Reklama
piątek, 2 października 2026 00:13
Reklama Dental Clinic - baner reklamowy
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Budują potężny model statku M/S „Kędzierzyn”. Jeszcze w tym roku go zwodują

To jest ich życiowa pasja. Modelarstwem zajmują się od kilkudziesięciu lat. W modelarni, znajdującej się na zapleczu bursy przy ulicy Piastowskiej w Koźlu, realizują swoje marzenia. Jednym z nich jest zwodowanie okazałego modelu M/S „Kędzierzyn”, statku, który zbudowano w 1970 roku w Stoczni Gdańskiej. Mało kto wie, że wcześniej nasze miasto miało jeszcze jeden statek śródlądowy o nazwie „Kędzierzyn”, ale wspomnimy o nim nieco później.
Budują potężny model statku M/S „Kędzierzyn”. Jeszcze w tym roku go zwodują
Zbigniew Kapelan (z lewej) i Andrzej Kukolka przy modelu statku M/S „Kędzierzyn”, który liczy 2,2 m długości i waży niespełna 60 kg

W naszym mieście funkcjonują jeszcze cztery kluby modelarskie. Jeden z nich, działający przy Zespole Szkół Żeglugi Śródlądowej, ma poszerzony zakres. Prowadzą go znani w Polsce modelarze - Zbigniew Kapelan (z ramienia ZSŻŚ) i Andrzej Kukolka, którzy określają to miejsce mianem „centrum politechnizacji młodzieży szkolnej”. Tworzone są tu nieco większe konstrukcje. Między innymi - na podstawie oryginalnej dokumentacji - budowany jest tam duży model statku M/S „Kędzierzyn” w skali 1:50.

 Andrzej Kukolka pokazuje nam wykonany przez siebie wózek, niezbędny do transportu i wodowania tego modelu, gdyż jego rozmiary i masa są znaczne. W tej skali ma 2,2 m długości i waży niespełna 60 kg. Model jest już prawie gotowy. Jest owocem niemal 5 lat żmudnej pracy. Został wykonany od podstaw, gdyż jego poprzednik uległ zniszczeniu w pożarze.

 - Bez tego wózka wodowanie na Odrze byłoby bardzo kłopotliwe. Zapewne finał nastąpi jeszcze jesienią na kozielskiej przystani „Szkwał”. Całej operacji muszą towarzyszyć sprzyjające warunki atmosferyczne - tłumaczy Zbigniew Kapelan.  

Zbigniew Kapelan (z lewej) i Andrzej Kukolka

 Kartonowe stateczki 

 Swoją przygodę z modelarstwem obaj panowie rozpoczęli jeszcze za dziecka. Andrzej Kukolka jest za pan brat z modelarstwem od sześciu dekad.

  - Jeżeli bierzemy udział w zawodach, to na ogół są tam: młodzicy, juniorzy, seniorzy, a ja zaliczam się już do dinozaurów. Swoją przygodę z modelarstwem rozpocząłem 60 lat temu. Teraz mam na karku siedemdziesiąt jeden lat, czyli łatwo policzyć, że zacząłem się bawić w modelarstwo jako jedenastoletni chłopak. Zbyszek jest starszy ode mnie o dwa tygodnie – mówi Andrzej Kukolka.

 Pan Zbigniew modelarskiego bakcyla złapał jeszcze wcześniej, bo w wieku 8 lat, w drugiej klasie szkoły podstawowej, gdy jego dziadek zrobił mu niewielki stateczek, a mały Zbyszek zapragnął zbudować coś podobnego. Jako pierwszy powstał papierowy model „Flisaka” z „Małego Modelarza”. Wycinankę zachował na pamiątkę, natomiast wykonany kilkadziesiąt lat temu model jeszcze do niedawna stał na półce w kozielskiej modelarni. Ponieważ jego stan pozostawiał wiele do życzenia, trafił na śmietnik.

Potem pan Zbigniew budował kolejne statki, ale nie tylko. Były samoloty, rakiety, pociągi. - Te pierwsze były kartonowe, a potem, te poważniejsze, bardziej skomplikowane i pracochłonne. Nie trzymam ich w domu. Albo idą do muzeum, albo do szkoły. Trafiają w ręce dzieci albo uczniów, którym wpadną w oko. Czasami zabierają je ze sobą moje wnuki. Nie gromadzę tego, nie magazynuję. W domu w tej chwili tworzę kolejne trzy, są to żaglowce - tłumaczy Zbigniew Kapelan.

Zbigniew Kapelan i model statku M/S „Kędzierzyn”

Po ukończeniu kozielskiej „Żeglugi" podjął studia na Wydziale Matematyki, Fizyki i Chemii Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Opolu (dzisiejszy Uniwersytet Opolski). Potem uczył nie tylko w Zespole Szkół Żeglugi Śródlądowej, ale także w Zespole Szkół Technicznych i Ogólnokształcących w Azotach. W tym drugim przedmiotów stricte zawodowych, a więc technologii budowy maszyn, obróbki skrawaniem itd. Prowadził również zajęcia i prelekcje z techniki rakietowej, a dokładnie z termodynamiki silników rakietowych na paliwo stałe dla studentów Politechniki Gliwickiej.

 Nasz rozmówca, jako współzałożyciel Polskiego Towarzystwa Rakietowego, które powołano do życia 18 maja 2010 roku w Warszawie (obecnie jego siedziba mieści się w Gdyni), budował również modele rakiet, a później poważniejsze konstrukcje - badawcze, pobierając nauki u śp. prof. Jacka Walczewskiego, pioniera polskich rakiet z Instytutu Sondowań Górnych Warstw Atmosfery w Krakowie. Był to twórca polskiego programu rakietowego oraz polskich rakiet badawczych „Meteor” 1,2 i 3.

 Pan Zbigniew z szacunkiem mówi o osiągnięciach okresu historycznego w tej branży w Polsce. Należy tu wspomnieć o serii polskich eksperymentalnych rakiet suborbitalnych „Bigos” czy „Perun”, które firma SpaceForest z Gdyni zaprojektowała i zbudowała w ramach projektu SIR (Suborbital Inexpensive Rocket).

 - Przygotowujemy się do przekroczenia strefy Kármána, czyli umownej granicy kosmosu, która leży na wysokości 100 km nad poziomem morza. To są bardzo duże konstrukcje i startują wyłącznie nad Bałtykiem. Pan Andrzej Magiera jest głównym szefem firmy SpaceForest. Bardzo dobrze, że ta branża rozkwita. Wiadomo, żyjemy w trudnych czasach. Te technologie muszą się rozwijać, również z myślą o naszym bezpieczeństwie - przekonuje.

 Morskie giganty

  Z powstaniem modelu M/S „Kędzierzyn” wiąże się dość długa i burzliwa historia. Najważniejsze było dotarcie do oryginalnych zdjęć, zwłaszcza rysunków M/S „Kędzierzyn”.

  - Kiedyś znalazłem do nich dojście w gdańskim archiwum i przysłano mi oryginalne kalki. Potem, po upadku stoczni, telefonowałem i pisałem, żeby im je oddać, ale teraz nie ma za bardzo z kim o tym rozmawiać. Natomiast na tych kalkach dostrzegłem szereg błędów względem obfotografowanych oryginalnych jednostek, a było ich pięć: „Kędzierzyn”, „Tarnów”, „Nowy Sącz”, „Wrocław II” i „Eugénie Cotton”. Tę ostatnią jednostkę zbudowano dla Francji. To były masowce do przewozu m.in. węgla, siarki i innych produktów - wylicza pan Zbigniew.

Jedno z nieznanych zdjęć M/S „Kędzierzyn”
Archiwum prywatne

 Wymienione wyżej jednostki powstały według bliźniaczego projektu. Niewielkie różnice nie dotyczyły podstawowych wymiarów kadłubów, tylko nadbudówek i wyposażenia pokładowego. - Obecnie będę szykował taką modelarską dokumentację M/S „Kędzierzyn”. Udostępnię ją dopiero wtedy, gdy rysunki te będą zgodne ze zdjęciami tej jednostki, które znajdują się w moim posiadaniu - deklaruje.  

 Prawdziwą perełką w kolekcji pana Zbigniewa jest oryginalny, przysłany z Gdańska, zład wzdłużny – czyli bardzo precyzyjny rysunek przedstawiający przekrój kadłuba M/S „Kędzierzyn”.

 M/S „Kędzierzyn” to naprawdę duży model, choć pan Zbigniew ma na swoim koncie i większe. Dotychczas najbardziej spektakularną i ulubioną był lotniskowiec USS Saratoga o długości 3,20 m, masie 76 kg, o szerokości po pokładzie 76 cm, na którym były również wykonane modele samolotów w liczbie prawie 100 sztuk. - Jeszcze jako student zrobiłem model okrętu Saratoga, ale uległ on całkowitemu zniszczeniu podczas wypadku samochodowego na autostradzie w Niemczech, kiedy przy ostrym hamowaniu najechał na mnie półciężarowy bus - wspomina nasz rozmówca.

Wodowanie statku M/S „Kędzierzyn” odbyło się 29 sierpnia 1970 roku w gdańskiej stoczni

 Pan Zbigniew z wielkim szacunkiem wypowiada się o swoim koledze Andrzeju Kukolce, ponieważ większość widocznych w modelarni statków to właśnie jego dzieło.

  - Andrzej Kukolka zbudował cały kadłub M/S „Kędzierzyn”, natomiast ja wykonałem widoczne tu nadbudówki. Elektrykę do niej również będzie robił pan Andrzej. Przez te wszystkie problemy związane z chorobą serca w tym roku byłem rzadkim gościem w kozielskiej modelarni. Ale musi się to zmienić, bo powoli dochodzę do siebie - mówi pan Zbigniew. - Natomiast Andrzej Kukolka jest teraz tutaj główną, że tak powiem, gwiazdą programu i to jemu należy się szacunek i koleżeńska wdzięczność za to, co robi. Jest tu regularnie, ponieważ w naszej modelarni działają uczniowie z kozielskiej „Żeglugi”. Jest również trzech chłopaków spoza tej szkoły. To jest takie małe centrum politechnizacji naszej młodzieży, która zyskuje tu praktyczne doświadczenie i lepsze przygotowanie do rozpoczęcia studiów. Obecnie w naszych murach mamy trzech studentów Politechniki Śląskiej z Gliwic, pracujących w tematyce projektowania maszyn CNC - Szymon Altheim oraz Maciej Onyszkiewicz, natomiast w technice lotniczo-astronautycznej Marek Skrzypiciel, a uczniowie II klasy kierunku mechaniczno-spawalniczego Paweł Malik i Łukasz Mikolasch z ZSŻŚ zajmują się techniką nautyczną i lotniczą w zakresie dronów we współpracy z Politechniką Gliwicką.

 Archiwum prywatne

Było 10 modelarni

 - Proszę sobie wyobrazić, że w wieku 12 lat radziłem sobie całkiem dobrze na tokarce. Kiedyś to wszystko robiło się inaczej, teraz, wiadomo, nie ma takich problemów z materiałami, bo jest tego pod dostatkiem - przyznaje z dumą pan Andrzej.

 Oczywiście w porównaniu chociażby z latami 70. czy 80. XX wieku wiele pod tym względem się zmieniło. Od tamtego czasu znacząco rozwinęły się również najrozmaitsze technologie, a zwłaszcza elektronika i informatyka. - Powiem szczerze, że ta aparatura mnie trochę przerasta, bo posiada tyle funkcji, z których ja nie korzystam nawet w połowie, bo nie jest mi to potrzebne - nie ukrywa.

 Pan Andrzej na poważnie zaczął swą modelarską przygodę w klubie fabrycznym należącym do ówczesnych Zakładów Koksochemicznych w Blachowni. - Klub działał w pomieszczeniach piwnicznych. Modelarnię cały czas prowadził śp. Joachim Gruszka. Później działaliśmy jako modelarze przy Domu Kultury „Lech”. Co ciekawe, swego czasu w Kędzierzynie-Koźlu było dziesięć modelarni - wspomina Andrzej Kukolka. - Obecnie są tylko cztery. Jedna przy kozielskiej „Żegludze”, dwie w Azotach, z których pierwsza specjalizuje się w budowie szybkich modeli pływających, którą stworzył śp. Jan Stolarek, druga w modelach kołowych (w rozbudowie), a ta czwarta wciąż jeszcze działa w Domu Kultury „Lech”. Załóżmy, że kiedyś w każdej modelarni było z dziesięć osób. Czyli w sumie mamy stu chłopaków, którzy mieli ciekawe zajęcie. Nie szwendali się z nudów po kątach, tylko robili coś twórczego. Teraz boli mnie jedna rzecz, że młodzi nie garną się już tak do modelarstwa jak dawniej. Jak prezentuję gdzieś te swoje modele, to na ogół pada pytanie, gdzie to można kupić i ile to kosztuje. Nikt nie spyta, gdzie jest jakaś modelarnia, w której można by samemu wykonać taką jednostkę. Wszyscy się nauczyli podchodzić do życia w sposób bardzo konsumpcyjny. Zamiast zrobić coś własnymi rękami, coś, czym można się pochwalić, że to moje dzieło, to wolą kupić. Tymczasem mogliby się czegoś nauczyć. Człowiek uczy się całe życie. Zresztą ja też, bo nie jestem przecież alfą i omegą - dodaje pan Andrzej.

 Na pytanie, czemu wraz z kolegą Zbyszkiem zdecydował się na wybudowanie M/S „Kędzierzyn” i czy jest to objaw lokalnego patriotyzmu, Andrzej Kukolka odpowiedział: - Ludzie, jak im mówię, że po morzach i oceanach pływał kiedyś taki statek, odpowiadają przeważnie, że pierwszy raz słyszą o M/S „Kędzierzyn”. Gdy zostanie zwodowany i zrobi się o tym głośno, to wtedy niektórzy utrwalą sobie w pamięci, że faktycznie istniała taka jednostka - argumentuje.

 W opinii Andrzeja Kukolki modelarstwo to niezwykle praktyczna pasja, ponieważ rozwijając ją, człowiek dużo się uczy, chociażby obróbki materiałów, takich jak drewno, plastik i metale. Jest on w posiadaniu potężnego i jedynego takiego w Polsce modelu legendarnego „Titanica”. Brytyjski transatlantyk, który zatonął podczas dziewiczego rejsu w 1912 roku, został odwzorowany w skali 1:200. Zakupiony za niemałe pieniądze zestaw składał się z 3500 części. Wszystko trzeba było posklejać. Zajęło to panu Andrzejowi około dwóch lat.

 - Ten model był oświetlony fabrycznie od pokładu wzwyż, a ja go oświetliłem w całości. Musiałem w związku z tym nawiercić 3300 otworów. Także ten wyjątkowy model „Titanica” jest pływający, oświetlony, a nawet dymi, ale tylko z trzech kominów, bo przypominam, że ów czwarty służył jedynie za atrapę na tym transatlantyku - wyjaśnia pan Andrzej.  

 Jeszcze ciekawsza historia wiąże się z kutrem ratowniczym o nazwie „Halny”, który pan Andrzej budował od podstaw przez trzy lata. „Halny” to kuter ratowniczy typu R-17. W latach 1972-1975 w gdańskiej Stoczni „Wisła” na zamówienie Polskiego Ratownictwa Okrętowego zbudowano osiem jednostek tego typu, z tego dwie dla NRD (później także przekazane do Polski). Służyły one na stacjach ratowniczych na polskim wybrzeżu Bałtyku od lat 70.

 - „Halny” pływa do dziś. Byłem na nim w Ustce osobiście, zrobiłem tej jednostce mnóstwo zdjęć, żeby nie pominąć nawet najmniejszego detalu. Dlatego on faktycznie wygląda jak oryginalny. Zrobiłem go ręcznie od A do Z. Cały kadłub jest z laminatu - wyjaśnia Andrzej Kukolka. 

Kapitan M/S „Kędzierzyn” Ryszard Trąbski
Archiwum prywatne
Moment położenia stępki przez kapitana M/S „Kędzierzyn” - Ryszarda Trąbskiego

 Drugi M/S „Kędzierzyn”

 Mało kto wie, że wcześniej nasze miasto doczekało się jeszcze jednego statku o nazwie „Kędzierzyn”. Był to holownik parowy bocznokołowy. Jak swego czasu ustalił Waldemar Danielewicz z Gdańska, jednostka ta została zbudowana w 1895 roku w niemieckiej stoczni Stettiner Oderwerke A.G., w ówczesnym Stettin (Szczecinie) dla Reederei Verein Schiffer, Breslau (Wrocław). Trudno jest ustalić nazwę statku, ponieważ zbudowano dwie bliźniacze jednostki o nazwach „Jenny” i „Elise” - będzie to zatem jedna z nich, gdyż nie wiadomo, która przetrwała wojnę. W 1906 roku holownik przechodzi do Schlesische Dampfer Compagnie, Breslau, a od 1917 roku w Schlesische Dampfer Compagnie - Berliner Lloyd (Berlin). Zatopiony prawdopodobnie pod koniec 1944 roku, został wydobyty w 1946 roku i odbudowany. Nazwano go „Albatros” i pływał w Polskiej Żegludze na Odrze SA, a od 1948 roku w Państwowej Żegludze na Odrze we Wrocławiu. Rok później nastąpiła zmiana nazwy na „Sławomir” przez nowego armatora, którym została Państwowa Żegluga Śródlądowa we Wrocławiu. Od 1951 roku holownik pływał w Przedsiębiorstwie Państwowym Żegluga na Odrze we Wrocławiu. W 1954 roku przeszedł remont kapitalny oraz wymianę kotła. Od 1955 do 1967 roku pływał już jako „Kędzierzyn”. Waldemarowi Danielewiczowi nie jest znana dokładna data złomowania jednostki. Długość całkowita holownika wynosiła: 47,60 m; szerokość: 9,65; szerokość: 5,40 m; zanurzenie: 0,79 m.

Wcześniej był już holownik parowy bocznokołowy o nazwie „Kędzierzyn”,
Archiwum prywatne

 - Zdjęcia pierwszego „Kędzierzyna” otrzymałem od Waldemara Danielewicza z Gdańska. On ma bardzo dużo materiałów dotyczących głównie jednostek śródlądowych. Holownik „Kędzierzyn” pływał z węglem z Gliwic do Szczecina. Na starych zdjęciach widać, jak ciągnie cztery barki. Ze względu na swoją długość jednostki te nazywano potocznie „pociągami”. Płynęły one bardzo wolno, bo z prędkością od 4 do 5 km/h. Taki zestaw transportował około 1000-1200 ton węgla, a nawet i więcej. Do Szczecina płynął ze dwa i pół, a czasami nawet trzy tygodnie - wyjaśnia Zbigniew Kapelan.

 Ostatnio minęło 56 lat od zwodowania sześciotysięcznika M/S „Kędzierzyn”, który rozsławiał na świecie imię polskich stoczniowców i chemików. Na dziobie masowca widniał ówczesny herb Kędzierzyna, przedstawiający złączone ze sobą połówki piastowskiego orła i kolby chemicznej. Oto parametry techniczne M/S „Kędzierzyn”: nośność - 5735 DWT, załoga - 26 osób, długość - 109 m, szerokość - 15,80 m, zanurzenie -  8,7 m, moc silników - 2500 kW, prędkość - do 13 węzłów. Przez wiele lat obcokrajowcy w różnych portach świata na widok naszej jednostki łamali sobie język, próbując wymówić nazwę „Kędzierzyn”.

 Historia M/S „Kędzierzyn” zaczęła się pod koniec lat 60. ubiegłego wieku. Wówczas Polska Żegluga Morska postanowiła zamówić w gdańskiej stoczni cztery nowoczesne masowce do przewozu węgla, zboża oraz siarki. Brat ówczesnego I sekretarza komitetu zakładowego PZPR w kędzierzyńskich „Azotach” piastował podobną funkcję w gdańskiej stoczni. Gdy pewnego razu odwiedził rodzinę w Kędzierzynie, poinformował, że w stoczni zaplanowano budowę serii nowoczesnych masowców, a ich patronami mają być duże polskie zakłady przemysłowe. Być może jednym z nich mógłby zostać nasz kombinat. Pomysł przypadł do gustu kędzierzyńskim decydentom.

 Tymczasem w Gdańsku ruszyła budowa nowej jednostki. Trwającą wiele miesięcy budowę statku, począwszy od położenia stępki aż do zwodowania, rejestrowali na taśmie filmowej członkowie amatorskiego klubu filmowego „Alchemik” - Bogusław Rogowski i Engelbert Kral. Pan Bogusław do dziś wspomina comiesięczne wyjazdy do Gdańska oraz przeszkody, jakie każdorazowo musieli pokonywać filmowcy, aby wejść z kamerą na teren stoczni. Gdańska stocznia objęta była ochroną kontrwywiadowczą, ponieważ w tamtym czasie produkowano w niej również barki desantowe dla wszystkich armii wchodzących w skład Układu Warszawskiego.

Historia M/S „Kędzierzyn” zaczęła się pod koniec lat 60. ubiegłego wieku
Archiwum prywatne
 

 Wodowanie statku odbyło się 29 sierpnia 1970 roku. Po uroczystości z udziałem licznej delegacji z Kędzierzyna na innym statku oraz w muzeum morskim zorganizowano wystawny bankiet. Wyposażanie jednostki M/S „Kędzierzyn” trwało jeszcze pół roku. Ostatecznie statek wszedł do morskiej służby 15 lutego 1971 roku. Pływał głównie po Bałtyku, Morzu Północnym i Śródziemnym. Przemierzał również Ocean Atlantycki. W ładowniach przewoził węgiel, zboże oraz siarkę. Napędzany był mazutem. Obsługiwała go 26-osobowa załoga.

 W 1973 roku załoga „Kędzierzyna” objęła patronatem Szkołę Podstawową nr 1 im. Powstańców Śląskich w Kędzierzynie. W następnym roku na pokładzie statku gościła grupa uczniów z SP nr 1. W prezencie dostali ogromnego spreparowanego żółwia morskiego. W tym samym roku marynarze z „Kędzierzyna” objęli też patronatem klub żeglarski „Tajfun”, działający w „Azotach”. Zapadła nawet decyzja o powstaniu w kędzierzyńskich zakładach azotowych 16-metrowego pełnomorskiego jachtu. Symboliczną stępkę pod budowę stalowego kadłuba położył kapitan „Kędzierzyna” Ryszard Trąbski. Został on honorowym przewodniczącym komitetu budowy, a jego marynarze podarowali kędzierzyńskim wodniakom część wyposażenia nawigacyjnego do nowej jednostki.

 Po 20 latach służby morskiej M/S „Kędzierzyn” był mocno wyeksploatowany. W 1990 roku armator sprzedał go spółce Met-Pol. Ta zbyła go liberyjskiemu armatorowi, ale z polską załogą. Jeszcze do 1.02.1992 roku jednostka nazywała się „Kędzierzyn”, potem przez długie lata pływała pod innymi banderami i nazwami: „Finnstone” (1.02.2000 r.), „Koro” (1.03.2004 r.), „Iron Castle” (1.10.2005 r.), „Abdul Rahman” (1.05.2012 r.), a na samym końcu pod banderą afrykańskiego państwa Togo i nazwą „Leen H”. Ostatecznie została wycofana z eksploatacji pod tą właśnie nazwą.

 Katastrofa „Nysy”

 Nie tylko Kędzierzyn miał dwa statki nazwane jego imieniem. Zbudowano również S/S „Opole” I, S/S „Opole” II, S/S „Opole” - „Liberty”, M/S „Nysa”, M/S „Nyssa”, a także M/S „Ziemia Opolska”. Ich dokumentacja modelarska jest w trakcie kreślenia przez Zbigniewa Kapelana. Opolskie statki, pływając pod polską banderą, były ambasadorami swoich miast oraz całego regionu. Dziś można je podziwiać na starych fotografiach.

 Ciekawa i jednocześnie bardzo tragiczna historia wiąże się z M/S „Nysa”. Był to pierwszy polski drobnicowiec serii B-51, zbudowany w gdańskiej stoczni na podstawie włoskich projektów. Został zwodowany wiosną 1951 roku. Jego armator, Polska Żegluga Morska, planował, że statek eksploatowany będzie jako drobnicowiec motorowy do tzw. małej żeglugi, gdyż jego nośność wynosiła niespełna 700 DWT. M/S „Nysa” zatonął u wybrzeży Norwegii wraz z całą załogą i ładunkiem. Kapitanem jednostki był Gustaw Gomułka. Następnego dnia w miejscu tragedii znaleziono szczątki szalupy, a wkrótce potem morze wyrzuciło na brzeg zwłoki siedmiu marynarzy. Nigdy nie odnaleziono pozostałych 11 członków załogi.

 Co ciekawe, spośród etatowej załogi uratował się tylko jeden marynarz - Engelbert Martynus, mieszkaniec Kędzierzyna, który na pokładzie „Nysy” był mechanikiem w siłowni. Przeżył katastrofę tylko dlatego, że 9 stycznia 1965 r. spóźnił się autobus, którym miał dojechać do portu na rejs do Oslo. Dzięki temu nie uczestniczył w tragicznej wyprawie.

 - On po prostu nie zdążył na ten statek, a oni płynęli ze szkockiego portu Leith do Oslo z ładunkiem 650 ton złomu w postaci pociętych szyn kolejowych. M/S „Nysa” zatonął 10 stycznia 1965 roku wraz z całą 18-osobową załogą u wybrzeży Norwegii. Wiał wówczas wiatr o sile 10 stopni w skali Beauforta, a fale sięgały do 12,5 metra wysokości - mówi Zbigniew Kapelan. - Engelbert Martynus żyje do dziś, ma 86 lat i jest częstym gościem w naszym centrum. To były blacharz od wszelkiego rodzaju rurociągów, osłon termicznych. Pracował tu, w Kędzierzynie, wcześniej był związany z modelarnią, która działała u śp. Jana Stolarka. Następnie około 20 lat pracował w Elektrowni „Rybnik” i po tym czasie wrócił do Kędzierzyna. Znamy się dobrze od dobrych pięciu dekad, jesteśmy kolegami. W poprzednich latach regularnie odwiedzał kozielską modelarnię. Dziś ma już swoje lata, więc niechętnie siada za kółko swojego samochodu. Ale czasami tu przyjeżdża, bo to naprawdę świetny modelarz, który zawsze kochał to, co robił. Chciałem mu nawet zbudować na urodziny model M/S „Nysa” w skali 1:100, ale powiedział, że nie chce już wracać do tamtych czasów - przyznaje pan Zbigniew.

  Niemniej część opolskich jednostek i tak powstanie. Zapewne poza M/S „Kędzierzyn” będą to także jednostki z nazwą Opola, Nysy i Ziemi Opolskiej. - Stworzymy wystawę tych modeli i będziemy z nią jeździć po województwie, promując modelarstwo i naszą szkołę. Dołożę wszelkich starań, aby powstały one jak najszybciej, o ile zdrowie na to pozwoli - dodaje.

 Zbigniew Kapelan pokazuje nam też czteroosobową łódź, którą jeszcze przed przeszło rocznym urlopem chorobowym budował wraz z uczniami klasy mechanicznej Zespołu Szkół Żeglugi Śródlądowej. - Uczniowie Jakub Niedbała, Mateusz Małodobry, Piotr Raszczyk i Wojciech Rozumek wykonali robotę bardzo solidnie, oczywiście pod nadzorem. Na jej wyposażeniu będzie silnik zasilany przez baterie słoneczne, tak że łódź możemy określić mianem w pełni ekologicznej. Powstała ona dwa lata temu i oczywiście będzie służyć do rekreacji, ale z jej pomocą chcemy dokonać tak zwanego pomiaru linii dennej, a dokładniej mówiąc, dna całego akwenu Dębowa. Oczywiście przy pomocy nowoczesnej aparatury - mówi pan Zbigniew.

Czteroosobowa łódź, którą jeszcze przed przeszło rocznym urlopem chorobowym Zbigniew Kapelan budował wraz z uczniami klasy mechanicznej Zespołu Szkół Żeglugi Śródlądowej

Warto dodać, że pomiar głębokości i ukształtowania dna zbiornika wodnego nazywa się batymetrią (a same działania określane są mianem pomiarów batymetrycznych). Wynikiem takich pomiarów jest mapa batymetryczna lub trójwymiarowy model dna. Powstanie zatem bardzo dokładny obraz dna akwenu Dębowa. W tej sprawie pan Zbigniew zamierza powrócić do rozmów z wójtem gminy Reńska Wieś Tomaszem Kandziorą. Choroba sędziwego modelarza mocno skomplikowała te plany, ale trzymamy kciuki, żeby się ziściły.  

 W nich nadzieja

 Młodzi ludzie, choć jest ich zapewne mniej niż przed laty, wciąż zajmują się modelarstwem. I to cieszy. Dobrym przykładem jest chociażby Szymon Altheim. Regularnie odwiedza kozielską modelarnię, choć był uczniem Zespołu Szkół Technicznych i Ogólnokształcących w Azotach, a nie tutejszej „Żeglugi”. - Są tu na przykład moi koledzy z Ujazdu, ze Strzelec Opolskich, którzy dojeżdżali do nas samochodami, chodzili tutaj do szkoły. Każdy jest mile widziany i może się do nas zapisać. Nawet jeśli nie mieszka w najbliższej okolicy - mówi Szymon Altheim.

  W modelarni Szymon wykonuje repliki różnych statków, natomiast w domu zajmuje się na ogół budową maszyn CNC. Nasz rozmówca został właśnie studentem pierwszego roku Politechniki Gliwickiej i 1 października rozpoczyna naukę na kierunku automatyka i robotyka. - Modelarstwo to moje hobby. Natomiast studia już bardziej opierać się będą na elektronice - wyjaśnia Szymon, który już teraz potrafi stworzyć urządzenia CNC. - Obecnie projektuję frezarkę CNC. Ponadto zrobiłem parę projektów różnych drukarek, byłem na kilku konkursach, zdobywając nagrody - przyznaje z dumą.

W kozielskiej modelarni Szymon Altheim wykonuje repliki różnych statków. Oto jedna z nich 
ANKO

  Na dowód pokazuje film, który przesłał na konkurs. Widać na nim jedną z drukarek, którą wykonał własnoręcznie. Szymon zajmuje się też unowocześnieniem technologii, które są obecne w naszej przestrzeni. Można go więc śmiało nazwać racjonalizatorem, który bardzo kreatywnie podchodzi do życia. Dobrym przykładem jest produkt, który funkcjonuje na rynku, ale Szymon postanowił go udoskonalić. Chodzi o akumulator do roweru elektrycznego.

  - Stworzyłem pierwszy taki akumulator, którego zaletą jest kompaktowość i uniwersalność. Chodzi o to, aby pasował do jak największej liczby ram rowerowych o różnych rozmiarach - wyjaśnia Szymon. - Na czym polega jego innowacyjność? Otóż mój akumulator jest tak zaprojektowany, że da się go wyciągać z boku. Tymczasem praktycznie wszystkie obudowy do akumulatorów, jakie widziałem w internecie, są skonstruowane w taki sposób, że wysuwa się je do przodu. Natomiast gdy rama roweru stoi na przeszkodzie, wówczas pojawia się poważny problem z wyciągnięciem akumulatora, ponieważ nie zawsze zachowany jest wystarczający odstęp. Pomysł z wyciąganiem ogniwa z boku całkowicie eliminuje te trudności, bo wówczas omijamy wszelkie przeszkody. Jest to praktyczne udogodnienie dla wszystkich, którzy chcą szybko ściągnąć i podłączyć taki akumulator do ładowania. Producenci skupiają się na tym, aby stworzyć duży pakiet ogniw w takim akumulatorze, gromadząc jak najwięcej energii. Ja poszedłem w drugą stronę, tworząc kompaktowy pakiet dla osób, które potrzebują mniejszej wagi, rozmiaru i zarazem mniejszego zasięgu elektrycznego jednośladu - wyjaśnia Szymon.   

  Mniejszy, zgrabny akumulator jest też łatwy w demontażu. Nie trzeba specjalnych narzędzi, żeby go ściągnąć. Wystarczy mieć imbus, czyli niewielki klucz do śrub. Szymon Altheim już dziś deklaruje, że choć będzie studiował w Gliwicach, to nadal zamierza uczestniczyć w zajęciach kozielskiej modelarni.  - To miejsce zawsze pozostanie w moim sercu, ponieważ lubię tutaj przebywać. Panuje tu świetna atmosfera - dodaje na koniec.

  Pozostaje mieć nadzieję, że modelarski narybek nie wyginie i sędziwi mistrzowie, tacy jak Zbigniew Kapelan oraz Andrzej Kukolka, będą mogli przekazać swój imponujący dorobek w godne ręce. Gdyż jak mówią: „Została nam jeszcze jedna, może dwie dekady i gdybyśmy mogli, powtórzylibyśmy to raz jeszcze”.

Zbigniew Kapelan i Szymon Altheim z dokumentacją projektową Szymon Altheim
ANKO

Inne ciekawe zdjęcia M/S „Kędzierzyn” (także z późniejszego okresu, gdy pływał już pod inną banderą)

Źródło: BalticShipping.com

 

Źródło: BalticShipping.com
Źródło: BalticShipping.com
Źródło: BalticShipping.com
Źródło: BalticShipping.com
Źródło: BalticShipping.com
Źródło: BalticShipping.com
Źródło: BalticShipping.com
Źródło: BalticShipping.com
Źródło: BalticShipping.com
Źródło: BalticShipping.com
Archiwum prywatne


Poniżej inne "cudeńka" z kozielskiej modelarni 


Poniżej dwa filmiki 

„Halny” to kuter ratowniczy typu R-17. W latach 1972-1975 w gdańskiej Stoczni „Wisła” na zamówienie Polskiego Ratownictwa Okrętowego zbudowano osiem jednostek tego typu

Ten model „Titanica” jest pływający, oświetlony, a nawet dymi, ale tylko z trzech kominów.

 


Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

mądry i oczytany 01.10.2026 22:13
Robi niesamowite wrażenie, kiedyś coś sklejałem. Pamiętam też doskonale, że model tego statku "Kędzierzyn" był w gablocie w holu szkoły podstawowej nr 1 na ul. Kościelnej. Ciekawi mnie co się z nim później stało, bo go tam teraz już nie widuję.

Ostatnie komentarze
Autor komentarza: mądry i oczytany Treść komentarza: Robi niesamowite wrażenie, kiedyś coś sklejałem. Pamiętam też doskonale, że model tego statku "Kędzierzyn" był w gablocie w holu szkoły podstawowej nr 1 na ul. Kościelnej. Ciekawi mnie co się z nim później stało, bo go tam teraz już nie widuję. Data dodania komentarza: 1.10.2026, 22:13 Źródło komentarza: Budują potężny model statku M/S „Kędzierzyn”. Jeszcze w tym roku go zwodują Autor komentarza: bacaglaca Treść komentarza: niech się chłopaki cieszą wielkie gratu Data dodania komentarza: 1.10.2026, 18:15 Źródło komentarza: Kami Semeniuk - świeżo upieczony siatkarski mistrz Europy - z wizytą w magistracie. FOTO Autor komentarza: Tommy Lee Jones Treść komentarza: Na pewno niepoczytalność robi ogromną różnicę bliskim osoby zamordowanej... W sumie to należało by go przeprosić i odszkodowanie zapłacić za bezczelne oskarżenia że mógł być poczytalny. A jakby komuś się mój wpis nie podobał to wytłumacz sobie że mogę być niepoczytalny więc i mi wolno. Data dodania komentarza: 1.10.2026, 16:29 Źródło komentarza: Jakub L. był niepoczytalny. Biegli wydali opinię w sprawie zabójstwa Diany na Żabieńcu Autor komentarza: Anonim Treść komentarza: Na dożywocie do psychiatryka. Pokój bez klamek i najlepiej wyrzucić klucz. Skoro raz zabił najpewniej zrobi to ponownie. Matka nie dopilnowała go raz, nie dopilnuje i kolejny. Ktoś napisze, że może brać leki i być pod kontrolą. Kto go zmusi do tablet? Matka? Jasne już w to wierzę. Data dodania komentarza: 1.10.2026, 16:06 Źródło komentarza: Jakub L. był niepoczytalny. Biegli wydali opinię w sprawie zabójstwa Diany na Żabieńcu Autor komentarza: Iza Treść komentarza: To przecież rodzinne branie. Data dodania komentarza: 1.10.2026, 16:01 Źródło komentarza: Jakub L. był niepoczytalny. Biegli wydali opinię w sprawie zabójstwa Diany na Żabieńcu Autor komentarza: Piotr Treść komentarza: Patus Data dodania komentarza: 1.10.2026, 14:38 Źródło komentarza: 33-latek, który groził mieszkańcom śmiercią, został zatrzymany przez policję i trafił do szpitala
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama Moja Gazetka - strona główna