Gas Monkey Garage jak sklep z zabawkami
Jednym z najważniejszych punktów na trasie Rafała był Teksas i Gas Monkey Garage w Dallas. Warsztat rozsławiony przez programy telewizyjne i niezwykłe projekty samochodów od dawna znajdował się na jego liście miejsc, które chciał zobaczyć.
Dla Rafała nie była to jednak zwykła atrakcja turystyczna. Na co dzień sam jest blacharzem-lakiernikiem, dlatego możliwość wejścia do miejsca, gdzie powstają niezwykłe samochody warte ogromne pieniądze, zrobiła na nim ogromne wrażenie.
- Zobaczyłem te bryki za miliony dolarów, ich projekty, Ferrari na sześciu kołach. To było coś niesamowitego. Jeszcze jak człowiek sam jest lakiernikiem i marzy mu się praca w takim warsztacie, to po prostu bajka. Czułem się jak w sklepie z zabawkami dla dorosłych - opowiadał podekscytowany.
Rafał zajrzał do sklepu z gadżetami, a później mógł zobaczyć także wnętrze warsztatu. Dostrzegł również za szybą Richarda Rawlingsa, twórcę marki Gas Monkey, który akurat uczestniczył w spotkaniu.
- Pewnie omawiali kolejny szalony pomysł. Jest przecież z tego znany - żartował motocyklista.
Darmowa kawa dla zarośniętego motocyklisty
Po wizycie w Dallas ruszył dalej. Amerykańska droga szybko przyniosła kolejną historię, tym razem dużo mniej spektakularną, ale bardzo w jego stylu.
Na jednej ze stacji benzynowych wziął kawę i podszedł do kasy.
- Facet powiedział, że nie muszę płacić. Popatrzył na mnie: broda, włosy każdy w inną stronę, bo pod kaskiem wszystko się układa, jak chce. Jeszcze próbowałem mu tłumaczyć, że zapłacę, ale nie chciał. Powiedział tylko: „miłego dnia”. Pomyślałem, że może trzeba się mniej golić, to częściej będą takie rabaty - śmiał się Rafał.
Cztery stany w jednym miejscu
Kolejne dni oznaczały dalszą jazdę przez południowo-zachodnią część Stanów Zjednoczonych. Rafał na chwilę zjechał z Route 66, by dotrzeć do Four Corners – wyjątkowego miejsca, w którym stykają się granice czterech stanów: Arizony, Utah, Kolorado i Nowego Meksyku.
Stamtąd ruszył do Kolorado i Mesa Verde National Park. To jeden z najbardziej niezwykłych archeologicznie obszarów Stanów Zjednoczonych, słynący z pozostałości dawnych osad budowanych przez rdzennych mieszkańców Ameryki w skalnych ścianach. - Piękne miejsce. Te osady klifowe robią ogromne wrażenie - relacjonował.
Nie wszystko udało się jednak zobaczyć z bliska. Zwiedzanie części najbardziej znanych stanowisk wymaga wcześniejszej rezerwacji. - Trzeba to załatwiać dużo wcześniej, a przy takiej podróży nie jestem w stanie dokładnie przewidzieć, którego dnia będę w konkretnym miejscu. Nie da się wszystkiego zaplanować - przyznał.
I właśnie improwizacja staje się jednym ze znaków rozpoznawczych tej wyprawy. Rafał ma listę miejsc, do których chce dotrzeć, ale każdego dnia musi ją dostosowywać do pogody, odległości, warunków na drodze i czasu.
Połowa Route 66 za nim
Wkrótce pojawił się kolejny symboliczny moment. - Połowa Route 66 za mną. Jestem dokładnie pośrodku – meldował 27 września. Kilometry legendarnej drogi przeplatały się z kolejnymi objazdami.
W Arizonie Rafał odwiedził Petrified Forest National Park, czyli Park Skamieniałego Lasu. - Można tam zobaczyć skamieniałe drzewa mające setki milionów lat. Miejscami wyglądają prawie jak bursztyn. Niesamowita rzecz - opowiadał.
Kolejnym przystankiem był Meteor Crater. Ogromne zagłębienie powstało około 50 tysięcy lat temu wskutek uderzenia meteorytu. Krater ma około 1,2 kilometra średnicy.
- Na żywo naprawdę daje do myślenia. Człowiek patrzy na to i zaczyna się zastanawiać, co by się stało, gdyby w Ziemię uderzyło coś jeszcze większego - mówił Rafał.
Klimat starej Route 66
Na trasie znalazło się także miejsce zdecydowanie mniej monumentalne, ale nierozerwalnie związane z historią Route 66 – Twin Arrows Trading Post. Dawniej działały tam stacja benzynowa, bar i punkt handlowy, a symbolem miejsca były dwie ogromne strzały wbite w ziemię.
Dziś dawna zabudowa jest mocno zniszczona, a z dwóch charakterystycznych strzał pozostała jedna.
- Wszystko jest zdezelowane, ściany służą graficiarzom, w środku demolka. Ale klimat starej Route 66 nadal tam gdzieś jest - mówi motocyklista.
Później przyszła pora na Flagstaff, a następnie zjazd na południe. Po drodze Rafał przejechał przez okolice Sedony, słynące z charakterystycznych czerwonych i brązowych skał. - Widoki są naprawdę niesamowite. Człowiek jedzie i co chwilę chciałby się zatrzymywać - przyznawał.
Celem był Saguaro National Park, kraina potężnych kaktusów, które dla wielu osób są jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli Arizony i amerykańskiego Zachodu.
Polacy otworzyli przed nim drzwi
Właśnie w tej części podróży wydarzyło się jednak coś, co Rafał wspominał z jeszcze większym entuzjazmem niż kolejne parki i atrakcje. Jeszcze przed rozpoczęciem wyprawy odezwał się do niego przez Facebooka Sławek Bojanowski. Napisał, że jeśli Rafał będzie przejeżdżał przez Arizonę, może się odezwać.
Kiedy trasa rzeczywiście zaprowadziła motocyklistę w okolice Phoenix, panowie ponownie się skontaktowali.
Tak Rafał trafił do Sławka i jego żony Iwony. - Mega sympatyczni ludzie. Naprawdę życzę wszystkim, żeby na swojej drodze spotykali takich ludzi, jak ja spotkałem ich - mówił.
Sławek i Iwona Bojanowscy mieszkają w Stanach Zjednoczonych od 26 lat. Przez około 20 lat ich domem było Chicago. Około dwóch lat temu przenieśli się do Arizony.
Szybko okazało się, że Rafała i Sławka łączy nie tylko polskie pochodzenie. Sławek także jest blacharzem-lakiernikiem samochodowym. - Chłopak po fachu, więc od razu mieliśmy o czym rozmawiać - przyznawał Rafał.
Iwona pracuje natomiast w domu pomocy społecznej i rehabilitacyjnej. Jako scheduler odpowiada między innymi za przygotowywanie grafików, obsadę zmian, a także sprawy związane z zatrudnianiem pracowników.
Życzę wszystkim takich ludzi
Polacy przyjęli motocyklistę niezwykle serdecznie. Było wspólne jedzenie, rozmowy i pomoc w przygotowaniu kolejnego etapu podróży.
- Iwona naszykowała mi tyle jedzenia na drogę, że ledwo wszystko zapakowałem do torby - opowiadał z uśmiechem Rafał.
Po wizycie w Saguaro National Park znów miał do nich wrócić. - Zrobimy sobie grilla. Naprawdę fantastyczni, gościnni ludzie- mówił.
To właśnie takie spotkania coraz mocniej pokazują, że wyprawa przez Stany Zjednoczone nie jest tylko próbą pokonania kolejnych tysięcy kilometrów i odhaczania punktów z mapy. Czasem największym wspomnieniem nie zostaje spektakularny kanion, ogromny krater czy samochód wart milion dolarów, ale zwyczajna rozmowa, posiłek przygotowany na drogę i otwarte drzwi domu ludzi, których jeszcze kilka miesięcy wcześniej znało się jedynie z internetu.
Na liście Rafała znalazł się również słynny Wigwam Motel przy Route 66. Jego charakterystyczne pokoje przypominają indiańskie tipi, a przed nimi stoją zabytkowe samochody.
- Mega klimat. Każdy domek ma obok stare auto. Jedne są bardziej zniszczone, inne w całkiem dobrym stanie. Chciałem nawet zapytać, ile kosztuje nocleg, ale biuro otwierali dopiero później, więc nie czekałem. Samo miejsce i tak było warte zobaczenia – relacjonował.
Rafał wraca teraz w okolice Flagstaff, gdzie wcześniej przerwał jazdę Route 66. Stamtąd ma ponownie ruszyć legendarną trasą na zachód.
Planów nadal jest więcej niż czasu. - Mam jeszcze sporo punktów. Muszę tylko pomyśleć, jak to wszystko logistycznie poukładać. Ale damy radę - zapewnia.
Patrząc na dotychczasową część wyprawy, można być niemal pewnym, że zanim dotrze do kolejnego punktu na mapie, po drodze wydarzy się jeszcze coś, czego nie było w żadnym planie.
Przeczytaj też:



Napisz komentarz
Komentarze