Tegoroczny Silesia Marathon był zwieńczeniem trzydniowego Festiwalu Biegowego Silesia Marathon 2026. 4 października trasa prowadziła ulicami śląskich miast, a jej wyjątkowym finałem było wbiegnięcie na bieżnię Superauto.pl Stadionu Śląskiego. I właśnie ostatnie metry Kelli Smith zapamięta zapewne na długo. - Co za szalone doświadczenie – wygrać maraton z finiszem na stadionie, przy dopingu kibiców, kiedy wbiegłam na bieżnię na ostatnie kilkaset metrów. Miałam ogromny uśmiech na twarzy i ciarki na rękach - relacjonowała po zawodach w mediach społecznościowych.
Kiedy skręcała w kierunku mety, rękami pokazała kibicom serce. - Próbowałam pokazać swoją wdzięczność i miłość do kibiców, organizatorów oraz innych zawodników. Wszystkie emocje uderzyły we mnie dopiero po przekroczeniu linii mety… Ukończyłam, złamałam trzy godziny i wygrałam - napisała.
Za znakomitym wynikiem kryje się jednak coś więcej niż sportowe zwycięstwo. Dla zawodniczki związanej z Kędzierzynem-Koźlem był to również powrót do miejsca, z którym miała niedokończone rachunki. Rok wcześniej wystartowała w tym samym maratonie, ale po niespełna godzinie musiała zejść z trasy. Powodem było lekkie zatrucie pokarmowe, którego nabawiła się poprzedniej nocy. W efekcie jej ostatnim ukończonym maratonem przed tegorocznym startem pozostawał ten z 2024 roku.
Dlatego jeden z pierwszych ważnych momentów niedzielnego biegu nastąpił jeszcze na początku trasy. - Minięcie miejsca, w którym rok wcześniej zeszłam z trasy, było ulgą, ale od tego momentu zaczynało się dla mnie coś zupełnie nowego - przyznała Kelli Smith.
Do startu przygotowywała się przez wiele tygodni. Jak podkreśla, nie było w tym żadnej tajemnicy – przede wszystkim systematyczność. W ciągu 11 tygodni aż sześć razy pokonała na treningach dystans przekraczający 32 kilometry. - Wykonałam wszystkie treningi, bez żadnych szaleństw, po prostu konsekwentna, ciężka praca - podsumowała swoje przygotowania.
Pierwsze 10-15 kilometrów na trasie przebiegało zgodnie z planem. Kelli Smith czuła się dobrze, choć – jak przyznała – towarzyszyło jej trochę nerwów. Prawdziwe problemy rozpoczęły się później. Silesia Marathon uchodzi za jeden z trudniejszych dużych biegów ulicznych w Polsce. Trasa nie pozwala uczestnikom na spokojne utrzymywanie jednostajnego tempa – zawodnicy muszą mierzyć się z licznymi podbiegami i zbiegami. Amerykanka poczuła ich skutki stosunkowo wcześnie. - Teraz już wiem, dlaczego mówi się, że to jeden z najtrudniejszych dużych maratonów ulicznych w Polsce – moje mięśnie czworogłowe doskonale wiedzą dlaczego - relacjonowała po biegu.
Już około 20. kilometra jej nogi zaczęły mocno protestować. Półmetek pokonała w czasie około 1 godziny i 31 minut. - Byłam rozczarowana, bo zdałam sobie sprawę, że zejście poniżej trzech godzin raczej się nie uda. Druga połowa była znacznie trudniejsza, a moje nogi już mocno „płonęły” - wspominała, ale mimo zmęczenia nie odpuściła, a na mecie zegar zatrzymał się na czasie 2.58,22.
Wynik dał Kelli Smith zdecydowane zwycięstwo w klasyfikacji kobiet. Co więcej, była jedyną zawodniczką całego maratonu, która pokonała dystans poniżej granicy trzech godzin. Drugie miejsce zajęła Natalia Rzepka z czasem 3.01,29, a trzecia była Agnieszka Konik – 3.05,56. Kelii została również sklasyfikowana na bardzo wysokim 35. miejscu w klasyfikacji generalnej, obejmującej zarówno kobiety, jak i mężczyzn. Najlepszy czas tegorocznej edycji osiągnął László Tarnai z Węgier z czasem 2.22,13.




Napisz komentarz
Komentarze