Sobota, 24.08.2019

Życie spędził na walizkach

  • 27.07.2019, 13:45
  • Andrzej Kopacki
Życie spędził na walizkach Włodzimierz Kapeluszny czas na emeryturze spędza bardzo aktywnie, pływając na statkach wycieczkowych
O morskich przygodach, sztormach, niecodziennych spotkaniach i egzotycznej kuchni rozmawiamy z kapitanem Włodzimierzem Kapelusznym z Kędzierzyna-Koźla, który pływając po morzach i oceanach, odwiedził prawie 70 państw na całym świecie. Choć już jest na emeryturze, nie potrafi rozstać się z wodą i wypuścić steru z rąk.

- Woda to praktycznie całe pana życie.

- Mogę policzyć. Otóż 37 lat pływałem zawodowo. Po przejściu na emeryturę, chyba już z 10 lat - jako kapitan - pływam dalej, ale już na statkach wycieczkowych po zalewach i jeziorach. Przeważnie jest to Jezioro Czorsztyńskie, Żywieckie, Nyskie. Podczas wakacji 2019 jest to Jezioro Łebsko, nieco na zachód od Łeby, na obszarze przepięknego Słowińskiego Parku Narodowego. Czasami pływam też po Odrze statkiem wycieczkowym „Opolanin”. Zatem w sumie na wodzie spędziłem już 47 lat i, jak widać, ciągle mi mało. 

 

- Zatem po 37 latach ciężkiej pracy wilka morskiego wciąż ciągnęło na statek. Różnica jest taka, że kolegów z kajuty zastąpili turyści. Jak się pan czuje w tej roli?

- Dobrze. Wprawdzie nie przepadam aż tak bardzo za dziećmi, ale maluchy do mnie lgną. Wysyłają potem listy, pocztówki, obdarowują mnie rysunkami i drobnymi prezentami. Zatem, chcąc nie chcąc, muszę je polubić. Z tymi starszymi wycieczkowiczami też mam dobry kontakt. Gdy przestałem pływać na Jeziorze Nyskim, to właściciel tamtejszego statku „Gracja” zaprosił mnie ponownie do pracy, ponieważ ludzie często go pytali o tego „prawdziwego kapitana”, co było dla mnie bardzo sympatyczne. Może dlatego, że szanuję pasażerów.

Zawsze jestem ubrany w czysty, wyprasowany mundur. Trzeba dużo opowiadać i być uśmiechniętym. Ludzie to doceniają. Dodatkowo dla dzieci organizuję gry i zabawy, ucząc przy tym, jak się zakłada pasy ratunkowe, jak się zachować na wodzie, do czego służą tratwy bądź ile osób w razie potrzeby może skorzystać z jednego koła ratunkowego. Czasami biorę dziecko na kolana i pomaga mi sterować statkiem. Oczywiście muszę robić za maskotkę, bo zdjęcie z kapitanem jest obowiązkowe. Maluchy są tym zachwycone. Tak właśnie spędzam czas na emeryturze.

- Bardziej ze względów sentymentalnych czy finansowych?

- W zasadzie i to, i to. Nie będę ukrywał, że czasami jakiś grosz wpadnie. Chociaż z drugiej strony, gdybym miał tę emeryturę bardziej przyzwoitą, na co po cichu liczyłem, to i tak zdecydowałbym się na taką formę spędzania czasu, czyli na wodzie. Może nie tak intensywnie jak teraz. Obecnie poświęcam na to kilka miesięcy w roku, wyjeżdżając w maju i wracając praktycznie we wrześniu. W innych okolicznościach wystarczyłyby nawet te dwa miesiące.

 

- Zdążył pan przyzwyczaić swoich najbliższych do tej wielotygodniowej, a nawet wielomiesięcznej rozłąki. Tak było kiedyś i tak jest dziś.
 

- W sezonie rzadko bywam w Koźlu. Przed laty najdłużej poza domem byłem 11 miesięcy. Jak wróciłem do domu, to sąsiadów nie poznawałem. Nie potrafiłem z ludźmi normalnie porozmawiać. Specyfika morza jest inna, jak również język załogi, więc po powrocie czułem się dosyć dziwnie, wręcz obco. Ale mijał miesiąc, dwa i znów musiałem wracać na statek.
 

- To była kiedyś bardzo prestiżowa praca. Marynarze pływający po morzach i oceanach byli świetnie opłacani. Z drugiej strony, to niepowtarzalna okazja, aby zwiedzić cały świat. Odwiedził pan niespełna 70 państw i praktycznie wszystkie kontynenty, poza Australią i Antarktydą.
 

- Faktycznie, żałuję, że nie dopłynąłem do Australii. Mieliśmy wprawdzie ładunek, z którym początkowo trzeba było dopłynąć w tamten rejon, ale zmienili nam trasę i dotarliśmy jedynie na wyspę Jawa. Natomiast krajem, który bardzo chciałem zobaczyć, a nie miałem okazji, była Japonia. Chociaż koledzy opowiadali, że nie warto, bo jest tam cholernie drogo. Zamiast Japonii na moim podróżniczym szlaku znalazła się Korea Północna pod rządami Kim Ir Sena oraz Chiny. Teraz, gdybym miał czas, a żona zdrowie, to chętnie udałbym się w rejs dookoła świata. Ale taka przyjemność kosztuje, a ja jestem tylko skromnym emerytem.
 

- Które z tych egzotycznych miejsc wywarło na panu największe wrażenie?

- Wyspa Aruba. Piękny kraj, wchodzący w skład Antyli Holenderskich. Mieli ciekawą walutę. Można tam było płacić guldenami holenderskimi, a także guldenami z Aruby. To były takie kwadratowe monety. Z krajów, które odwiedziłem, zawsze zabierałem na pamiątkę lokalne waluty i przywoziłem je do Polski. Całą tę kolekcję odziedziczył mój wnuk. Mnóstwo monet i banknotów. Może kiedyś będzie to miało sporą wartość. Urzekła mnie też piękna i ukwiecona wyspa Jawa. To był niesamowity widok, który zapamiętam do końca życia.

Nieco mniej mogę powiedzieć na temat kuchni poszczególnych państw, bo generalnie mieliśmy zakaz stołowania się w egzotycznych krajach. Wiadomo z uwagi na różne choroby, chociaż wszyscy byliśmy zaszczepieni. Na pokład zabieraliśmy natomiast tamtejsze owoce. Dostarczaliśmy kucharzowi, który musiał je bardzo dokładnie umyć, a nawet zdezynfekować. Ale wspomniany zakaz dotyczył głównie krajów Trzeciego Świata w Azji i Afryce. Natomiast będąc chociażby w Argentynie, skusiłem się na tamtejszy mięciutki befsztyk. Ważył chyba z kilogram. Do tego był sos
chimichurri oraz dzban wspaniałego wina. Niebo w gębie. Czegoś tak smacznego jeszcze w życiu nie jadłem.
 

- Na jakich statkach pan pływał? To były kontenerowce, tankowce, drobnicowce?
 

- Zaczynałem na „Mariannie”. To był mały towarowy stateczek. Przeważnie pływaliśmy nim po europejskich wodach terytorialnych, transportując węgiel, złom czy nawozy sztuczne z ówczesnego NRD na Wyspy Brytyjskie. Potem na 6-7 lat trafiłem na tankowce. Woziliśmy paliwa z krajów Zatoki Perskiej i ZSRR. Gdzie był ładunek, tam się płynęło. Po tankowcach był statek typu conro. To połączenie kontenerowca (con-) z rorowcem (-ro), czyli inaczej mówiąc - pojazdowcem. W tamtych czasach był to gigant z pięcioma pokładami, który zabierał jednocześnie 3500 kontenerów oraz 1500 samochodów. Jak wszedłem na pokład, to z wrażenia rozdziawiłem usta, bo był on wielkości boiska do piłki nożnej.

Transportowaliśmy przeważnie używane samochody z Europy do Afryki i Ameryki Południowej. Czasami dla zabicia czasu ganialiśmy się samochodami po ładowniach. To był największy statek, na jakim pływałem. Po tym kontenerowcu były chłodnicowce. Bardzo mi się podobały, bo to była czysta i przyjemna robota. Transportowaliśmy nimi banany z Ekwadoru do Polski, ale ponieważ nasze porty były za drogie, to wyładowywaliśmy je na Łotwie, a następnie ciężarówkami przewożono je do Polski. Tych chłodnicowców było w sumie kilka.

Pamiętam, gdy pewnego razu ładownie były już zapełnione bananami i nasi tankowali mazut. Czegoś tam nie dopilnowali i nadmiar mazutu przelał się do ładowni z bananami. Już w czasie rejsu zalane mazutem kartony z bananami poleciały za burtę. Na 367 tysięcy kartonów w tej zalanej mazutem ładowni było ich 80 tysięcy, z czego 10 tysięcy kartonów musieliśmy wyrzucić. Potem było czyszczenie ładowni m.in. przy pomocy trocin, które wchłaniały tę substancję. Praca była naprawdę ciężka. Już wcześniej należało się przenieść na statek wycieczkowy i miałbym święty spokój.

 

- Statki, na których spędził pan tyle lat, pływały pod jakimi banderami?
 

- Było ich kilka. To były bandery m.in. takich krajów, jak: Cypr, Antigua i Barbuda oraz Niemcy.
 

- Czy pamięta pan jakąś mrożącą krew w żyłach przygodę?
 

- Zdarzyło się coś takiego. Nasz kapitan, który był Grekiem, wymyślił sobie, że z Zatoki Meksykańskiej do Europy popłyniemy skrótem, a ponieważ - jak wiemy - tamta część Oceanu Atlantyckiego do spokojnych nie należny, to niestety dostaliśmy się pomiędzy trzy cyklony. Wtedy pierwszy raz w życiu widziałem tak ogromne fale, których bryzgi przelewały się ponad sterówką, będącą na wysokości 11. piętra. Popękały wtedy rury, windę kotwiczną na dziobie wgięło w pokład, szalupę ratowniczą zerwało. Duże straty, ale wyszliśmy z tego.

Innym razem płynęliśmy wysłużonym tankowcem produkcji radzieckiej o długości przeszło 160 metrów i wyporności 36 tys. ton. Okazało się, że po wyjściu z Zatoki Biskajskiej pokład tankowca pękł mniej więcej na środku wskutek korozji bądź zmęczenia materiału. Miejsce, w którym było widać to pęknięcie, przykryliśmy deskami, żeby po dopłynięciu do portów nikt tego nie zauważył. Jakby ktoś się dowiedział, to armator miałby poważny problem. Statek byłby zaaresztowany, w porcie musiałby oddać cały ładunek, a następnie przejść poważny remont. Paliwo płynęło z Rosji i z całym tym ładunkiem i pękniętym pokładem dotarliśmy aż do Morza Śródziemnego. Ryzykowaliśmy, bo w razie silnego sztormu mogło się to różnie skończyć. Ale zdążyliśmy dotrzeć z tym ładunkiem do portu docelowego. Dopiero później tankowiec trafił do jednej z greckich stoczni remontowych.

Nieciekawie było też na wspomnianej wcześniej „Mariannie”, od której zaczęła się moja morska przygoda. Statek był malutki i dopadł nas sztorm z falami dochodzącymi do wysokości 4.-5. piętra. Patrzyłem na te fale, które rosły i rosły w nieskończoność i oczy z wrażenia przecierałem. Ale wtedy się nie bałem. Tak naprawdę wystraszyłem się tylko raz, przy innej okazji. W nocy podczas sztormu silnik okrętu zaczął gasnąć, woda zdemolowała kabinę oficera na rufie. Mechanik spanikował, ale sytuację udało się opanować. Silnik jednak nie zgasł, więc nie straciliśmy sterowności. Mogło się zdarzyć, że tracimy kontrolę nad statkiem, który ustawia się burtą do fali i zaliczamy przewrotkę. Wtedy już nie ma ratunku.

- Sporo tych traumatycznych przeżyć, ale chyba nie wszystkie wiązały się z problemami technicznymi?

 

- Oczywiście, że nie. Pamiętam, jak orki zaatakowały wieloryba. Osaczyły go ze wszystkich stron. Był już chyba stary, schorowany. Nie wiedziałem, że wieloryb potrafi wydawać z siebie tak przerażające dźwięki. To był okrzyk rozpaczy na bezkresie oceanu. Scena mrożąca krew w żyłach.

- Były jakieś wzruszające momenty?

- Miałem okazję spotkać się w Szkocji, dokładnie w Edynburgu, ze świętej pamięci generałem Stanisławem Maczkiem, który dożył pięknego wieku, bo 102 lat. Spotkanie miało miejsce mniej więcej 30 lat temu. Generał zmarł w grudniu 1994 roku. Gdy miałem okazję go poznać, musiał mieć już grubo ponad 90 lat. Regularnie po mszy w niedzielę generał Maczek przychodził wraz ze swoim adiutantem do Klubu Polskiego w Edynburgu. Akurat po południu byliśmy tam z kolegami na piwie. Miejscowa Polonia bardzo szanowała generała Maczka. Barman powiedział generałowi, że w lokalu są marynarze z Polski. Generał Maczek wyraził chęć spotkania z nami. Rozmawialiśmy z nim przez dłuższą chwilę. To było coś, uścisnąć rękę bohatera. Na koniec generał pożegnał nas słowami, które były bardzo wzruszające: „Pozdrówcie ode mnie Polskę”.

Miałem też bardzo ciekawe spotkanie w mieście Tuapse nad Morzem Czarnym w ówczesnym ZSRR. Byłem po nocnej wachcie. Z miasta przyszli koledzy. Powiedzieli mi, że w tamtejszym Domu Marynarza czeka na mnie jakiś facet. Okazało się, że nasi ludzie skorzystali z okazji i zabrali się z nim samochodem do miasta. Brat tego tajemniczego człowieka pływał na statku, który zacumowany był tuż obok naszego w porcie. W trakcie podróży samochodem opowiedział on moim kolegom, że jego ojciec zginął na terenie Polski podczas II wojny światowej. Szukał go 40 lat i dowiedział się w końcu, że ojciec spoczywa w zbiorowej mogile żołnierzy radzieckich w Kędzierzynie-Koźlu.

Nasi chłopcy powiedzieli mu, że razem z nimi pływa taki jeden łysy marynarz z Kędzierzyna-Koźla. No i po północy pojechałem do tego Domu Marynarza i spotkałem się z nim. Patrzę, a tu wychodzi taki wąsaty facet. Przedstawił się jako Aleksiej Kołbasow. Rosjanin, pułkownik milicji drogowej na emeryturze. Jego żona była lekarzem naczelnym miasta Tuapse, a syn wojskowym, który służył w Specnazie, czyli w jednostkach specjalnych. Znał numer kwatery na kędzierzyńskim cmentarzu, w której pochowany był jego ojciec. Przygotował specjalną tabliczkę z imieniem i nazwiskiem ojca i poprosił mnie, żebym ją tam wstawił. Powiedziałem: „czemu nie”, ale na drugi dzień spotkaliśmy się na obiedzie i powiedziałem mu, żeby nas odwiedził i uczynił to osobiście.

- I przyjechał do Polski?

- Tak i zaraz do tego dojdziemy. Po moim powrocie odwiedziłem kędzierzyński cmentarz żołnierzy radzieckich. Porobiłem trochę zdjęć i wysłałem je do Tuapse. Moja sąsiadka dobrze znała język rosyjski, więc pomogła mi korespondować z Aleksiejem. Pewnego dnia wróciłem z dalekiego rejsu do Koźla. Moja znajoma puka do mnie do domu o czwartej nad ranem z informacją, że pod blokiem jest Aleksiej Kołbasow.

Wyglądam przez okno i faktycznie ktoś tam siedzi. Zszedłem na dół, żeby z nim porozmawiać. Okazało się, że jego rodzina zrobiła zrzutkę. Zebrali 70 dolarów i wysłali dziadka do Polski. Dla mnie było to pewne zaskoczenie, bo się tego nie spodziewałem. Miałem jeszcze schorowaną teściową w domu, więc nie mogłem go nawet zatrzymać w mieszkaniu. Żona zdziwiona, bo Aleksiej przywiózł chyba z 8 gruzińskich koniaków, dla teściowej chustę, a dla mnie skarpety z wełny orenburskiej, krawat, rękawiczki oraz kasetę magnetofonową z piosenkami z Odessy. Co mógł, to przywiózł. Był tutaj przez 7 dni. Zakwaterowałem go w hotelu.

Odwiedziliśmy tę mogiłę w Kędzierzynie, gdzie pochowany był jego ojciec, który zginął w 1945 roku w Łanach, nieopodal naszego miasta. Najpierw tych poległych żołnierzy pochowano w szczerym polu, a dopiero potem ich szczątki przewieziono na cmentarz do Kędzierzyna. Będąc w Łanach, Aleksiej porozmawiał z kobietą, która pamiętała jeszcze tamte czasy. Zabrał ze sobą garść ziemi z miejsca, w którym zginął jego ojciec. Potem każdego dnia odwiedzał już kędzierzyński cmentarz. To było zaraz na początku lat 90. Kupił sobie u nas porządne skórzane buty u prywaciarza, bo żona mu kazała. Od nas też dostał sporo prezentów. Był szczęśliwy, zachwycony Polską i okolicznymi wioskami. A jak zobaczył mieszkanie mojej córki w Gogolinie, to był zaskoczony, że można u nas mieszkać w takich luksusach. Wygłaszał piękne toasty. Miły, szczery, serdeczny człowiek. Zaprosił nas do siebie, ale nie było już okazji pojechać nad Morze Czarne.

- Nim jednak trafił pan na morza i oceany, wcześniej pływał po rzekach w całej Europie.

- To prawda. Pochodzę ze Świebodzic na Dolnym Śląsku. Uczęszczałem do Technikum Żeglugi Śródlądowej we Wrocławiu
, a pływać zacząłem w Szczecinie. Mój kolega z klasy Jasiu Kozar musiał jechać na wesele brata i poprosił mnie, żebym popłynął za niego do Koźla. Czemu nie. Kapitan się zgodził. Barka dotarła na miejsce.

W Koźlu było trochę kolegów i jeden z nich namówił mnie, żeby tu zostać. Na miejscu była dobrze płatna robota, a ja młody, bez pieniędzy. Kolega z klasy mi mówił, że nie ma sensu się włóczyć po Szczecinie i tak tu zostałem. Trafiłem na „Bizona”. Załoga była miejscowa, a ja nie rozumiałem jeszcze gwary śląskiej. Jednym z pierwszych powierzonych mi zadań było malowanie pokładu. No to usłyszałem, że jestem „pieruńskim mazołkiem”, bo nie malowałem tak, jak życzył sobie nasz kapitan. Później dowiedziałem się też, że „ajmer” to wiadro… i tak powoli opanowywałem tę gwarę, bo przecież musieliśmy się jakoś dogadywać.

 

- Czyli żegluga śródlądowa to też szmat czasu w pańskim życiu.
 

- Owszem. Była to głównie Odra i rzeki w Europie Zachodniej, konkretnie w Niemczech i Holandii. Wtedy byliśmy elitą, bo nieźle zarabialiśmy. Do tego dochodził przemyt papierosów, wódki, ruskiego szampana. Z tego się żyło. Raz poszły nawet futra. Tam z kolei kupowaliśmy złoto i ciuchy, przywożąc je do Polski. Gdy jakaś kobieta wyszła na miasto, to od razu było widać, że jej mąż pływa po tamtej stronie granicy, bo miała ubrania, których nie można tu było dostać.
 

- To lepiej wspomina pan żeglugę morską czy śródlądową?

- Czy ja wiem. Nawigacja na rzekach jest trudniejsza. Na morzu włączasz autopilota i możesz gwiazdy na niebie podziwiać. Na rzece nie jest tak łatwo. Na barkach poza węglem i rudą transportowaliśmy np. słoiki, papier, płyty miedziowe, gotowe wyroby ze stali oraz piasek. Na ogół transporty towarów szły na Zachód. Stamtąd niewiele przywoziliśmy tutaj.

- To były tysiące ton towarów. Kozielski port tętnił wówczas życiem.

- Pierwszy mój statek śródlądowy „Młoda Gwardia” to obecny „Sucharski”. Jeszcze jako uczeń słyszałem o czasach świetności kozielskiego portu, który w latach 30. XX wieku był drugi pod względem wielkości w Europie po Duisburgu. Gdy zacząłem pływać po Odrze, to widziałem, że załadunek barek w Koźlu przebiegał bardzo sprawnie, chociaż stały one w długich kolejkach. Port pracował dzień i noc. Jednego roku przetransportowałem statkiem 76 tysięcy ton. To było coś.
Cieszę się, że kozielski port będzie reaktywowany, bo tam, gdzie jest woda, tam jest życie. Może i ja doczekam tych czasów, kiedy Odra stanie się żeglowna na miarę XXI wieku i rzeką, tak jak dawniej, pływać będą setki barek.

 

- Gdybyśmy się cofnęli w czasie i znów trzeba by było podejmować decyzję o swojej przyszłości, wybrałby pan tę samą drogę życiową?
 

- Tę samą, ale z małymi zmianami. Przede wszystkim zdecydowałbym się na rozpoczęcie studiów w Wyższej Szkole Morskiej. Reszty nie żałuję, bo życie miałem i mam ciekawe, pełne niezapomnianych, wyjątkowych momentów. Tych wspomnień nikt mi już przecież nie odbierze.

Andrzej Kopacki
Podziel się:
Oceń:

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe