Środa, 22.05.2019

Jedna wielka rodzina

  • 7.05.2019, 21:29
  • Andrzej Kopacki
Jedna wielka rodzina
Początki kozielskiego domu dziecka nie były łatwe. Najpierw był on schronieniem dla dzieci osieroconych, których rodzice zginęli w czasie wojny. Swą działalność rozpoczął 15 kwietnia 1949 r. na mocy decyzji Kuratorium Oświaty Śląskiego Okręgu Szkolnego w Katowicach. Jest jednym z najstarszych domów dziecka w województwie opolskim i zarazem jedyną w mieście oraz powiecie tego typu placówką opiekuńczo-wychowawczą. Przez te wszystkie lata zapewniał dach nad głową i opiekę ponad 1640 wychowankom.

Każdy jubileusz to czas na dokonanie podsumowania i okazja do wspomnień. Szczególnie cennych, gdy padają z ust najstarszych wychowanków tej placówki. Udało nam się dotrzeć do jednego z nich. To urodzony w 1936 r. Franciszek Bąkowski, który mieszka obecnie w Poznaniu, a wychowankiem kozielskiego domu dziecka był w latach 1949-1954. Do Koźla trafił z innej placówki, która mieściła się w pobliskiej Żyrowej.


- Dom Dziecka w Koźlu zaczął działać 15 kwietnia 1949 r., a ja przyjechałem tu już 20 kwietnia. Miałem wtedy 12 lat. Podczas wojny w budynku, gdzie utworzono dom dziecka, mieściła się niemiecka kantyna podoficerska. Okna w piwnicach i na parterze były wtedy okratowane. Z tyłu budynku był garaż i stara ceglana kazamata, która stoi tam do dziś. Spaliśmy w pokojach po kilka osób. Sienniki musieliśmy napełnić sobie słomą - wspomina Franciszek Bąkowski. - Początkowo było tu 12 chłopców, którzy przyjechali z Zakładu Wychowawczego w Grodkowie. Oni dotarli jako pierwsi, a zaraz potem przywieziono tu mnie z kolegą, Jankiem Kocembą. Następnie pojawiła się kolejna, chyba też 12-osobowa grupa z Grodkowa, ale z zakładu prowadzonego przez zakonników, który ówczesna władza zlikwidowała. Dlatego skierowano ich tutaj. Przyjechała jeszcze 10-osobowa grupa chłopaków z zakładu w Głuchołazach, ale to byli warszawiacy. Sieroty, dzieci powstańców warszawskich, którzy zginęli w 1944 r. Był też kolega, którego ojciec, oficer, zginął w Katyniu oraz chłopak, którego ojciec służył na statku Schleswig-Holstein i strzelał do obrońców Westerplatte. Mieliśmy nawet wychowanka pochodzącego z Czechosłowacji. Po pół roku odnalazła go rodzina i wrócił do swoich. Inny wychowanek, urodzony w 1933 r., a pochodzący z Poznania, został wywieziony jeszcze przed wybuchem wojny do Niemiec. Już po zakończeniu działań zbrojnych trafił najpierw do Sławięcic, gdzie przeszedł kurs nauki języka polskiego, a następnie został przeniesiony do Koźla. Było też u nas kilku Kresowiaków - wylicza pan Franciszek.

Dziewczynki pojawiły się w domu dziecka dopiero na początku lat 50. Pan Franciszek pamięta do dziś swego pierwszego wychowawcę, który kierował kozielskim domem dziecka. Był to przedwojenny nauczyciel Franciszek Fernezy, który cieszył się wielkim autorytetem wśród wychowanków. Uznawali go za niezwykle szlachetnego człowieka. Był też wychowawca - przedwojenny mistrz Polski w zapasach. Niektórzy wychowankowie mieli nawet okazję stanąć z nim w szranki, oczywiście o charakterze treningowym.


- Pierwszym dyrektorem był Franciszek Fernezy, po nim pan Milewski, następnie Jerzy Gutowski. Placówką najdłużej kierował Czesław Trybus, a po nim nastała era dyrektora Stanisława Sadkowskiego - wymienia jednym tchem Franciszek Bąkowski, który pamięta wiele historii i anegdot z tamtego okresu.   
- Starsi chłopcy, szczególnie ci z Grodkowa, którzy mieli po 16-18 lat, po kryjomu palili papierosy. Nie mieli pieniędzy na ich zakup, więc młodszym kolegom kazali zbierać pety - opowiada nasz rozmówca. - Byłem wychowankiem domu dziecka w czasach, kiedy w powojennym Koźlu nie odbudowano jeszcze mostów na Odrze. Istniał tylko drewniany most na wyspę, ale żeby dostać się do Kłodnicy czy Kędzierzyna, trzeba było skorzystać z promu działającego mniej więcej na wysokości kozielskiej strzelnicy. Często podczas wagarów pomagaliśmy pracownikom promu, a oni w rewanżu, za darmo, udostępniali nam kajaki. To była dla nas niesamowita atrakcja. Nagminnie zbieraliśmy złom. Sam bywałem w jednej ze zniszczonych podczas wojny kamienic na kozielskim rynku, w której obecnie działa bank. Tam znajdowały się rury z ołowiu, a metal ten łatwo było sprzedać na złomowisku. Poza tym w kozielskim parku zbieraliśmy ogromne ilości żołędzi, które skupywało od nas nadleśnictwo. Tak zdobywaliśmy pieniądze - przyznaje pan Franciszek.

 

Więcej o 70-leciu Domu Dziecka w Kędzierzynie-Koźlu w "Nowej Gazecie Lokalnej"  z 7 maja 2019 (E-WYDANIE)
 

Andrzej Kopacki
Podziel się:
Oceń:

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe