Dwaj śmiałkowie dotarli już do celu. Marcin ma w nogach ponad pół tysiąca km, a Radek pokonał rowerem 700 km. ZDJĘCIA

  • 18.08.2021, 15:00
  • Andrzej Kopacki
Dwaj śmiałkowie dotarli już do celu. Marcin ma w nogach ponad pół tysiąca…
Zrobiłem to!!! Po 16 dniach wędrówki pokonuję 501,7 km Głównego Szlaku Beskidzkiego z Wołosatego do Ustronia poinformował na swoim blogu osobistym Marcin Kapera z Kędzierzyna-Koźla. Swoim wyczynem promował zbiórkę pieniędzy na rehabilitację ciężko chorej 4-letniej Mai. Należy przypomnieć, że 12 sierpnia drugi z naszych kędzierzyńskich śmiałków - Radek Dziedzic, rozpoczął swoją podróż rowerem po polskim odcinku Bałtyku, dołączając tym samym do akcji "Kilometry dla Mai". Na metę w Gdańsku dotarł we wtorek 17 sierpnia.

Maja i jej mama osobiście podziękowały za okazaną życzliwość i wpłacone pieniądze.

„DZIĘKUJĘ WSZYSTKIM ZA POMOC I WSPARCIE ZRZUTKI. DZIĘKI MARCINOWI I RADKOWI WIELU Z WAS MOGŁO SIĘ O NIEJ DOWIEDZIEĆ. DZIĘKUJĘ Z CAŁEGO SERCA” - czytamy na facebookowym profilu mamy Mai.

Marcin zakończył szczęśliwie morderczą, liczącą pół tysiąca kilometrów wyprawę na Głównym Szlaku Beskidzkim w poniedziałek 16 sierpnia.  

- Moje samopoczucie jest bardzo dobre. Przejście całego szlaku beskidzkiego i samej zbiórki uważam za wielki sukces. Jestem mile zaskoczony, bo na koncie widziałem już ponad 15 tysięcy złotych, a gdy rozpocząłem wyprawę było około 10 tysięcy złotych. Nie przypuszczałem, że ta nasza wspólna akcja, czyli moja i Radka spotka się z tak pozytywnym odzewem - powiedział nam już po zakończeniu wyprawy Marcin Kapera.   

Początek i...

... finał górskiej wyprawy Marcina.

Poniżej przypominamy ostatnie dni w trasie Marcina i Radka.

Dzień 15: Schronisko PTTK na Hali Lipowej - Schronisko PTTK Przysłop pod Baranią Górą. Kilometry pokonane/do końca: 32,9/37,4

„Kolejna noc w schronisku, tym razem pokój dziesięcioosobowy. Ciężko było zasnąć, bo co chwilę przychodzili kolarze z zawodów, które miały się kończyć w Sanoku. Wstałem o 6 i poszedłem do świetlicy na śniadanie, żeby nie budzić współlokatorów. Wyruszam na szlak. Fajna droga, bo w dół, ale nogi drugi dzień pod rząd nie chcą współpracować. Bolą uda i Achilles. Tak przez dwie godziny. Do tego robi się coraz cieplej. Pod stacją turystyczną zostaję zaczepiony przez turystów, którzy idą na festyn na Halę Boraczą. Zostaję poczęstowany pysznym ciastem z jabłkami. Ostatkiem sił schodzę do Żabnicy i wystawiam się na pełne słońce. Jest chyba ze 30 stopni. Asfaltem docieram do Węgierskiej Górki, gdzie uzupełniam zapasy wody i jem obiad. Po obiedzie odpoczynek na bulwarach nad Sołą. Przechodzę nad budowanym tunelem Zakopianki i słyszę w oddali burzę. Szybko sprawdzam pogodę i okazuje się, że jest szansa, że mnie nie dopadnie. Wchodzę na Glinne i widzę, że na sąsiednich pasmach nieźle leje. Przechodzę przez obie Magurki i docieram do wieży na Baraniej Górze. Z tablic informacyjnych na szczycie wieży wynika, że widać Górę św. Anny i Kopę Biskupią. Niestety pogoda jest na tyle słaba, że nie można było ich dostrzec. Schodzę w stronę schroniska Przysłop. 45 minut i jestem na miejscu. Dostaję pokój o swojsko brzmiącej nazwie Annapurna Base Camp. Spotkam tam sympatyczne małżeństwo z Wrocławia. Czas upływa nam na rozmowie o wyprawach górskich i najpiękniejszych pasmach naszego kraju” - relacjonuje Marcin

Dzień 16: Schronisko PTTK Przysłop pod Baranią Górą Ustroń. Kilometry pokonane/do końca: 37,4/0

„Godzina 6. Budzę się bez budzika, żeby nie obudzić współlokatorów. Mimo wczorajszych prognoz nie pada. Oczywiście krzątając się, budzę połowę pokoju. Żegnam się i wychodzę. Szybkie śniadanie i start. Zaczynam marsz i nic mnie nie boli. O zgrozo. Coś jest nie tak, ale dobra schodzę. Mając w głowie, że dzisiaj tylko 20 km, zaczynam w pełni podziwiać walory szlaku. Droga jest bardzo przyjemna. Schodzę do Stecówki podziwiam drewniany kościół. Patrzę na zegarek i nie wierzę własnym oczom. Tempo marszu w granicach 4 km/h jakbym był pierwszy dzień w trasie i szedł z lekkim plecakiem. Zapada szybka decyzja. Zrobię cale 37 km jednego dnia. Szybki telefon do brata: jemy obiad na Równicy, nie śpię dziś w schronisku na Szosowie. Włączam 6 bieg i książkowo w dwie godziny jestem w schronisku PTTK Stożek. Do 12 muszę się wyrobić do Soszowa, żeby wszystko się spięło czasowo. O 17 moi bracia mają czekać na mnie na Równicy. Jest Soszów Wielki. Niesiony duchami Annapurny jestem w schronisku o 12:10. Szybka szarlotka i napój z pianką, oczywiście bezalkoholowy o smaku ananasa. Dochodzę do podejścia pod Wielką Czantorię i tu się zaczyna ból. Podejście jest bardzo strome i odzywa się Achilles. Nie poddam się prawie na mecie. Zaciskam zęby i w górę. Jest! Widzę szczyt, a na nim masę ludzi. Chcę wejść na wieżę widokową, ale okazuje się, że Czesi zrobili interes i pobierają opłaty. Rezygnuję. Szybkie zejście do wyciągu z tłumem ludzi i dalej do Ustronia. Tu już prawie nikogo nie ma, ponieważ jest stromo i kolana cierpią. Jestem w mieście. Teraz tylko na Równicę. Przyjemny marsz drogą, przeplatany z wędrówką szlakiem w lesie. Otrzymuję informację, że w jednym z motocykli mój brat złapał defekt, ale się przesiedli i jadą jednym. Dochodzę na Równicę i zamawiam obiad w oczekiwaniu na motocyklistów. Przyjeżdżają z półgodzinnym opóźnieniem. Schodzę w dół do miasta. Zejście na początku jest dość strome. Po paru kilometrach wypłaszcza się i prowadzi tak do miasta. Dobiegam do kropki i całuję ją z radości” - kończy swą wyprawę Marcin Kapera.

Z kolei polskie wybrzeże Bałtyku przemierzał rowerem Radek. Czwartego dnia, pokonał 152 kilometrowy odcinek z Łeba - Hel - Władysławowo, a piątego dnia 162,20 kilometrowy odcinek Władysławowo - Gdańsk - granica państwa - Krynica Morska. We wtorek 17 sierpnia Radek przemierzył ostatnie niespełna 60 kilometrów rowerowej eskapady na odcinku Krynica Morska - Gdańsk.

„Niby nic, ale po 700 km w ciągu ostatnich 6 dni, czułem już lekko czwórki” - napisał na swoim osobistym blogu Radek Dziedzic.

- Cel był szczytny, więc gdzieś z tyłu głowy od początku przyświecał mi cel, aby pokonać tę drogę w całości. Pogoda się udała, awarii żadnych nie było. Dobre samopoczucie też dopisywało, choć pod koniec wyprawy to zmęczenie zaczynało mi nieco doskwierać. Ale nie było wyjścia, bo miesiąc wcześniej miałem już wykupiony bilet powrotny na pociąg z Gdańska do Kędzierzyna-Koźla i bez względu na wszystko musiałem na niego zdążyć - powiedział podczas dzisiejszej rozmowy telefonicznej z "Lokalną" Radek Dziedzic, którego widać na poniższej fotce.

Więcej na ten temat w najbliższym wydaniu Nowej Gazety Lokalnej.

 

Andrzej Kopacki

Podziel się:

Oceń:


Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe