niedziela, 5 kwietnia 2026 17:05
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Za komuny miała buty na kartki i spod lady, ale za to tłumy klientów. ZDJĘCIA

"Krzyś" to jeden z ostatnich kozielskich sklepów obuwniczych, który wciąż opiera się konkurencji wielkich sieci handlowych. Czas zatrzymał się tam w miejscu i być może to jest jego największą siłą, ponieważ ma wierne, stałe grono klientów.
Za komuny miała buty na kartki i spod lady, ale za to tłumy klientów. ZDJĘCIA
Pani Irena ma jedno zdjęcie z przełomu lat 70. i 80., na którym stoi za ladą

Źródło: Archiwum prywatne

Chodzi o Sklep Obuwniczo-Galanteryjny "Krzyś" przy ulicy Pamięci Sybiraków 15 w Koźlu, który niewątpliwie w dzisiejszych czasach stanowi fenomen. Obiekt jest duży (ma 256 metrów kwadratowych), więc trudno go nie dostrzec z ulicy. Budowla jest dość specyficzna i nieco się gryzie z sąsiadującymi z nią starymi kamienicami. 

Przygoda Ireny Kowaczek z kozielskim sklepem obuwniczym rozpoczęła się 1 września 1972 roku i temu miejscu pracy została wierna aż do dziś.

- Pochodzę z Opolszczyzny, a do Koźla przeprowadziłam się w wieku 10 lat. W 1972 roku rozpoczęłam naukę w szkole, przyszłam do sklepu na praktyki, jako uczennica, zostałam tutaj na stażu, a potem moja szefowa zatrudniła mnie na stałe - opowiada pani Irena.   

Niespełna 54 lata temu, gdy podejmowała tam pracę, sklep działał z powodzeniem, ale nasza rozmówczyni nie pamięta, w którym roku go zbudowano. Musiały to być jeszcze lata 60. XX wieku, choć bezskutecznie próbowała to ustalić ze swoimi koleżankami.

- Jeden z naszych klientów powiedział mi, że w tym miejscu był wcześniej obiekt gospodarczy, prawdopodobnie stodoła. Rozebrano ją i rzekomo nasz sklep postawiono na jej fundamentach. Ale nie wiem, czy to prawda - mówi koźlanka.  

Na kamiennej, nieco spękanej, posadzce sklepowej, pokrytej w części leciwą wykładziną PCV, można dostrzec pozostałość po napisie "PSS". Budynek bowiem należał do Powszechnej Spółdzielni Spożywców „Społem”. Zapytaliśmy panią Irenę, ile pracownic przewinęło się przez sklep przez te lata.

Na kamiennej, nieco spękanej, posadzce sklepowej pozostałość po napisie "PSS"

- Bardzo dużo. Ze dwadzieścia na pewno, a do tego jeszcze ze 30 uczniów na praktykach. W czasach największej prosperity, czyli jeszcze w PRL-u, pracowało tu jednocześnie nawet siedem osób, licząc z kierownikiem. Natomiast już od czterech lat jestem tu sama. Muszę być samowystarczalna. Zresztą klientów nie ma za wielu, więc sama bez problemu to ogarniam. Jestem jak ten kapitan na statku, więc kiedyś i ja będę musiała dobić do brzegu. Lubię tę pracę, ale jestem już w takim wieku, że też chciałabym wreszcie odpocząć. Natomiast nie ukrywam, że jestem mocno przywiązana do tego miejsca. To jest mój drugi dom. Praca przez prawie 54 lata w jednej firmie zrobiła swoje - wyjaśnia pani Irena.     

Kiedyś w ofercie sklepu były tylko buty i galanteria skórzana. Od 1990 roku są jeszcze ubrania. Nazwa sklepu - podobnie jak jego wygląd - nie ewoluowała rewolucyjnie. Na początku był to po prostu sklep obuwniczy.

- Natomiast nazwa "Krzyś" pojawiła się dopiero w 1990 roku. To było imię bardzo bliskiej mi osoby - zdradza pani Irena.  

Tu czas zatrzymał się w miejscu

Wspomniany rok nie przez przypadek powtarza się aż dwa razy. To był bardzo ważny moment w historii tego sklepu. Najpierw w latach 80. przeszedł spod skrzydeł PSS „Społem” pod zarząd Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa Handlu Wewnętrznego (WPHW), a w 1990 roku pracujące tam ekspedientki przejęły go na własność po gruntownych zmianach społeczno-gospodarczych, jakie nastąpiły w naszym kraju na przełomie lat 80. i 90. XX wieku.

Między paniami zatrudnionymi w „Krzysiu” zawsze panowały bardzo dobre, wręcz przyjacielskie relacje.

- Do tej pory się przyjaźnimy. Podtrzymujemy kontakt. Odwiedzają mnie, przychodzą towarzysko na kawkę, na ploteczki - nie kryje radości pani Irena.    

Kupujących bez liku

„Pani w obuwniczym miała taki ruch, że aż się jej buty rozeszły” - śpiewał w 2001 roku zespół Pogodno. Ale te czasy minęły bezpowrotnie.  

- Największy ruch w sklepie mieliśmy za komuny, choć z drugiej strony wtedy właśnie najtrudniej było te buty dostać. Najlepiej schodziło obuwie dziecięce, sportowe, bo tych dzieci w okolicznych szkołach było bardzo dużo. Tenisówki, trampki sprzedawaliśmy w ogromnych ilościach. Obecnie rezygnuję powoli z butów dla maluchów i uczniów, bo wolą oni firmowe sneakersy z sieciówek albo ze sklepów internetowych, które w dużym stopniu dobiły drobny handel stacjonarny, jak i mniejszych krajowych producentów obuwia. Dawniej nie mieliśmy tu poważnej konkurencji. Przez jakiś czas byliśmy nawet jedyni na rynku. Niezłe obroty mieliśmy także w latach 90. Między innymi po powodzi tysiąclecia w 1997 roku, która też nas mocno dotknęła. Jak już ogarnęłyśmy to wszystko, to miałyśmy naprawdę sporo klientów - przyznaje.

"Krzyś" w całej okazałości

Ludzie potracili cały dorobek życia. Musieli w coś się ubrać. Dlatego buty miały takie wzięcie.

- W lipcu 1997 roku w naszym sklepie stała woda. Było jej z 80 cm. Straty duże, ale na szczęście wszystko było ubezpieczone. Myśmy na tydzień przed powodzią wyposażyły sklep w nowe meble. Kilka dni później zostały zalane. Ale zdołałyśmy je uratować. Zostały osuszone, wyczyszczone i tak tu stoją aż do dziś - mówi z uśmiechem pani Irena. - Wielu przedsiębiorców nie podniosło się po tym katastrofalnym żywiole. Natomiast myśmy się odpowiednio przygotowały na to, co miało nadejść. Dostałyśmy informację od pobliskiej straży pożarnej, że idzie wielka woda. Przyszli do nas strażacy i doradzili, aby buty z niższych półek na regałach przenieść jak najwyżej. Tak zrobiłyśmy, dlatego towar w zdecydowanej większości się uratował. Natomiast nowe, kosztowne wyposażenie mocno ucierpiało. Musiałyśmy zamknąć sklep na dwa tygodnie, a potem wznowiłyśmy handel. Poszło to wszystko bardzo sprawnie. Na szczęście były ręce do pracy, bo w sklepie zatrudnionych było wtedy pięć kobiet. Poza tym otrzymałyśmy pomoc ze strony znajomych.

Wierne grono klientów

- Dziś muszę sobie radzić sama. Nie jest mi łatwo w tych czasach. Ruch jest mały, ludzi ubywa, ale nie narzekam. Mam swoich stałych klientów, ze wszystkimi po tylu latach jestem na „ty”. Wielu z nich odeszło już z tego świata, zwłaszcza w ostatnich latach. Ale ci, którzy są przy życiu, nadal przychodzą do mnie i nie zapominają o swoim sklepie – dodaje nasza rozmówczyni.

Przez długie lata sklep przy ulicy Pamięci Sybiraków 15 oferował przede wszystkim obuwie od polskich producentów. Stronił od tzw. „chińszczyzny”, która zalała praktycznie całą Polskę i Europę. Bronił się przed produktami niższej jakości, które po jednym sezonie trzeba wyrzucić. Obecnie - z uwagi na fakt, że krajowych producentów wycina tańsza, azjatycka konkurencja - nie sposób całkowicie zrezygnować z towaru od zagranicznych dostawców.

Kiedyś w ofercie sklepu były tylko buty i galanteria skórzana. Od 1990 roku są jeszcze ubrania

- Pomimo to cały czas stawiam na dobry produkt, na buty wysokiej jakości, przeważnie wykonane ze skóry. Nie każdego klienta stać na obuwie z najwyższej półki, dlatego asortyment trzeba urozmaicać. Nie można jednak narzekać, szczególnie jak sobie przypomnę, że kiedyś sprzedawałyśmy buty na kartki – wspomina pani Irena.  

Po wprowadzeniu stanu wojennego 13 grudnia 1981 r. system kartkowy był stopniowo rozszerzany na kolejne grupy towarów, m.in. na buty czy artykuły szkolne.

- Początkowo przy sprzedaży dziecięcych bucików wbijaliśmy pieczątki do książeczek zdrowia. Później nastał czas kartek na buty. Klienci przynosili talony i musieliśmy je wklejać na taki arkusz, gdyż ze wszystkiego należało się rozliczyć. Czasami można było dostać buty spod lady. A co będę ukrywać! Kiedyś to była wielka tajemnica, ale dziś mogę to powiedzieć. Kwitł handel wymienny, pomagaliśmy sobie nawzajem. Trzeba sobie było jakoś radzić w tych niełatwych czasach - śmieje się pani Irena. - W stanie wojennym było bardzo trudno o towar. Przy każdej dostawie obuwia mieliśmy tu kontrole. Przychodziły panie, sprawdzały, jaka ilość butów dotarła do sklepu, żebyśmy przypadkiem nie handlowały na boku i nie wyniosły czegoś do domu – wspomina.  

Inna sprawa, że w sklepie zdarzały się czasami kradzieże, za którymi stali klienci.

- Nieraz było tak, że klient założył nowe buty do przymierzenia i wyszedł w nich ze sklepu. Na szczęście tacy na ogół byli zatrzymywani. Podobnie było z ubraniami. Szybko w takich sytuacjach zawiadamiałyśmy milicję, a po przemianach politycznych policję, więc niektórym się to nie opłaciło. Za tymi kradzieżami stały czasami osoby, których nigdy byśmy nie podejrzewały, że są zdolne do takiego czynu. Wiadomo, nie wszystkich udało się złapać na gorącym uczynku - dodaje nasza rozmówczyni.

Lubi to, co robi

To się rzadko zdarza, bo przeważnie ludzie narzekają na swoje życie zawodowe. Tymczasem pani Irena przekonuje, że bardzo lubi i ceni swoją pracę. Pomimo upływu lat wciąż czerpie satysfakcję z tego, że sklep funkcjonuje i ma swoje wierne grono klientów. Martwi ją mniejszy ruch, ale to zjawisko dość powszechne.

- Przychodzą do mnie tacy ludzie, którzy raczej nie wybrzydzają. Są to głównie osoby w średnim wieku, po czterdziestce, oraz seniorzy, których jest najwięcej. Oni doceniają fakt, że ten sklep przy ulicy Pamięci Sybiraków wciąż istnieje. Kiedyś go zabraknie, bo nie ma następców. Nie mam komu przekazać tej pałeczki. Nie ma nawet młodzieży z handlówki, która chciałaby się tu czegoś nauczyć. Gdy pójdę na emeryturę i zamknę ten biznes, to dla części mieszkańców będzie to niewątpliwie jakaś strata, bo przyzwyczaili się do kupowania butów właśnie tutaj. Idąc ulicą, chętnie zaglądają na moją witrynę. Przychodzą do mnie nawet ci klienci, którzy wiele lat temu wyjechali z naszego miasta. Gdy odwiedzają swoich bliskich, wpadają też do mojego sklepu i mówią nieco zaskoczeni: „Jak to fajnie, że pani tu jeszcze jest”. Przy okazji coś kupią. Cieszą mnie takie sentymentalne wizyty - nie ukrywa.   

Jest w czym wybierać

Liczba klientów uzależniona jest w dużym stopniu od pory roku.

- Dla mnie najważniejsze jest lato, bo mam wtedy największe obroty. W dawnych czasach drzwi się tu nie zamykały. Miałam masę klientów nie tylko z miasta, ale było też sporo osób z okolicznych wiosek. Dziś też przyjeżdżają z sąsiednich miejscowości, ale głównie starsza generacja, która nie kupuje w sklepach internetowych. Siła przyzwyczajenia tych ludzi jest ogromna i dzięki temu mogę tu jeszcze działać – mówi kozielska ekspedientka.

Najlepiej sprzedają się buty, które można zobaczyć w sklepowej witrynie. Od kapci, poprzez obuwie sportowe, zimowe i nieco bardziej eleganckie.

- Coś tam ludziom wpadnie w oko, wchodzą do sklepu, przymierzają i kupują. Ja wystawę zmieniam co tydzień, dlatego jest w czym wybierać – dodaje nasza rozmówczyni. 

Sentymentalna fotka

Pani Irena ma jedno zdjęcie sprzed lat, na którym stoi za ladą. Musi być dość stare, skoro w tle widać m.in. napis: „Obrona Cywilna POMAGA, UCZY, RATUJE”. - Zdjęcie to na przełomie lat 70. i 80. wykonała moja znajoma. Zresztą każdej z ekspedientek tu pracujących zrobiła taką pamiątkową fotkę. Niestety, mam tylko tę jedną. Szkoda, że nie zrobiła nam wtedy wspólnego zdjęcia - ubolewa pani Irena.  

Na fotce widać też najmodniejsze wówczas modele butów. Ich ceny wahały się od 725 zł do nawet 6800 zł.

- Było wtedy dużo czółenek, mokasynów, a w chłodniejsze miesiące także kozaki, które były dość popularne, bo i zimy były ostrzejsze. Dziś tych wysokich butów sprzedaje się o wiele mniej - przyznaje. - Wtedy mieliśmy buty głównie od krajowych producentów. Braliśmy towar z krapkowickiego „Otmętu”, z warszawskiej „Syreny”. Mieliśmy też buty z Radomia i obuwie marki Contes, czyli polskiej rodzinnej firmy obuwniczej założonej w 1990 roku w Kokoszkowach koło Starogardu Gdańskiego - wylicza pani Irena.

Dziś nasza rozmówczyni zamawia towar przede wszystkim u małych i średnich producentów, którzy przetrwali na krajowym rynku. Są to zakłady działające w całej Polsce, a funkcjonują m.in. dzięki takim małym sklepom jak „Krzyś”. Ich produkty nie trafiają do sieciówek.

„Krzysia” odwiedzili wspólnie Wanda Pilecka oraz Jerzy Giet. Pani Irena (z prawej) w swoim żywiole

Zakupy przy okazji

Podczas naszej rozmowy przez sklep przewinęło się trochę klientów. Zgodnie z tym, co mówiła pani Irena, byli to głównie seniorzy.

- Jestem tu dziś przez przypadek, ale podoba mi się. Zrobiłam tu z koleżanką fajne zakupy. Jestem zadowolona. Może przyjadę tu też niebawem po buty, bo jest bardzo duży wybór - przyznaje Barbara Kołodziej.   

- Ja zawsze jak jestem w Koźlu, to tu zaglądam, gdy tylko potrzebuję nowych butów. Byłam tu już kilka razy, więc można powiedzieć, że jestem stałą klientką. Dziś przy okazji kupiłam sobie bardzo ładną bluzeczkę. Ja w ogóle nie robię zakupów przez internet. Każdy towar muszę dokładnie obejrzeć, dotknąć, przymierzyć, a to, co się kupi za pośrednictwem internetu, może mi nie pasować. Dlatego ja wolę sklepy stacjonarne, taki jak ten - mówi Jolanta Stefaniak.

„Krzysia” odwiedzili też wspólnie Wanda Pilecka oraz Jerzy Giet.

- Przychodzimy tu bardzo często na zakupy. Są tu ładne buty, bluzki. Jurek kupił dziś ładną koszulę, którą wypatrzył przed chwilą na wystawie. Wcześniej zakupił ze trzy pary kapci. Przyzwyczailiśmy się do tego sklepu. Często przechodzimy obok i oglądamy wystawę. Jak tylko jest coś ciekawego, to zaraz wchodzimy. Kupiłam tu sporo butów ze skóry w bardzo dobrej cenie. Dobrze, że takie sklepy jeszcze działają. Tu jest towar lepszej jakości, niewytwarzany w hurtowych ilościach, a ceny nie są wygórowane - mówi pani Wanda, a wtóruje jej pan Jurek.

Najwięcej osób kręci się po Starym Mieście i ulicy Pamięci Sybiraków w sobotnie przedpołudnie. Ale to i tak nic w porównaniu z tym, co działo się tutaj jeszcze w latach 70., 80. i 90.

 - Dawniej po drugiej stronie ulicy prężnie działało Kino „HEL”. Pamiętam je, zresztą sama chodziłam tam na seanse filmowe. Kręciło się tam mnóstwo osób, a kolejki za biletami ciągnęły się czasami pod sam kościół. Nasz sklep też dzięki temu zyskiwał nieco klientów. Dziś w miejscu kina mamy Pro Corde Centrum Rehabilitacji Kędzierzyn-Koźle, Studio Fryzjerskie „Galeria” i jadłodajnię „Pszczółka”. Naprzeciwko przez wiele lat funkcjonowała też duża kawiarnia. Chodziło do niej mnóstwo młodzieży. Ona działała w tym budynku, gdzie później powstał „Sklep Opolski”, a następnie „Rabat”. Sklep zamknięto mniej więcej trzy lata temu. Szkoda, bo przez to i ruch w najbliższym sąsiedztwie jest mniejszy. Supermarkety zniszczyły ten handel i to widać jak na dłoni w tej części Starego Miasta - dodaje na koniec pani Irena.  

Pozostaje nam życzyć jej jak najwięcej wytrwałości, zdrowia i nowych klientów, którzy miejmy nadzieję odwiedzą ją z czystej ciekawości po naszym artykule.

Nie ma to jak przymierzyć nową koszulę

 



Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Ostatnie komentarze
Autor komentarza: GhtTreść komentarza: Zlikwidowac te działki by menelnia nie miała gdzie spać itpData dodania komentarza: 5.04.2026, 06:36Źródło komentarza: Pożar obok stacji paliw przy ul. Wyspiańskiego. Na miejscu sześć zastępów straży pożarnej. ZDJĘCIAAutor komentarza: JacekTreść komentarza: Przegrali obie wojny światowe na własne życzenie. Niemiecki imperializm jest powodem ich nieszczęśćData dodania komentarza: 4.04.2026, 13:00Źródło komentarza: Tak wyglądała niegdyś ulica Spacerowa. Niezwykłe zdjęcie sprzed ponad ośmiu dekadAutor komentarza: RobertTreść komentarza: Zetnijmy drzewa przy drogach bo ludziom zdarzają się wypadki z różnych powodów. Wolę mieć czyste drogi i puste cmentarze. Jeszcze raz najszczersze kondolencje dla rodziny.Data dodania komentarza: 4.04.2026, 12:57Źródło komentarza: Tragiczny wypadek na DW 417. Nie żyje 25-letni kierowca BMWAutor komentarza: jacaTreść komentarza: to nie drzewa są winne, tylko prędkość! nie bez powodu na drogach obowiązują ograniczenia odpowiednie do jej kategorii.Data dodania komentarza: 4.04.2026, 11:39Źródło komentarza: Tragiczny wypadek na DW 417. Nie żyje 25-letni kierowca BMWAutor komentarza: RealistaTreść komentarza: Szkoda że nie ma w tych statystykach ilu to młodzi kierowcy w. BMW.Data dodania komentarza: 4.04.2026, 08:00Źródło komentarza: Tragiczny wypadek na DW 417. Nie żyje 25-letni kierowca BMWAutor komentarza: ElvisTreść komentarza: Co ty chłopie opowiadasz za brednie widać nigdy nie koziołkowałeś po otwartym terenieData dodania komentarza: 4.04.2026, 03:28Źródło komentarza: Tragiczny wypadek na DW 417. Nie żyje 25-letni kierowca BMW
zachmurzenie duże

Temperatura: 20°C Miasto: Kędzierzyn-Koźle

Ciśnienie: 1015 hPa
Wiatr: 29 km/h

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama Moja Gazetka - strona główna