkcjonalne i wygodniejsze kombinezony włókninowe. Jednak pielęgniarki, położne, ratownicy medyczni po 2-3 godzinach pobytu w strefie czerwonej (zakaźnej) wychodzili zmęczeni, spoceni i odwodnieni. Ich twarze z odciśniętymi śladami po goglach i maseczkach, były bardzo wycieńczone. Pierwsze co im w tej sytuacji przychodziło do głowy, to napić się i wziąć szybki prysznic. Tymczasem takich wejść w trakcie dyżuru mieli nawet od trzech do czterech. Wszystko zależało od ilości i stanu pacjentów. Najgorzej, gdy przywożono naraz po kilkanaście osób z DPS.

- W poszczególnych oddziałach na początku przebywało po około 17-20 pacjentów. Każdemu  trzeba wykonać pomiary, podać leki, pobrać krew. Tymczasem pacjenci z DPS to starsi, schorowani ludzie, często z pampersami, odleżynami lub innymi ranami. Trzeba zmienić opatrunek i kilka razy dziennie pampersa. Takiego pacjenta trzeba też nakarmić i co jakiś czas zmienić jego pozycję. Dlatego to właśnie my: pielęgniarki, położne tak często musiałyśmy wchodzić do pacjenta, co przekładało się na zwiększone ryzyko zakażenia - podkreśla Danuta Szeliga.

W ostatnich chwilach ich życia

Poza tym pacjenci wymagali wsparcia emocjonalnego. Czasami tylko zwykłej rozmowy, słowa pocieszenia. Tym bardziej, że w salach przebywali często sami, a pobyt  w szpitalu trwał niejednokrotnie nawet  3-4 tygodnie.

- Przyjmowałyśmy pacjentów, ale nierzadko, zwłaszcza na początku, byłyśmy przy nich również w ostatnich chwilach, kiedy byli sami bez najbliższych. Trzymałyśmy ich za rękę,  aby ta samotność umierania nie była tak bolesna - zdradza wyraźnie poruszona pani Danuta. - Uczyłyśmy się na nowo procedur, poruszania się po szpitalu, w którym niejedna z nas  pracuje już nawet 30-40 lat. Nie brak w naszym gronie pielęgniarek, położnych i ratowników medycznych, również borykających się z przeróżnymi problemami zdrowotnymi. Staraliśmy się, aby te osoby nie pracowały z pacjentami z COVID-19, by nie narażały jeszcze bardziej swojego zdrowia. Mimo, że stosowałyśmy się do procedur, zaleceń i szkoleń, to jednak kilka naszych koleżanek zachorowało na COVID-19. Zakaziły się z tak zwanej transmisji lokalnej, nie w szpitalu. Następnie trafiły na kwarantannę. Jedne przeszły chorobę łagodnie, bez objawów. Z kolei inne miały gorączkę, kaszel, duszności. Bardzo się bały. To chyba najbardziej uświadomiło nam, że my też możemy zachorować. Zresztą nie tylko w pracy. Przypomnę tylko, że średnia wieku pielęgniarek w naszym szpitalu wynosi 52 lata.

Całą dobę z pacjentami

Zdarzało się też, że pielęgniarki przebywały wraz z pacjentami na 8-10 dniowej kwarantannie. Wtedy opiekowały się chorymi praktycznie całą dobę, bo i tak nie mogły wrócić do domu.

- Może nieczęsto, ale zdarzały się sytuacje, że byliśmy źle traktowani przez sąsiadów, znajomych, czy koleżankę. Pewna właścicielka sklepu „poprosiła” o nierobienie zakupów w jej sklepie. To znowu dziecko powiedziało, że rodzice innych pociech nie pozwalają im się razem bawić. Natomiast sąsiadka ucieka jak nas widzi, aby nie wejść razem do klatki schodowej. Ale proszę mi wierzyć, że my nie mamy o to pretensji czy żalu. My nawet rozumiemy tych ludzi. Przecież oni martwią się o to, co w życiu najważniejsze - o swoje bezpieczeństwo i zdrowie najbliższych. Tymczasem to my jesteśmy tą grupa najbardziej świadomą zagrożeń. Jesteśmy pielęgniarkami, położnymi, ratownikami medycznymi, opiekunami medycznymi. Sami ten zawód wybraliśmy, bo jest piękny i to my właśnie w takich sytuacjach mamy być przy pacjentach, opiekować się nimi i ich wspierać - kończy pani Danuta.

Teraz personel medyczny kozielskiego szpitala jest już o niespełna cztery miesiące mądrzejszy i bardziej doświadczony. Procedur przestrzega, ale towarzyszący strach jest już nieco mniejszy. Niewidzialny wróg został rozpoznany, zatem ludzie ci wiedzą już co mają robić i jak się zachowywać, aby zapewnić bezpieczeństwo sobie i pacjentom. Walka wciąż trwa i oby zakończyła się pełnym zwycięstwem.

 

Andrzej Kopacki

Podziel się:

Oceń:


Komentarze (3)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Mieszkanka kk
Mieszkanka kk 12.07.2020, 18:46
Podziwiam i dziękuję za wspaniałą postawę. Natomiast co do piętnowania to sama doświadczyłam jak moja sąsiadka, która jest niby przedszkolanką bo tak w rzeczywistości tylko pracownikiem administracyjno gospodarczym ludzi z kontaktu traktuje jak trędowatych.
Mieszkanka
Mieszkanka 12.07.2020, 18:39
Podziwiam i dziękuję za wspaniałą postawę. Natomiast co do piętnowania to sama doświadczyłam jak moja sąsiadka (uważająca się za przedszkolankę, a tak naprawdę jest tylko pracownikiem administracyjno-gospodarczym) traktuje ludzi z kontaktu jak trędowatych.
Zdrowa Baba
Zdrowa Baba 11.07.2020, 23:47
Brawo dziewczyny!!!
Dziękuję Wam bardzo.

Pozostałe