Reklama
niedziela, 14 czerwca 2026 18:29
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Historia jednego życia. 103-latka z Zakrzowa wspomina swoją przeszłość

Anna Mitręga z Zakrzowa 19 sierpnia obchodziła 103. urodziny. Z tej okazji, wraz z rodziną, dziękowała Bogu za długie życie podczas mszy świętej. Nie zabrakło kwiatów i serdecznych życzeń.
Historia jednego życia. 103-latka z Zakrzowa wspomina swoją przeszłość
Anna Mitręga (trzecia od lewej) z rodziną: zięciem Joachimem Malikiem, jego żoną Ireną Malik (po prawej) i jedną z wnuczek – Grażyną Strzempczyk

Autor: Karina Grytz-Jurkowska

Anna Mitręga, urodzona 19 sierpnia 1921 r. w Zakrzowie – z którym związała niemal całe swoje życie – to kobieta o niezwykle bogatej historii życia. Choć jej codzienność była naznaczona ciężką pracą i trudami, zawsze potrafiła odnaleźć w sobie siłę, by iść naprzód. W kościele św. Mikołaja przeżyła wiele ważnych momentów. To tam została ochrzczona, przyjęła I Komunię Świętą, a także zawarła związek małżeński. Wszystkich tych sakramentów udzielił jej ks. Ferdynand Puzik, który towarzyszył jej rodzinie przez lata. W kościele tym zbudowała swoje duchowe fundamenty, a wspomnienia związane z tym miejscem są szczególnie żywe. W młodości uczęszczała również do ośmioklasowej, wówczas niemieckiej, szkoły podstawowej w Zakrzowie, gdzie zdobywała pierwsze doświadczenia edukacyjne, które, mimo trudnych czasów, kształtowały jej wytrwałość i siłę ducha.

- Jak miałam 16 lat, wyjechałam do Holandii za pracą – jak to wtedy bywało – wspomina pani Anna. Pół roku spędziła tam, pracując przy gospodarstwie, a na zimę wróciła do rodzinnego Zakrzowa. Takie wyjazdy były wtedy powszechne wśród młodych ludzi szukających lepszych zarobków. Rok później, w 1938 roku, wzięła ślub z Fabianem Mitręgą, który pracował u pobliskich gospodarzy. Ślub był skromny, a tradycyjna biała suknia nie była wówczas w zwyczaju. - Wtedy ubierało się strój chłopski – czarną, aksamitną jupkę i mazelonkę, a do tego jasnobrązową, ozdobną zołpaskę. Mąż z kolei miał na sobie czarny anzug, czyli garnitur – opowiada jubilatka. Jednym z symboli tego dnia były kolczyki, które kupiła u miejscowego Żyda – nosi je do dziś jako pamiątkę z tamtych czasów.

 Kiedy wybuchła wojna, jej mąż nie trafił na front, ale i tak został wcielony do służby. Anna została w domu z matką Anną (jej ojciec Szymon już wtedy nie żył) oraz rodzeństwem – bratem Józefem i siostrą Weroniką. Gdy Armia Czerwona zaczęła zbliżać się do ich regionu, rodzina podjęła trudną decyzję o ucieczce za Odrę, jak wielu innych w tamtych czasach. Uciekali w pośpiechu, zostawiając za sobą dom, majątek i życie, które znali. Kryli się w lasach, niedaleko miejsca, gdzie dziś stoją Azoty. Spali na suchych liściach, a dniem i nocą wędrowali od miejscowości do miejscowości, starając się unikać niebezpieczeństw.

- Ja byłam wtedy w ciąży z moim pierwszym dzieckiem. Kiedy dotarliśmy do Kłodnicy - urodziłam. Na szczęście znalazła się rodzina, która nas przygarnęła. Pomogli w połogu, pozwolili też zostać moim bliskim, choć nie było miejsca, bo ludzie chronili się nawet w stodole. Ruszyliśmy dalej, chcąc dotrzeć z powrotem do domu - opowiada seniorka. - Kiedy dotarliśmy, okazało się, że gospodarstwo zostało splądrowane. Tam, gdzie kiedyś mieszkaliśmy, były sterty „marasu”, bo czerwonoarmiści trzymali tam konie. Powoli zaczęliśmy wszystko czyścić, urządzać się na nowo, odbudowując to, co zostało. Każdy, kto wracał, szukał resztek – mebli, naczyń, czegokolwiek, co zostało ukryte w schronach czy domach, gdzie podczas walk stacjonowali żołnierze.

Z czasem sytuacja zaczęła się poprawiać. Mąż pani Anny znalazł pracę w PGR-ze, a ona zdobyła kozę, więc było mleko dla kolejnych dzieci przychodzących na świat. Mogli w końcu zacząć budować nowe życie, choć nie było łatwo. Z ośmiorga dzieci – czterech chłopców i czterech dziewczynek – jedno, syn, zginęło w młodym wieku w nieszczęśliwym wypadku. Strata dziecka była ogromnym ciosem dla rodziny, ale mimo bólu pani Anna starała się trwać i dawać wsparcie swoim bliskim. Szybko podjęła pracę. Zaczynała od tzw. poletek, czyli plantacji ziół, które najpierw pieczołowicie pielęgnowała, a później zbierała i suszyła. Z czasem przeniosła się do pracy w oborze. Ręczne dojenie krów, karmienie zwierząt, wyrzucanie obornika - tę ciężką fizyczną pracę wykonywała przez wiele lat, nigdy się nie uskarżając. W wieku 60 lat przeszła na rentę.

- Było ciężko, zwłaszcza na początku – wszystko robiło się ręcznie. Narobić się musiałam, ale nie narzekałam, choć wiele przeżyłam przy tej robocie. Jak już byłam na rencie, to też jeszcze chodziłam na pole. Chodziłam też jako kucharka po weselach i innych uroczystościach, a jak trzeba było, to i jako pielęgniarka – przebijałam dzieciom uszy, naciągałam wybite kończyny, opatrywałam rozbite kolana. Przeżyłam, bo się nie poddawałam. Ludzie trzymali się razem, trzeba było sobie pomagać – wspomina rozmówczyni.

W 1975 roku, po 37 latach wspólnego życia, zmarł jej mąż. Po tej stracie pani Anna skoncentrowała się na wychowaniu dzieci i wspieraniu rodziny. Jej zaangażowanie i oddanie nie kończyły się na własnych pociechach – z radością pomagała przy wnukach i później przy prawnukach. Dziś jej rodzina liczy 35 wnuków, 32 prawnuków i 10 praprawnuków. Wszyscy są dla niej źródłem radości i dumy. Pomimo upływu lat pozostaje aktywna i jest otoczona bliskimi.

- Kiedy przychodziły dzieci ze swoimi rodzinami, to nie było gdzie usiąść, bo mieszkanie było pełne. Ale było wesoło, coś się działo. Jak przychodzili na urodziny, to gotowałam wielki gar bigosu. Teraz też mnie odwiedzają. Nie mam źle, jakoś się jeszcze ruszam – podsumowuje jubilatka. A jej zięć – Joachim Malik – który przysłuchuje się rozmowie, z uśmiechem dodaje: - Tylko od dobrych paru lat śpiewamy nie „Sto lat!”, ale „Dwieście lat!”.

Dziękuję Karinie Grytz-Jurkowskiej z „Gościa Opolskiego” za pomoc w powstaniu tego tekstu.


Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Ostatnie komentarze
Autor komentarza: mieszkaniec Treść komentarza: po co to komu niemaja na co kasy wydawac......... Data dodania komentarza: 14.06.2026, 13:12 Źródło komentarza: DW 421 do rozbudowy. Powstanie także obwodnica Błażejowic i Łanów. ZDJĘCIA Autor komentarza: sugeruję Treść komentarza: wracaj do siebie za Bug... Data dodania komentarza: 14.06.2026, 11:11 Źródło komentarza: Te zdjęcia liczą już sobie przeszło 105 lat. Sprawdź, jakie wydarzenie upamiętniają Autor komentarza: INGO Treść komentarza: Ale niemieckie pieniądze z unii europejskiej, to już inna sprawa. Data dodania komentarza: 14.06.2026, 10:06 Źródło komentarza: Te zdjęcia liczą już sobie przeszło 105 lat. Sprawdź, jakie wydarzenie upamiętniają Autor komentarza: stary_zgred Treść komentarza: Normalny człowiek stoi stabilnie na wyprostowanych nogach, gdzie szerokość rozstawu nóg równa się mniej więcej szerokości obręczy barkowej. Istnieją pozycje bardziej stabilne, „specjalne” np. pozycja z wykrokiem, pozycja z szerokim rozstawem nóg z ugięciem w kolanach (sztuki walki, sport). Na czymś takim jak hulajnoga człowiek nie ma żadnej stabilności, gdyż stoi „noga za nogą”, czyli w pozycji zupełnie nijakiej. Hulajnoga to był pojazd, a raczej zabawka, wymyślony dla biedaków, których nie było stać na rower i było to w czasach pokolenia urodzonego mniej więcej w połowie zeszłego wieku. Co się stało, że wymyślono takie coś, z napędem niezależnym (czyli bez popychania nogą jak sama nazwa wskazuje) i to pozwalającym osiągać prędkości kilkudziesięciu kilometrów na godzinę?! Rozumiem marketing, ale głupoty ludzi już nie. I tak samo głupoty ustawodawcy – takie coś powinno być zdelegalizowane! Władza rozpatruje kaski dla nieletnich na rowerach a o hulajnogach nic. Bezpieczniejsze byłyby już elektryczne wrotki czy rolki, ale nie chcę prowokować. A w ramach profilaktyki – podobny rajdowy as jednośladu przemykał codziennie ulicą Chrobrego w Koźlu w okolicach godziny 6:00. Wyeliminujcie go z ruchu zanim stanie mu się krzywda lub komu innemu. Chyba że to ten sam, co skończył w Azotach. Data dodania komentarza: 13.06.2026, 19:58 Źródło komentarza: Śmierć 48‑latka na hulajnodze elektrycznej. Kluczowe ustalenia dopiero przed biegłym Autor komentarza: stary_zgred Treść komentarza: Artykuły z tymi kiepskimi techniczne i perspektywicznie zdjęciami wyglądają na klikbajty typu „wróżenie z fusów”. Równie dobrze można by powiedzieć, że zdjęcie przedstawia kamienicę w Kędzierzynie na rogu ul. Grunwaldzkiej i Al. Jana Pawła II, po lewej widać fragment dworca kolejowego w Kędzierzynie a po prawej nieistniejącą dzisiaj zabudowę. Te zdjęcia są kopiowane ze znanych portali, tam są opisy i nierzadko bzdurne. Po co to? Data dodania komentarza: 13.06.2026, 19:24 Źródło komentarza: Te zdjęcia liczą już sobie przeszło 105 lat. Sprawdź, jakie wydarzenie upamiętniają Autor komentarza: stary_zgred Treść komentarza: Jeszcze raz: żyłem w innych czasach – nauczyciel muzyki rzucał w uczniów pękiem kluczy albo napierniczał po rękach drewnianą linijką albo smyczkiem od skrzypiec, pani od rosyjskiego waliła uczniów po łbie książką z zamachu zza ucha, facet od wuefu był wyrafinowany – on uderzał nieosłonięte części ciała specjalnym węzełkiem zawiązanym na sznurku od gwizdka a gość od matematyki dawał karne prace resocjalizacyjne – zrzucanie koksu do kotłowni, sprzątanie liści z boiska, prace porządkowe w kotłowni. W dzisiejszych standardach wszyscy ci nauczyciele mieliby pewnie co najmniej poczwórne dożywocie, ale za to za ich czasów nie było takich hec, jak w pewnej szkole w Toruniu (2003r.) gdzie nauczycielowi włożyli kosz na śmieci na głowę i jeszcze filmik z tego „wydarzenia” nagrali, była dyscyplina i szacunek dla belfra. A jak który uczeń coś naprawdę poważnie nawojował i wezwali rodziców do szkoły, to potem w domu jeszcze rodzice poprawili. I finalnie wszyscy jakoś tak nieoczekiwanie wyrośli na nieskrzywionych psychicznie obywateli. A jak jest z chuchanymi milenialsami bąbelkami, to przekona się każdy, u którego pojawią się w miejscu pracy współcześni 25+. Nie żebym popierał przemoc w szkole, ale…. Może czasy dojrzały do tego, aby wszystkich uczniów traktować jako dzieci specjalnej troski a dla nauczycieli nałożyć obowiązek, oprócz kwalifikacji branżowych i pedagogicznych, posiadania kwalifikacji psychologicznych? ALBO W OGÓLE ZNIEŚĆ OBOWIĄZEK SZKOLNY I ZROBIĆ TYLKO PŁATNĄ EDUKACJĘ? W końcu kształcenie człowieka to towar. Chcesz mieć bezstresowo chowane, ale głupie dziecko – twoja rzecz i jego problem na przyszłość, może znajdzie robotę na szparagach w Niemczech, czy w szklarni w Holandii? Słyszał kto kiedy, aby rodzice jakiegoś Markusa, Brajana czy Dżesiki szli do mediów albo sądu ze skargą na prywatnego korepetytora taryfikującego 50 do 200PLN za godzinę? Data dodania komentarza: 13.06.2026, 19:08 Źródło komentarza: Reportaż TVN „Uwaga!” przypomina sprawę z Mechnicy. Reakcje dyrekcji szkół były jednak zupełnie inne
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama