Muzycy od początku złapali świetny kontakt z publicznością. Styczyński zrobił to, czego wszyscy się spodziewali: charakterystyczne bluesowe brzmienie, pewność na scenie i ten styl, który poznaje się po pierwszych dźwiękach. Witek Łukaszewski, występujący pod scenicznym pseudonimem Franz Lipa, dorzucił wokal, gitarę i trochę bardziej odjechane pomysły, dzięki czemu całość miała swój klimat. Raz było mocniej, innym razem spokojniej i bardziej nastrojowo.
Cały ten muzyczny „statek” trzymał w ryzach perkusista Dominik Karkoszka. Grał równo, energicznie, ale bez przesady – dokładnie tyle, ile trzeba, żeby muzyka miała puls i nie rozjechała się przy dłuższych improwizacjach.
Publiczność reagowała naprawdę pozytywnie. Były brawa po solówkach, trochę śmiechu między utworami i ogólne poczucie, że to był po prostu dobry, muzyczny wieczór. Nie wielkie widowisko, tylko spotkanie z żywą muzyką, która najlepiej działa właśnie w takim klubowym klimacie.


















Napisz komentarz
Komentarze