Królestwo jedwabiu na Wiklinowej w Koźlu

  • 14.11.2020, 14:58
  • Andrzej Kopacki
Królestwo jedwabiu na Wiklinowej w Koźlu Kozielski przedsiębiorca regularnie gości na targach
Mało kto wie, że w Kędzierzynie-Koźlu produkuje się eleganckie apaszki, chusty, szale i krawaty, które trafiają na rynki całego świata. Firma Elope działa na rynku od wielu lat, a z konkurencją skutecznie rywalizuje przede wszystkim wysoką jakością swoich produktów. Rozmawiamy z jej właścicielem Janem Sowizdrzałem.

- Kiedy pana firma pojawiła się na rynku? 

- Rozpoczęliśmy działalność w 1989 roku od produkcji apaszek z importowanego i już barwionego jedwabiu. Na ten jedwab natrafiłem przez przypadek w jednym z magazynów w Reńskiej Wsi, gdzie zalegały go całe hałdy. To były potężne chusty z mało estetycznym wykończeniem, które najpierw zmuszeni byliśmy usunąć. Następnie cięliśmy tę tkaninę na cztery części i obrabialiśmy. Końcowy etap to pakowanie i wysyłka do sprzedaży, która na tamten czas była bardzo pokaźna. Produkowaliśmy np. apaszki w kolorze magenta. Tylko w jednym z salonów w Kielcach sprzedaliśmy ich około 10 tys. sztuk, choć jego kierowniczka część towaru odstąpiła, do Warszawy i Radomia.

- Przełomowi lat 80. i 90. towarzyszył bum gospodarczy. Wykorzystał pan dobry moment na założenie firmy.

- Najpierw w ramach kontraktu byłem tłumaczem na Węgrzech, skąd wróciłem do Polski pod koniec lat 80. Znam węgierski, ponieważ moja świętej pamięci mama była Węgierką. Pełniłem z powodzeniem funkcję koordynatora kieleckiego EXBUDU. Miałem swoją grupę ludzi, którą samodzielnie zarządzałem. Poznałem tam wiele osób. Robiło się różne interesy. Liznąłem nawet nieco modelingu, zajmując się fotografią. Otóż jeden z tamtejszych moich znajomych miał dziewczynę, która w tamtym czasie uchodziła za królową modelek na Węgrzech. To ona wprowadziła mnie w ten świat, dzięki czemu zostałem fotografem modowym. Był to mój pierwszy kontakt z tą branżą, która nie miała zbyt wiele wspólnego ze wzornictwem. Zaraz po powrocie do Polski zająłem się ślusarstwem, bo było na topie. Wszyscy wokół mieli warsztaty ślusarskie i jeden z moich kolegów wciągnął mnie w ten biznes. Jednak nie przetrwał on zbyt długo.

- W którym momencie w pana głowie zaświtał pomysł związany z produkcją apaszek?

- Pewnego słonecznego dnia opalałem się, rozmyślając, co dalej począć ze swoim życiem. Podszedłem do tego na spokojnie. Przypomniałem sobie, że kiedyś na Węgrzech kupiłem za całkiem pokaźną kwotę biały szal firmy Pierre Cardin, oczywiście z logo tego producenta. Skojarzyłem ten fakt z hałdami jedwabiu, na które natknąłem się w Reńskiej Wsi. Wtedy mnie natchnęło. Pomyślałem, iż może warto to jakoś sensownie zagospodarować. I to był strzał w dziesiątkę. Gdy pracowałem na Węgrzech dla EXBUDU, to wiele prominentnych osób z Kielecczyzny przyjeżdżało do Budapesztu. Ponieważ znałem język, to chodziłem tam z żonami tych prominentów na zakupy. Między innymi ze wspomnianą wcześniej panią kierownik kieleckiego salonu odzieżowego. Gdy już zacząłem produkować te apaszki, to postanowiłem odświeżyć stare znajomości i stąd właśnie spora część mojej produkcji wędrowała do Kielc.

- Jak potoczyły się losy tego biznesu?

- Wspomniany jedwab z Reńskiej Wsi się skończył. Zrodziły się pomysły na pozyskanie innych tkanin. Wśród nich znalazły się koreańskie podszewki w bardzo ładnych kolorach. Sprzedaliśmy tego całkiem sporo, jednak potem to wszystko jakoś ucichło. Myślałem nawet, że trzeba będzie zwijać ten interes. Jak się później okazało, mniejszy ruch wynikał przede wszystkim z faktu, że był to koniec sezonu. W tamtym czasie coraz poważniejsze problemy na rynku miała firma odzieżowa BEA, działająca przy ul. Jasnej w Koźlu Porcie. Dość pechowe miejsce, bo wszystkie firmy tam plajtowały. Przejąłem więc całą tamtejszą załogę wraz z maszynami i jakoś wszystko szło bez problemu. Nie mogliśmy nadążyć z produkcją. Nie szyliśmy już apaszek, a asortyment damski, w tym m.in. garsonki, bluzki, które sprzedawaliśmy w najlepszych salonach w kraju, jak np. Moda Polska czy PEWEX. Postanowiłem jednak powiększyć tę produkcję o apaszki, które całkiem dobrze schodziły. Zaczęliśmy też szyć nakrycia głowy i szale, które sprzedawały się doskonale. Raz w tygodniu duży samochód dostawczy przywoził nam tkaninę, którą w takiej samej ilości przetwarzaliśmy tygodniowo na sprzedaż. Zakład w Koźlu Porcie mogłem przejąć za grosze, ale wyniosłem się stamtąd jeszcze przed 1997 rokiem. W tamtym czasie zatrudniałem około 60 osób. Cześć z nich pracowała u mnie na Wiklinowej w Koźlu, gdzie była krojownia, a reszta w Reńskiej Wsi, w pomieszczeniu wynajmowanym od POM-u, gdzie funkcjonowała szwalnia. Inaczej mówiąc, na Wiklinowej przygotowywaliśmy wszystko do szycia, w Reńskiej Wsi było zszywane, po czym wracało do Koźla w celu wykończenia.

- No i przyszedł kataklizm…   

- Tak. Wszystko było dobrze do 1997 roku, kiedy przyszła wielka woda i zalała całą firmę. Zniszczeniu uległy m.in. wszystkie nasze wykroje, nad którymi pracowaliśmy przez wiele lat. Nowe maszyny do szycia nie stanowiły większego problemu, bo można je było wziąć w leasing lub kupić na kredyt. Były zresztą wszelkiego rodzaju dofinansowania, umorzenia, więc park maszynowy można było szybko odtworzyć i szyć dalej. Ale stworzenie i dopracowanie nowych szablonów stanowiło nie lada problem. Tym bardziej że szyliśmy odzież według najrozmaitszych wykrojów, z uwagi na nieco inną fizjonomię, charakterystyczną dla pań z różnych regionów Polski. Inna partia szła przykładowo na Śląsk, a inna na Mazowsze. Po bolesnych doświadczeniach z powodzią nie chciało mi się już wracać do produkcji odzieży damskiej na taką skalę jak przed lipcem 1997 roku. Zacząłem więc produkować szale. Następnie nawiązałem kontakt z firmą, która reprezentowała w Polsce Passigattiego, specjalizującego się w sprzedaży ekskluzywnych chust, apaszek i szali. Podjąłem więc współpracę z właścicielem polskiej sieci Nicola, która reprezentowała włoskiego potentata w naszym kraju. To było mniej więcej w latach 1995-2000. Brali ode mnie m.in. szale, poliestrowe gawroszki, które sprzedawały się w ogromnych ilościach, byliśmy ich największym producentem w Polsce. Doszło nawet do tego, że we wspomnianej sieci sprzedawaliśmy więcej naszych wyrobów niż sam Passigatti. Chyba dlatego, że z naszym wzornictwem trafiliśmy w gusta klientów lepiej niż włoscy projektanci. Miałem lepszego nosa i oko do wzorów, które lepiej się w Polsce sprzedawały. Aczkolwiek atutem naszych apaszek było również nietypowe wykończenie, które, o dziwo, wynikało trochę z naszej niewiedzy. Zrobiliśmy to po swojemu i nieco inaczej niż inni producenci i to właśnie okazało się wielkim hitem na rynku. Nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. Dochodzę do wszystkiego metodą prób i błędów, co w końcowym rozrachunku zdaje egzamin.

- Czy z samym Passigattim miał pan jakiś kontakt?

- Znaliśmy się dzięki wspomnianej wcześniej firmie Nicola. Doszło do mojego spotkania z panem Alexandrem Passigattim na targach w Poznaniu. Był pod wrażeniem kozielskich apaszek, widząc, jak duże zainteresowanie wzbudzają u naszych klientów. Przyznał, że mamy naprawdę ładne i pięknie wykończone produkty.   

- Jednak w tamtym okresie na jakiś czas zrezygnowaliście z jedwabiu.

- Tak. Długo drukowaliśmy na tkaninie poliestrowej. To było o wiele prostsze niż w przypadku jedwabiu, który jest trudną tkaniną właściwie w każdym elemencie, bo zarówno z uwagi na druk, obróbkę, jak i wykończenie. W Polsce próbowało tego wiele firm, które zainwestowały spore pieniądze, a potem splajtowały albo obrały inny kierunek. Przyszedł moment, że te poliestrowe apaszki zamawiał u nas nawet Milanówek, czyli największy polski producent jedwabnych chust. Mieli zapytania od różnych instytucji, a ponieważ jedwab był drogi, to postanowili poszerzyć swój asortyment o wyroby z poliestru. Między innymi do strojów korporacyjnych oraz jako gadżety reklamowe. Zrobiliśmy między innymi 10 tys. apaszek dla Banku Śląskiego. Produkowaliśmy tyle, ile rynek był w stanie wchłonąć. Nie prowadziliśmy nawet żadnych działań marketingowych w celu pozyskania nowych klientów. Ale wystawialiśmy się na targach w Poznaniu, nawiązaliśmy kontakty z projektantami i kreatorami mody, takimi jak: Xymena Zaniewska, Ewa Minge czy Jerzy Antkowiak. Miałem wtedy swoje pięć minut, których nie wykorzystałem należycie. Powinienem iść za ciosem, być bardziej widocznym, ale siedząc w Koźlu nad Golką, znacząco ograniczyłem te możliwości. 

Natomiast wracając do jedwabiu, zacząłem znów o nim myśleć w momencie, gdy na rynku nie było urządzeń ani farb do druku tej delikatnej tkaniny. To było jakieś kilkanaście lat temu. I wtedy właśnie jedną z drukarek przerobiłem we własnym zakresie, aby ten jedwab jednak drukować. Do tego celu dostosowywałem też farby, które firma DuPont wytwarzała, ale tylko do malowania ręcznego. Wszystko było na dobrej drodze, ale wspomniana drukarka się wtedy zepsuła. Poza tym na świat przyszedł mój syn i wszystkie ambitne plany musiałem odłożyć w czasie. Do tematu wróciłem dopiero cztery lata temu. Znów zacząłem drukować jedwab, choć mój znajomy powiedział mi, że nic z tego nie będzie. Wjechał mi trochę na ambicję i wtedy się zaparłem. Udało mi się znaleźć na rynku gotowe farby przystosowane do tego druku. Ponadto zastosowałem technologię umożliwiającą produkcję w ilościach nisko- i średnionakładowych, dostosowanych do zapotrzebowania rynku. Jeśli więc ktoś sobie zażyczy, to na jego potrzeby możemy wyprodukować nawet kilka czy kilkanaście sztuk apaszek. Z kolei dla dużej i znanej w Polsce sieci Zień zrobiliśmy ostatnio aż 900 apaszek, dopasowując się do oczekiwań naszego klienta. Jesteśmy bardzo elastyczni. Za perfekcyjne przygotowanie jedwabiu odpowiada Jolanta Gaweł.

- Wasze produkty można spotkać w największych europejskich stolicach, od Londynu do Paryża.

- Robimy je dla polskich projektantów i kreatorów mody, jak chociażby Sylwia Romaniuk, która sprzedaje je w Warszawie, Londynie, a nawet w Dubaju, gdzie kupują je arabskie księżniczki. Sami również sprzedawaliśmy nasze produkty bezpośrednio do Paryża czy Berlina. Ostatnio poszła spora partia do Portugalii, a nawet do Australii, skąd otrzymaliśmy ponowienie zamówienia. Możemy wydrukować nie tylko jedwabne apaszki, chusty, szale, gawroszki, ale też krawaty, sukienki. Zleceń nam nie brakuje, mimo iż nie prowadzimy praktycznie żadnej kampanii marketingowej. Mam zajęcie, które mnie absorbuje i przynosi satysfakcję. Nie muszę kupować wędki i moczyć z nudów kija na Dębowej.   

- Ale chyba odczuwacie skutki pandemii? Ruch na rynku jest nieco mniejszy.

- W tym momencie wszyscy chcą jakoś przetrwać ten trudny czas. Odnotowujemy mniejsze zainteresowanie produktami. Odbiorcy zamawiają je nieco ostrożniej. Biorą mniejsze ilości, ale z większą częstotliwością, i to im się opłaca. Handlowcy są zadowoleni, że nie muszą podejmować ryzyka i odbierać jednorazowo hurtowych ilości. Poza tym następnym razem zamawiają już takie wzory, które na podstawie obserwacji cieszą się największym uznaniem klientów. Na polskim rynku działa jeszcze jeden duży producent - Milanówek, który sprzedaje jedwabne apaszki z bogatym wzornictwem i kolorystyką. Również ręcznie malowane. Natomiast muszę podkreślić, że nie mamy powodów do kompleksów, bo jakość wykonania naszych apaszek jest jednak wyższa. Możemy się pochwalić znacznie staranniejszym ich wykończeniem, i klienci to widzą. Nasz rynek jest ponadto zasypany azjatyckimi produktami z jedwabiu, ale to jest masówka, która odbiega jakością od naszych wyrobów. Nie wchodzimy sobie w drogę, bo my nasze produkty oferujemy znanym markom, gdzie ta jakość jest naprawdę doceniana. Co oczywiście nie znaczy, że Chińczycy nie potrafią ich ładnie i porządnie wykonać, bo wiele znanych sieci również u nich zamawia produkty z jedwabiu. Hermes, czyli światowa marka kojarzona z apaszkami, zamawia je przecież u producentów chińskich, ale również włoskich. Moim zdaniem azjatyccy producenci z upływem czasu zdominują rynki jeszcze bardziej. Mamy się od nich czego uczyć. Natomiast nierówna konkurencja ze strony azjatyckich wytwórców polega na tym, że ja często za sam surowiec muszę zapłacić więcej, niż kosztuje gotowa chińska apaszka. 

- Jednak o przyszłość swojej branży jest pan spokojny?

- Na razie stawiamy jakoś czoła tym wyzwaniom. Gdybym nie był optymistą, to zakończyłbym ten biznes już 10 lat temu. Ale satysfakcja jest, gdyż wiem, jak postrzegani jesteśmy przez odbiorców, będąc chociażby na targach. Niektórzy nie dowierzają, że tak wysokiej jakości produkty powstają w Polsce. I, o dziwo, stworzyłem tę technologię, nie mając początkowo zielonego pojęcia o tym, co dziś sprawia mi tyle radości.

Rozmawiał Andrzej KOPACKI

 

Andrzej Kopacki

Zdjęcia (8)

Podpięte galerie zdjęć:

Podziel się:

Oceń:


Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe