Reklama
piątek, 27 lutego 2026 23:29
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Jakie wyzwania stoją dziś przed rolnikami?

Co dalej z polskim rolnictwem? Rozmowa z Tomaszem Cichoniem

Przy okazji dorocznego spotkania Związku Śląskich Rolników w Pawłowiczkach rozmawiamy z Tomaszem Cichoniem o kondycji lokalnych gospodarstw, rosnących kosztach produkcji, spadających cenach skupu, unijnych regulacjach i napływie żywności spoza UE. Jak podkreśla przewodniczący ZŚR na powiat kędzierzyńsko-kozielski, przyszłość wielu gospodarstw stoi dziś pod znakiem zapytania.
Co dalej z polskim rolnictwem? Rozmowa z Tomaszem Cichoniem
Tomasz Cichoń: „Rolnictwo stoi dziś na zakręcie. W branży zostają głównie pasjonaci”

Autor: W

- Jak ocenia pan aktualną kondycję gospodarstw w naszym powiecie?

- Trudno to jednoznacznie ocenić. Gospodarstwa w naszym powiecie bardzo się różnią: wielkością, profilem produkcji czy strukturą upraw. Ale kiedy rozmawia się z rolnikami, wszyscy mówią to samo: jeśli sytuacja się nie zmieni, nadchodzą naprawdę ciężkie czasy. Na własnym przykładzie mogę powiedzieć, że perspektywy nie są optymistyczne. Na bieżące wydatki jeszcze wystarcza, ale o jakichkolwiek inwestycjach nie ma mowy. Aby się rozwijać i nadążać za otoczeniem, trzeba inwestować: w maszyny, remonty budynków, odnowienie stada, technologie czy zakup gruntów. W obecnych warunkach to nierealne. Przez to tracą też branże, które nas obsługują – bo nie mają obrotów.

- Czy obecna sytuacja mniejszych gospodarstw rodzinnych czymś się różni od większych podmiotów?

- Uważam, że kluczowe jest zadłużenie gospodarstwa. Jeśli ktoś w ostatnich latach inwestował – najczęściej na kredyt – w nowe maszyny, budynki produkcyjne czy zakup ziemi, czyli inwestycje liczone w milionach złotych, to teraz nadszedł czas spłaty wraz z wysokimi odsetkami. Przy obecnej dekoniunkturze robi się naprawdę nieciekawie.

- Jakie inwestycje są dziś dla rolników najbardziej palące?

- Jeśli sytuacja finansowa jest słaba, nikt nie myśli o inwestycjach. Trudno wskazać jeden najważniejszy problem – każdy rolnik ma inne potrzeby. Jednemu pilnie potrzebny jest nowy ciągnik, inny musi postawić oborę, bo stara nie spełnia już europejskich norm. Idzie wiosna i większość rolników zastanawia się, za co kupić bardzo drogie nawozy czy nasiona, kiedy pszenica zalega w magazynach, a jej cena oscyluje wokół 700 zł za tonę – czyli tyle, co 25 lat temu. Żywiec wieprzowy kosztuje około 4 zł za kilogram. A ile kosztuje kilogram mięsa w sklepie…

- W jaki sposób rolnicy radzą sobie z rosnącymi kosztami produkcji?

- Dobre pytanie. W normalnym zakładzie pracy, kiedy rosną koszty energii czy paliwa, właściciel podnosi ceny swoich produktów, żeby nie zbankrutować. My, rolnicy, nie mamy takiej możliwości. Nawet jeśli mamy większe partie zboża, musimy przyjąć cenę rynkową. To samo dotyczy żywca wieprzowego czy buraków cukrowych – cena jest narzucona z góry w kontrakcie.

- Nie widać zatem poprawy w opłacalności produkcji zwierzęcej i roślinnej. A jakie kierunki produkcji są dziś najbardziej zagrożone ekonomicznie?

- Zawsze bywało tak, że jeśli nie wyszło z pszenicą, można było odbić stratę na buraku cukrowym albo rzepaku. Jeśli nie wyszło w rzepaku, to kukurydza była w cenie. Dziś mamy dekoniunkturę praktycznie w każdej dziedzinie. Może jedynie bydło opasowe jest jeszcze w miarę opłacalne, bo mleczarze również odczuwają mocne spadki cen mleka w skupie. O producentach trzody nawet nie wspomnę – dramat trwa od wielu lat i skutkuje ogromną redukcją pogłowia świń w Polsce.

- Czy rolnicy ograniczają produkcję, zmieniają profil, czy raczej próbują przetrwać?

- Część, jak producenci świń, bardzo mocno ogranicza produkcję. Producenci buraków są z kolei zmuszani do zmniejszania zasiewów przez umowy kontraktacyjne. Niektórzy rolnicy się przebranżawiają, inni stają się dwuzawodowcami, bo z samego gospodarstwa trudno dziś wyżyć.

- Które regulacje budzą dziś największe obawy rolników?

- Zielony Ład, Zielony Ład i jeszcze raz Zielony Ład! Te wszystkie ETS-y, najdroższy prąd w Europie, biurokracja, obostrzenia w produkcji, wymogi środowiskowe… To są rzeczy, których w krajach Mercosur ani na Ukrainie po prostu nie ma. A my z tym całym bagażem mamy stanąć do wyścigu z agroholdingami z Brazylii czy Ukrainy. To tak, jakby na starcie stanęło dwóch biegaczy, jednemu z nich zawiązano nogi, i kazano obu biec do mety. Wiadomo, kto wygra.

- Czy rolnicy czują się wysłuchani przez instytucje państwowe i unijne?

- Nie. Od lat apelujemy o wycofanie Zielonego Ładu, protestujemy przeciwko niesprawiedliwym umowom handlowym. A moim zdaniem jest coraz gorzej, jeśli chodzi o prowadzenie gospodarstwa rolnego. To już nie jest ta Unia Europejska, do której wchodziliśmy w 2004 roku. Nie mamy nic przeciwko umowom handlowym, ale pod warunkiem, że konkurujemy na tych samych zasadach. A wygląda to tak, że my musimy to, nie możemy tamtego, a reszta świata ma wolną amerykankę i jeszcze się z nas śmieje. Dotyczy to także innych branż – ETS-ów, śladu węglowego i wielu innych wymogów.

- Jak ocenia pan tempo i sposób wprowadzania nowych wymogów środowiskowych?

- Niestety, tempo jest takie samo, jak tempo wycinania amazońskiej puszczy przez agroholdingi w Ameryce Południowej, żeby zasiać więcej soi GMO. A my zaraz tę soję – czy to w gotowych produktach, czy w mięsie zwierząt karmionych paszą GMO – będziemy mieć na półkach sklepowych w ramach umowy z Mercosur.

- Czy przepisy dotyczące dobrostanu zwierząt są realne do spełnienia w obecnych warunkach?

- Są realne, ale często są po prostu niepotrzebne i generują duże koszty dla gospodarstw. Często słyszę też opinie, że niektóre wytyczne są w Polsce bardziej rygorystyczne niż w innych krajach UE.

- Jakie realne konsekwencje dla lokalnych gospodarstw może mieć umowa Mercosur?

- Najbardziej zagrożone są sektory drobiarski, wołowiny i cukrowniczy. My, rolnicy, doskonale to wiemy i tego się obawiamy. Ale jeszcze większym problemem jest jakość produktów sprowadzanych z krajów Mercosur. Tam żywność powstaje bez norm i wytycznych, które my w Europie musimy spełniać, często bardzo restrykcyjnych i kosztownych. A przecież my też jesteśmy konsumentami, mamy dzieci i chcemy jeść zdrową żywność. Na początku import z Ameryki Południowej sprawi, że będzie taniej. Ale kiedy europejscy rolnicy zbankrutują, konsumenci zostaną zdani na łaskę wielkich korporacji rolnych i przetwórczych. Dla nich liczy się tylko zysk. Jeśli na półkach zabraknie naszej, rodzimej żywności, to oni podniosą ceny, a my będziemy zmuszeni kupować produkty droższe i gorszej jakości. I tu dochodzimy do sedna. W Ameryce Południowej stosuje się pestycydy, które w Europie są zakazane od 20 lat ze względu na szkodliwość dla zdrowia i środowiska. Zwierzęta są masowo traktowane antybiotykami, żeby szybciej rosły. Unia twierdzi, że importowana żywność będzie kontrolowana, ale europejskie laboratoria potrafią wykryć tylko pozostałości środków dopuszczonych u nas. Nie wykryją tych, które są zakazane od dwóch dekad, a które stosuje się w krajach Mercosur. Pytanie brzmi: czy chcemy kupować tańszą, ale kiepskiej jakości żywność i niszczyć swoje zdrowie, a potem wydawać pieniądze na lekarzy? Czy może lepiej zapłacić więcej za żywność europejską, o znanym pochodzeniu i dużo wyższej jakości? Społeczeństwo się starzeje, coraz więcej młodych ma problemy z nadwagą czy jelitami. System zdrowotny i emerytalny jest na granicy wydolności. Musimy edukować młode pokolenie, żeby nie było tylko bezmyślnym konsumentem. Bo na tym zarabiają koncerny handlowe, agroholdingi i… koncerny farmaceutyczne. Świadome żywienie to inwestycja w zdrowie.

- Czy rolnicy obawiają się napływu taniej żywności spoza UE?

- Oczywiście, że się obawiamy. Ale tak naprawdę obawiać powinni się wszyscy konsumenci. Tu chodzi nie tylko o byt gospodarstw, ale przede wszystkim o zdrowie społeczeństwa.

- Jakie działania powinny zostać podjęte, aby chronić polski rynek?

- Przede wszystkim blokada importu tego, co produkujemy u siebie, i to w świetnej jakości. Po co nam żywność kiepskiej jakości, sprowadzana z drugiego końca świata, z ogromnym śladem węglowym? Polscy rolnicy produkują tyle żywności, że bez importu moglibyśmy wyżywić 55–60 milionów ludzi. A wracając do Mercosur: tam na potęgę wycina się amazońską puszczę, stosuje trujące pestycydy i antybiotyki. I tu mam pytanie: gdzie są ekolodzy?

- Jakie formy pomocy są dziś najbardziej potrzebne – finansowe, doradcze, prawne?

- Praktycznie wszystkie. Na własnym przykładzie mogę powiedzieć, że gospodarstwo – w moim przypadku produkcja roślinna – to jest przedsiębiorstwo. Żeby odnaleźć się w gąszczu przepisów podatkowych, prawnych, kredytowych czy dotyczących dotacji, muszę korzystać z doradcy podatkowego, radcy prawnego i innych specjalistów.

- Jakie problemy związane z wodą i suszą zgłaszają rolnicy w regionie?

- Są rejony w powiecie, gdzie brak wody w kluczowych okresach wegetacji może być dużym problemem — szczególnie tam, gdzie dominują słabsze, piaszczyste gleby. Rolnicy próbują ratować wodę w glebie poprzez mniej inwazyjną agrotechnikę, na przykład uprawę bezorkową.

- Czy lokalna infrastruktura melioracyjna jest w stanie sprostać obecnym wyzwaniom?

- Na większości obszaru powiatu działają spółki wodne i z tego, co wiem, radzą sobie całkiem dobrze. Problemem są jednak coraz częstsze punktowe deszcze nawalne, kiedy w ciągu godziny potrafi spaść miesięczna norma opadów. W takich sytuacjach nawet najlepsza sieć melioracyjna nie jest w stanie tego udźwignąć. To zjawisko będzie się nasilać.

- Jakie działania adaptacyjne są konieczne, aby gospodarstwa były bardziej odporne na zmiany klimatu?

- Przede wszystkim technologie uprawy, które zatrzymują wodę w glebie – jak uprawa bezorkowa. Do tego odbudowa próchnicy glebowej poprzez odpowiedni płodozmian, nawozy naturalne czy poplony. Ważna jest też walka o każdy gram śniegu zimą — poplony ozime potrafią zatrzymać wywiewany śnieg na polu. No i oczywiście nowe odmiany roślin odpornych na suszę.

- Czy młodzi ludzie chcą przejmować gospodarstwa, czy raczej odchodzą od rolnictwa?

- Dobre pytanie. Coraz częściej spotykam się z takim modelem, że ojciec i matka pracują na roli i w obejściu, na przykład przy zwierzętach, a dorosły syn – przewidziany jako następca – pracuje na etacie, podobnie jak jego żona. Po godzinach zajmują się papierologią i innymi sprawami w gospodarstwie. Jeśli sytuacja ekonomiczna rolnictwa się nie poprawi, młodych rolników będzie ubywać, mimo różnych zachęt finansowych. Młodzi chcą dobrze zarabiać i móc zaplanować urlop – a w gospodarstwie z produkcją zwierzęcą to wcale nie jest proste. W innych branżach można zarobić więcej, nie mieć tylu wymogów, kontroli i problemów, a do tego dochodzą jeszcze „życzliwi” sąsiedzi, którym przeszkadza praca po 22.00, zapachy z obory czy kurz.

- Co trzeba zrobić, aby rolnictwo było atrakcyjne dla kolejnego pokolenia?

- Można to porównać do kryzysu demograficznego, który dotyka Polskę i całą Unię Europejską. Jeśli nie stworzymy dobrej otoczki wokół rodziny i większej liczby dzieci, nic się nie zmieni. Tak samo jest z rolnictwem. Jeśli nie zapewnimy rolnikom równych zasad konkurencji z produktami spoza UE, nie zagwarantujemy swobody produkcji – zwłaszcza zwierzęcej – i jeśli konsumenci nie docenią wysokiej jakości żywności od naszych rolników, młodzi nie będą chcieli przejmować gospodarstw. Rolnictwo potrzebuje dobrego marketingu, żeby było atrakcyjne dla młodych. Na razie tego nie ma.

- Jak zmienia się relacja między rolnikiem a odbiorcą żywności?

- Dobrym pomysłem rządzących (jednym z niewielu) było wprowadzenie RHD. Dzięki temu rolnicy mogą sprzedawać swoje produkty bezpośrednio klientom z najbliższego otoczenia, bez pośredników i wielkich sieci handlowych. Klienci z kolei mają dostęp do żywności bardzo wysokiej jakości, praktycznie prosto z pola. Widać, że takich punktów RHD w naszym powiecie jest coraz więcej — warzywa i przetwory, mięso i wyroby mięsne, miód itd. Od jakiegoś czasu pojawiają się też jabłkomaty, jajkomaty, a ostatnio nawet chlebomaty. To bardzo pozytywny sygnał. Rolnicy mogą więcej zarobić, a klient wie, co kupuje — zdrową, lokalną żywność. Taki handel wzmacnia też więzi lokalne i buduje zaufanie.

- Czy lokalne rynki zbytu są wystarczające?

- Uważam, że tak. Jeśli mówimy o produkcji na większą skalę – pszenica, kukurydza, rzepak, buraki cukrowe – to lokalnie mamy sporo firm skupowych. Problemem jest cena, którą oferują. Wszyscy funkcjonujemy na rynku globalnym. Ceny dyktują giełdy w Paryżu (Matif) i Chicago (Cbot), a tam w dużej mierze działają fundusze spekulacyjne, które nie mają nic wspólnego z realnym rynkiem, podażą i popytem. Do tego dochodzą zmienne kursy walut, które potrafią „zjeść” lepszą cenę za towary eksportowe.

- Jak rolnicy oceniają współpracę z przetwórniami, skupami i sieciami handlowymi?

- W pewnym sensie jesteśmy zmuszeni do przyjmowania ich warunków – jak producenci buraków wobec cukrowni czy producenci mleka wobec mleczarni. Problem polega na tym, że rolnicy w Polsce nie są zrzeszeni w taki sposób, aby dysponować dużymi partiami towaru i móc negocjować ceny. Myślę, że sytuacja ekonomiczna prędzej czy później zmusi nas do takiej współpracy. Przykładem jest cukrownia i koncern cukrowniczy działający w naszym powiecie – to własność rolników niemieckich, którzy są udziałowcami. U nas tego brakuje. Nasze przetwórnie i zakłady zostały kiedyś zbyt łatwo sprzedane zagranicznym koncernom – i tu leży problem.

- Jakie trzy najważniejsze działania powinny zostać podjęte natychmiast, aby poprawić sytuację rolników?

- Blokada napływu gorszej jakości żywności spoza Unii Europejskiej, całkowite wycofanie przepisów Zielonego Ładu oraz prawna ochrona producentów rolnych na wsi i przedstawienie rolnictwa jako gałęzi, która zabezpiecza podstawową potrzebę każdego człowieka – zdrową żywność.

- Na koniec: jak widzi pan przyszłość rolnictwa w regionie w perspektywie 5–10 lat?

- Trudno prorokować, bo nikt nie wie, co nas czeka. Myślę, że przetrwają te gospodarstwa, które będą prowadzone przez pasjonatów i które potrafią dostosować się do nowych realiów: liczyć koszty, nie powiększać areału za wszelką cenę i nie gonić za rekordami plonowania. Szansę mają zarówno mniejsze, jak i większe gospodarstwa, ale pod warunkiem, że rolnicy będą elastyczni i zmienią podejście do niektórych spraw. Świat się zmienił i cały czas się zmienia. To, co działało 30 czy 50 lat temu, niekoniecznie sprawdza się dzisiaj.


Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Ostatnie komentarze
Autor komentarza: k5ojTreść komentarza: Po co tu jeszcze piszecie o gminie Cisek? Mieszkańcy protestowali, mówili, że mogą wiatraki być wszędzie byli nie u nich, no to będą je mieć parę metrów od granic swych miejscowości. Co z tego, że będą je wiedzieć, nie będą u nich stać i tyle w temacie. Nie chcą się rozwijać to ich problem. Zresztą już go mają, bo zaczyna tam nawet na szkolnictwo brakować i konieczna jest reorganizacja szkół, a to dopiero początek bo zaczną dochodzić inne kłopoty, za parę lat może koniczny podział tej gminy i przyłączenie do tych 3 wspomnianych w artykule gmin. Niech to u nas postawią, to szansa na rozwój naszych gmin, której tamta nie wykorzystała. Tam się robi zaścianek powoli, mentalnie ci ludzie są w XIX w. Tam każda inwestycja napotyka opór. Tak było przy wiatrakach, gdzie padały teorie spiskowe jak np. że krowy będą dawać mniej mleka i inne, że to głowa mała ale również gdy np. budowano linię wysokiego napięcia, która w końcu po protestach powstała obok tej gminy. Tak było z gazociągiem, a ostatnio z światłowodem czy masztem 5G, który jest tam konieczny bo w połowie wiosek nie ma zasięgu, no ale cóż, może chcą żyć bez telefonów i kontaktem ze światem, no to może i bez prądu też przeżyją.Data dodania komentarza: 27.02.2026, 18:39Źródło komentarza: Obszar oddziaływania Farmy Wiatrowej „Ostrożnica” obejmuje też fragment gminy CisekAutor komentarza: JaTreść komentarza: Ale przecież oni potrafią liczyć i grają tak żeby do play off nie awansować, nikt tego nie widzi że robią wała z nas kibiców:(Data dodania komentarza: 27.02.2026, 18:08Źródło komentarza: Czy ZAKSA ma szansę na play-off? Tak, ale musi pokonać Projekt WarszawaAutor komentarza: mądry i oczytanyTreść komentarza: O to wspaniale, odkrycie z pewnością pozwoli Polsce wstać z kolan spod niemieckiego buta. Na kanale Primitive Technology jest pokazany sposób wydobycia i wytopu. Z takiej stali będą powstawały doskonałe endoprotezy.Data dodania komentarza: 27.02.2026, 17:53Źródło komentarza: Na naszym terenie znajdują się pokaźne złoża rudy żelazaAutor komentarza: sierota po PiSTreść komentarza: Sprawdziłem przodków i takie imiona tam nie występują, ale był za to Izaak i Lejba oraz co najważniejsze matka, bo to po matce dziedziczymy - Esther.Data dodania komentarza: 27.02.2026, 17:45Źródło komentarza: Jakie imiona były najbardziej popularne w naszym mieście w 1915 roku? Sami sprawdźcieAutor komentarza: Józef KlamkaTreść komentarza: A stare lodowisko zamienili na sralnie basenową ale szpan musi byćData dodania komentarza: 27.02.2026, 15:32Źródło komentarza: Dziewczynka napisał petycję do Sabiny Nowosielskiej i radnych. Prosi o budowę krytego lodowiskaAutor komentarza: PetTreść komentarza: Lokal dalej pusty:) za ren hajs nic z tego nie bedzie. Nawet jak przydzie jakis kamikadze to na chwile. Mozesz gadac co chcesz, dzisiaj bez parkingu nie ma szans:)Data dodania komentarza: 27.02.2026, 15:04Źródło komentarza: Najstarsza restauracja w Kędzierzynie-Koźlu została zamknięta. „Kosmos” jest do wynajęcia
Reklama
zachmurzenie umiarkowane

Temperatura: 6°C Miasto: Kędzierzyn-Koźle

Ciśnienie: 1023 hPa
Wiatr: 23 km/h

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama Moja Gazetka - strona główna