Maj 1921 roku. W odrodzonej zaledwie trzy lata wcześniej Polsce wiadomość o wybuchu kolejnego powstania rozchodzi się błyskawicznie. Na Górnym Śląsku trwa walka o przyszłość regionu, który po plebiscycie miał zdecydować, czy pozostanie w granicach Niemiec, czy stanie się częścią Rzeczypospolitej. Na terenach przemysłowych, w miastach i wsiach od Kędzierzyna po Gogolin i Górę św. Anny rozpoczynają się działania zbrojne, które przejdą do historii jako największy z trzech śląskich zrywów.
Wieści o walkach docierają także do szkół wojskowych II Rzeczypospolitej. W korpusach kadetów uczą się chłopcy mający po szesnaście, siedemnaście, osiemnaście lat. Wielu z nich dorastało w cieniu wojny. Pamiętali jeszcze walki o Lwów, część przeżyła rewolucję i przesuwanie granic na dawnych Kresach. Wychowywano ich w przekonaniu, że służba państwu jest obowiązkiem.
Polskie władze zakazały kadetom udziału w powstaniu. Młodzież miała pozostać w szkołach. Obawiano się strat i politycznych konsekwencji wysyłania niepełnoletnich uczniów do walki. Zakaz okazał się jednak bezsilny.
Po latach jeden z uczestników tamtych wydarzeń, kadet Zygmunt Lityński, wspominał moment, gdy wśród uczniów rozeszła się wiadomość o walkach: "W pierwszych dniach maja rozeszła się wiadomość o powstaniu na Śląsku. A więc była wojna, prawdziwa wojna, którą znaliśmy tylko z opowiadań starszych kolegów, do której tęskniliśmy, jak do wyzwolenia z szarej rzeczywistości szkolnego życia […]. Zmylenie czujności oficera służbowego, ucieczka z korpusu przez mur okalający budynki i wreszcie uciążliwa podróż na Śląsk bez pieniędzy i dokumentów były dziełem naszej nieprzebranej, młodej przedsiębiorczości".
Zaczęły się ucieczki. Nocą młodzi chłopcy przechodzili przez mury otaczające korpusy, wymykali się spod nadzoru oficerów służbowych, wsiadali do pociągów i ruszali na zachód. Często nie mieli pieniędzy, przepustek ani dokumentów. Podróżowali pojedynczo lub małymi grupami, pomagając sobie nawzajem. Dla wielu była to pierwsza samodzielna wyprawa w życiu – i pierwsza droga na front.
Na Śląsk dotarło ostatecznie 112 kadetów. Przyjechali głównie ze Lwowa i Modlina. Nie stanowili osobnego oddziału. Rozdzielano ich pomiędzy jednostki powstańcze, najczęściej tam, gdzie sytuacja była najtrudniejsza. Trafiali pod Gogolin, Oleszkę, Zębowice, Kędzierzyn, w okolice Krapkowic i Strzelec Opolskich. Najwięcej z nich znalazło się jednak w rejonie Góry św. Anny – miejscu, które miało stać się symbolem III powstania śląskiego. Wśród tych chłopców był Karol Hieronim Chodkiewicz.

Urodził się 12 września 1904 roku w Strzelczyńcach na Podolu, na ziemiach znajdujących się dziś w granicach Ukrainy. Dorastał w rodzinie ziemiańskiej, wychowanej w tradycji patriotycznej. Uczył się w Żytomierzu, później we Lwowie, a następnie trafił do Korpusu Kadetów w Łobzowie pod Krakowem – jednej z najbardziej prestiżowych szkół wojskowych II Rzeczypospolitej. Miał zostać oficerem. Nie zdążył. Kiedy wybuchło powstanie, miał zaledwie szesnaście lat.
11 maja zgłosił się do 8. pułku piechoty powstańczej. Początkowo skierowano go do pracy kancelaryjnej przy sztabie. Uznano, że jest zbyt młody, by wysyłać go na pierwszą linię. Nie zaakceptował tego. Opuścił sztab i dołączył do oddziału kapitana Franciszka Rataja, walczącego w rejonie Góry św. Anny. Tam właśnie trwały najcięższe starcia całego powstania. Niemieckie oddziały ochotnicze i formacje Selbstschutzu próbowały odzyskać utracone pozycje. Artyleria i karabiny maszynowe nie milkły przez wiele godzin. 21 maja 1921 roku sytuacja stała się dramatyczna. Powstańcy bronili pozycji w okolicach Oleszki. Wśród nich był Karol Chodkiewicz.
Istnieją różne relacje dotyczące jego śmierci. Według jednej miał odebrać sobie życie, by nie dostać się do niewoli. Jednak najbardziej znany opis pozostawił Zygmunt Lityński – uczestnik walk i świadek ostatnich chwil młodego kadeta. "Niemiecki karabin maszynowy zaszczekał, urwał i znów zaszczekał. Chodkiewicz rozłożył nagle ręce, skurczył się, chwycił się wysoko za piersi, zachwiał parę razy, jakby dla utrzymania równowagi, i padł na twarz pośrodku drogi, nieruchomy. Zapadła znów chwila ciszy, ciężkiej jak sama śmierć. Leżał jak dziecko, skulony na boku, z półotwartymi ustami, niedomkniętymi i przymglonymi oczami, osmoloną twarzą. Powyżej pasa, pod pachą, czerniała wilgotna, ciepła, rozszerzająca się plama. Obcierałem ręce umazane krwią".
Tego samego dnia zginęli także jego koledzy – Zygmunt Toczyłowski, siedemnastoletni kadet, oraz starszy o rok Zygmunt Zakrzewski. Nie byli jedynymi ofiarami. W czasie III powstania śląskiego poległo siedmiu kadetów, a wielu kolejnych zostało rannych. Ich śmierć odbiła się szerokim echem w całym kraju. Karola Chodkiewicza pochowano najpierw w zbiorowej mogile w Jasionej. Później jego szczątki przewieziono do Krakowa i złożono na Cmentarzu Rakowickim. Pośmiertnie został odznaczony Orderem Virtuti Militari, otrzymał również Śląską Wstęgę Waleczności i Zasługi oraz Krzyż Niepodległości.
Z czasem pamięć o poległych chłopcach zaczęła przybierać wymiar symboliczny. Mówiono o nich Orlęta Opolskie – na wzór Orląt Lwowskich, które kilka lat wcześniej walczyły o polski Lwów. Obie historie łączyło jedno: młody wiek uczestników i przekonanie, że państwo trzeba budować własnym wysiłkiem.
W II Rzeczypospolitej pamięć o Karolu Hieronimie Chodkiewiczu nie zaginęła. 4 lipca 1930 roku marszałek Józef Piłsudski, po porozumieniu z rodziną poległego nastolatka, ustanowił Dzień Kadeta. Datę obchodów wyznaczono w pobliżu 21 maja – dnia śmierci najmłodszego uczestnika powstania. Było to wyjątkowe święto. Jedno z nielicznych w historii Polski, którego źródłem stały się wydarzenia rozgrywające się właśnie na ziemi śląskiej.
Dziś, ponad sto lat po tamtych wydarzeniach, pamięć o młodych uczestnikach powstania nadal trwa. 24 maja w Gogolinie i na Górze św. Anny odbyły się uroczystości Ogólnopolskiego Święta Dnia Kadeta „Szlakiem Orląt Opolskich – Kadetów poległych i walczących o polskość Ziemi Opolskiej podczas Powstań Śląskich”. W programie znalazły się msza święta w intencji poległych, apel pamięci przy pomniku kadetów w Gogolinie oraz uroczystości pod Pomnikiem Czynu Powstańczego na Górze św. Anny. To nie tylko rocznicowe obchody. To przypomnienie historii chłopców, którzy uciekli ze szkół wojskowych, by walczyć o polski Śląsk. Wielu z nich wróciło do domów. Niektórzy zostali na tej ziemi na zawsze. Najmłodszy miał zaledwie szesnaście lat.



Napisz komentarz
Komentarze