Planują pomoc uchodźcom na szeroką skalę

  • 08.11.2021, 20:37
  • Rafał Pulkowski
Planują pomoc uchodźcom na szeroką skalę Foto: archiwum prywatne
Przez ostatni tydzień października Polska 2050 Opolskie prowadziła zbiórkę artykułów najpilniejszej potrzeby: jedzenia, napojów, ale głównie ubrań zimowych, w dużej części dziecięcych. Pakiety ratunkowe spłynęły z niemal wszystkich powiatów naszego województwa.

Dwudziestego dziewiątego października dwóch wolontariuszy z Kędzierzyna-Koźla, Marcin Tumulka i Kuba Mączyński, na własny koszt, udało się wypakowanym pod sam dach busem w stronę województwa podlaskiego. Na miejscu wzięli udział w akcji sortowania otrzymanych darów. Wszystko odbywało się w prywatnym domu, udostępnionym przez gospodarzy.

- Długo śledziłem ten temat. I w rozmowie z Kubą doszliśmy do wniosku, że może by tam pojechać z jakimiś darami. Zacząłem szukać kontaktów, aby się dowiedzieć, gdzie dokładnie trzeba jechać i co przywieźć. Na początku ludzie, którzy pomagają tam na miejscu, nie za bardzo chcieli się ujawniać. Nie mają też za bardzo czasu, bo tam ciągle coś się dzieje - opowiada Marcin.

- Początkowo założyliśmy, że dobrze byłoby rozpropagować akcję zbiórki darów na zasadzie marketingu szeptanego. W szkole, w której jestem nauczycielem, przeprowadziłem cykl lekcji o uchodźcach i obecnej sytuacji na granicy białorusko-polskiej. W przestrzeni publicznej nie ma dużo informacji. Są one blokowane poprzez wprowadzenie stanu wyjątkowego. Miejscowi działacze oczywiście przekazują informacje w mediach społecznościowych, ale trzeba ich mieć w znajomych lub obserwowanych, żeby dotrzeć do tych postów. Ale tak naprawdę mało jest ludzi zainteresowanych tym, co dokładnie dzieje się na granicy i jakiego formatu kryzys humanitarny tam mamy. Więc ja na podstawie wiadomości, które zdobyłem od wolontariuszy z województwa podlaskiego, zorganizowałem cykl warsztatów o uchodźcach, i to bardzo nam pomogło. Powysyłałem po wszystkich nauczycielach i znajomych moje filmy, w których opowiadam, jak to wszystko wygląda na miejscu. Oni wysłali te filmy dalej, do swoich znajomych, i tak to się rozeszło. Na początku myśleliśmy, że będzie to mała akcja. Planowaliśmy tam pojechać zwykłym samochodem kombi. Zdecydowałem, że muszę tam pojechać z kilku powodów. Najważniejsze było to, że skoro w szkole opowiadam o tym, a nie pojechałbym tam, to byłoby to takie pustosłowie, że uczę dzieci i młodzież tolerancji, a nie pokazuję, co można zrobić. Reakcja tych wszystkich ludzi była tak duża, że musieliśmy wynająć busa, aby zabrać wszystkie przekazane dary - opowiada Kuba.

Wyczuwa się napięcie

Zgromadzono m.in. 350 litrów wody, ponad 500 koców termicznych i śpiworów, sporo ubrań zimowych i butów, wojskową żywność oraz słodycze wysokokaloryczne, jak czekolady i batony. Waga ładunku sięgała około tony.

- Tam są potrzebne bardzo konkretne rzeczy - wszystko, co nieprzemakalne. Właścicielka jednego ze sklepów obuwniczych przekazała nam dwa kartony nowych butów - powiedział Marcin.

Ustanowiono system interwencji ratunkowych, dyżury nocne i skoordynowano pracę wolontariuszy, którzy przyjeżdżają pod granicę z różnych części Polski, często niezrzeszeni w żadnej organizacji. Marcin i Kuba, po wcześniejszym nawiązaniu kontaktu z wolontariuszami, wybrali się do miejscowości Werstok koło Bielska Podlaskiego.

- To, jaką robotę wykonują wolontariusze mieszkający przy granicy, to jest coś niesamowitego. To są ludzie, którzy mają swoje rodziny, pracują, a jednak poświęcają mnóstwo czasu na organizację wszystkiego, odbiór i sortowanie rzeczy. W domach mają pomieszczenia, całe pokoje przeznaczone na magazyny. Kiedy przyjechaliśmy z Kubą na miejsce i weszliśmy do domu, to w każdym kącie było czuć napięcie. On jest w ciągłej gotowości, bez znaczenia, jaka jest pora dnia czy nocy. Dostaje SMS z pinezką, pakuje, co potrzeba, i jedzie - powiedział Marcin.

- Ci aktywiści podzielili granicę na różne sektory i między sobą wymieniają się informacjami i pinezkami. Przekazują sobie, gdzie i jaka nowa grupa uchodźców się pojawia. Sortowaliśmy te ubrania i inne rzeczy w totalnej ciszy. Nikt się nie odzywał. Było dziwnie. Tam jest jak na wojnie - dodał Kuba.

Drugiego dnia po przyjeździe Marcin oraz Kuba pomagali w interwencji. Pomogli wolontariuszom szybko spakować najpotrzebniejsze rzeczy, a następnie wolontariusze wyruszyli na miejsce. Śpieszyli się, aby zdążyć, nim ludzie ci znikną w lesie. 

Uchodźców przybywa

- Drugiego dnia, po wypakowaniu i posortowaniu wszystkiego, kiedy mieliśmy zbierać się do domu, pan, u którego byliśmy, dostał SMS-a z informacją o pojawieniu się dwóch nowych grup w sektorze, w którym się znajdowaliśmy. Jedna grupa liczyła cztery osoby, a druga osiem. Każdego dnia przybywa tam uchodźców, a wolontariusze nie są w stanie wszystkim pomóc. Większość uchodźców jest na skraju wytrzymałości, są odwodnieni, niedożywieni, mają gorączkę i perforację żołądka, bo piją wodę z kałuży, wpadają w hipotermię i normalnie w świecie umierają. Powiedzieć, że tam jest zła sytuacja, to jakby nic nie powiedzieć. Tam jest tragiczna sytuacja. Dlatego pomogliśmy spakować dwa samochody które, aby nie zostały zatrzymane przez Straż Graniczną, podjechały pod las oddzielnie. Tam już pieszo najpotrzebniejsze rzeczy zostały dostarczone uchodźcom, którzy koczowali głęboko w lesie - opowiadał Kuba.

Granicy po stronie polskiej pilnuje Straż Graniczna, policja, Wojsko Polskie oraz Wojska Obrony Terytorialnej. W wyznaczonej strefie jest stan wyjątkowy, którego wprowadzenie spowodowało ograniczenie niektórych praw i swobód obywatelskich.

- Mając świadomość, że dwa czy trzy kilometry dalej w lesie są ludzie, szczególnie dzieci w ogromnej potrzebie, a będąc osobą empatyczną i wrażliwą i nie móc nic zrobić, to jest nie do opisania. Po takim doświadczeniu nie można mieć dobrego samopoczucia - podkreśla Marcin.

- Bałem się tam jechać. Szczególnie tego, że nie wiedziałem, co nas tam spotka. Nie zakładałem, że będę robił coś nielegalnego, co doprowadziłoby do aresztowania mnie, ale brałem pod uwagę to, że na miejscu mogę nie być świadomy, że robię coś nielegalnego. Zresztą jak już wracaliśmy, to zatrzymał nas patrol policji i sprawdzał, czy czasem nie przewozimy migrantów. Większość drogi do domu przebiegła w ciszy - powiedział Kuba.

O tym się nie mówi

- Dzieci niezgodnie z konwencją genewską oddzielone od rodziców. Jeden czternastolatek przez kilka dni błąkał się po lesie, bo aresztowano jego ojca. Kobiety w ciąży są przerzucane przez płot. Ludzie są już tak słabi i wyziębieni, że leżą ledwo przytomni w krzakach i ich nie widać, więc siłą rzeczy nie da się do nich dotrzeć z pomocą - opowiada Kuba.

- Niektóre poczynania Straży Granicznej i tzw. terytorialsów, o których złe zdanie mają tamtejsi wolontariusze, to jakaś katastrofa dla naszego kraju. To, co się tam dzieje, nie ma nic wspólnego z empatią, solidarnością, a już na pewno nie z katolicyzmem - dopowiada Marcin.

- Pomogła nam farmaceutka z Koźla. Przeprowadziła konsultacje, załatwiła leki w cenie hurtowej. Skontaktowałem się z organizacją "Medycy Na Granicy" i powiedzieli, że oni mają wszystko. Mają pieniądze, leki, karetki, czas i ludzi, ale od dwóch miesięcy nie mogą wjechać do strefy. Pomagają jedynie tym, którym uda się przedostać na stronę polską, bo jak wcześniej wspomniałem, te strefy nie są szczelne i niektórym się udaje - powiedział Kuba.

- Oni nie mogą wrócić na Białoruś, skąd przybyli, ani nie mogą przekroczyć granicy Polski. Czyli są w takim pasie, który można nazwać strefą śmierci. Nie ma żadnych decyzji rządowych, które powiedziałyby, co będzie dalej. Temperatury spadają, uchodźców przybywa, a okoliczni rolnicy boją się kosić kukurydzę, która i tak już pewnie zgniła, bo nie wiedzą, ile znajdą ciał albo koczujących uchodźców - opowiada Kuba.

Na większą skalę

- Kiedy uzbieraliśmy tonę towaru, to bałem się, że to za dużo, aby zawieźć wszystko w jedno miejsce. Okazuje się, że to tak naprawdę może starczyć zaledwie na jeden dzień. To, że przywieźliśmy pięćdziesiąt par butów, starczyło zaledwie dla tych pięćdziesięciu osób, które poszły dalej, a za chwilę przyszli następni. Problem jest z jedzeniem, ponieważ musi być praktycznie gotowe, gdyż oni nie mają miejsca na przygotowanie posiłków. Stąd też zakupiliśmy posiłki wojskowe typu MRE z grzałką chemiczną. Są to posiłki wysokokaloryczne, ale niestety drogie, bo jeden kosztuje około 40 zł. Dlatego teraz chcemy już zrobić jak największą zbiórkę o zasięgu ogólnopolskim, albo nawet szerzej. Skoro udało się naszymi prywatnymi kanałami, to może uda się za pośrednictwem mediów i rejestrowanych zbiórek pieniędzy.  Może udałoby się zorganizować konkretny konwój humanitarny, który mógłby przejechać wzdłuż granicy i pozrzucać towar w kilku lub kilkunastu punktach. Wiemy już, co tam jest potrzebne, mamy kontakty z wolontariuszami. Po tym, co zobaczyłem i poczułem na miejscu, zrobię wszystko, aby pomóc - podsumował Kuba.

Rafał Pulkowski

Zdjęcia (5)

Podziel się:

Oceń:


Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe