piątek, 31 lipca 2026 20:53
Reklama Dental Clinic - baner reklamowy
Reklama
Reklama

Polsko-filipińską historię jak z bajki napisało samo życie. ZDJĘCIA

Ta opowieść pokazuje, że w życiu każdy scenariusz jest możliwy. Nawet taki, że młode małżeństwo z dwójką dzieci przeprowadza się do Kędzierzyna-Koźla z turystycznego raju, jakim jest wyspa Puerto Galera na Filipinach. Zacznijmy jednak od początku.
Polsko-filipińską historię jak z bajki napisało samo życie. ZDJĘCIA
Liza i Przemek postanowili zamieszkać w Koźlu

Autor: ANKO

Przemysław Masłoń ma 44 lata. Był uczniem Publicznej Szkoły Podstawowej nr 12 w Kędzierzynie-Koźlu, następnie kontynuował naukę w kozielskiej Budowlance, ale maturę zdał ostatecznie w Technikum Rolniczym w Komornie. Studiował na Politechnice Opolskiej na kierunku wychowanie fizyczne, gdzie uzyskał tytuł licencjata. Po studiach miał szansę podjęcia pracy w PSP nr 12 jako wuefista, ale że w tamtym czasie wiele szkół podstawowych w naszej okolicy zostało zamkniętych, to pierwszeństwo w zatrudnieniu mieli nauczyciele zwolnieni z innych placówek oświatowych. To wtedy pokaźne grono dobrze zapowiadających się nauczycieli zaczęło wyjeżdżać za chlebem na Wyspy Brytyjskie, do Niemiec i Holandii. W tej grupie był między innymi bohater tego artykułu.

- Pierwszy raz wyjechałem do Holandii, gdy miałem 18 lat, czyli jeszcze przed podjęciem studiów. Pojechałem tam na wakacje, żeby sobie dorobić i zobaczyć, jak się żyje na Zachodzie. To wtedy przechodzono tam z guldena holenderskiego na euro i nie ukrywam, że tamtejsze zarobki robiły na mnie wrażenie. Niemniej wróciłem po wakacjach do Polski, gdzie kontynuowałem naukę. Holandię odwiedzałem dość regularnie. Jeździłem tam podczas wakacji, a nawet w okresie świątecznym. Spędzałem tam całe tygodnie, a nawet miesiące. Gdy po studiach nie otrzymałem wymarzonej pracy jako nauczyciel WF-u, zdecydowałem się wyjechać do Holandii na stałe - wspomina Przemek.

Tak to się zaczęło

Na miejscu pracował w dużej firmie logistycznej, gdzie poznał swoją przyszłą wybrankę, Annę Lizę, do której na co dzień wszyscy zwracają się Liza.

- Pracowaliśmy razem w dziale logistycznym firmy Action. Często się mijaliśmy bądź siedzieliśmy blisko siebie na stołówce w trakcie przerwy śniadaniowej. Pomyślałem sobie, że najnormalniej w świecie spróbuję do tej dziewczyny zagadać – opowiada Przemek. - Zastanawiałem się, od czego zacząć naszą rozmowę. Jeden ze znajomych mi powiedział, że Liza jest Filipinką. Pierwsze, co mi przyszło do głowy, to nawiązać do bardzo znanego na Filipinach boksera Manny Pacquiao. To bokserski mistrz świata wielu kategorii i federacji. Poza tym bardzo dobry człowiek, który dzieli się swoim bogactwem z biednymi. Jest wręcz ubóstwiany przez filipińskich kibiców.

- Akurat w tamtym czasie zbliżała się jego walka bokserska. To była dobra okazja, aby porozmawiać o tym z Lizą, i tak też uczyniłem. Od tamtego czasu zamienialiśmy chociaż kilka słów dziennie. Pewnego razu zapytałem Lizę, czy nie moglibyśmy razem obejrzeć tej walki w telewizji. Zgodziła się. Przypadliśmy sobie do gustu i zaczęliśmy się spotykać regularnie - opowiada z uśmiechem Przemek.

Liza i Przemek

Ich znajomość zaczęła się zatem od wątków sportowych, które i później bardzo często gościły w ich relacjach. Przemek postanowił okazać Lizie swoją miłość do piłki nożnej. Swego czasu grał w Odrze Koźle, począwszy od trampkarzy, juniorów, aż po seniorów.

- Moim trenerem był Tadeusz Waligóra. Bardzo dobrze go wspominam. Ale wtedy nie pojechaliśmy jeszcze do Koźla, natomiast zabrałem Lizę na wakacje do Madrytu i poszliśmy tam na mecz Realu z Sevillą. Byłem wówczas wiernym kibicem Realu Madryt, ale w ostatnich latach, z uwagi na Roberta Lewandowskiego i Wojciecha Szczęsnego, zostałem fanem Barcelony, w której grali obaj reprezentanci Polski. Już w Madrycie byliśmy parą i wszystko układało się między nami doskonale. Liza była wtedy pierwszy raz w życiu na meczu piłkarskim, i to jakim. Wszak grały ze sobą jedne z najlepszych drużyn na świecie. Spodobało jej się, choć na początku była nieco zmieszana, widząc 80 tysięcy kibiców, którzy bardzo emocjonalnie reagowali na każdy strzelony gol. Real wygrał wtedy 3:0. Poza tym w Holandii też miałem przyjemność grać w jednym z klubów piłkarskich i Liza przychodziła na te mecze, żeby zobaczyć, jak gram. Mimo że na Filipinach piłka nożna nie jest zbyt popularną dyscypliną sportową - opowiada nasz rozmówca.

Z miesiąca na miesiąc związek Lizy i Przemka nabierał rumieńców. Przyszedł wreszcie czas na przedstawienie swojej drugiej połówki najbliższym. - Gdy mieszkaliśmy w Holandii, regularnie zaczęliśmy z Lizą odwiedzać Polskę. Byliśmy tu chyba z 8-10 razy. Zresztą w trakcie wakacji odwiedzaliśmy również ojczyznę Lizy - mówi Przemek.

Oboje wzięli dłuższy, miesięczny urlop i wtedy Przemek zakochał się w tym kraju. Sympatyczna para była na wyspie turystycznej Puerto Galera, która znajduje się w TOP 5, jeśli chodzi o najbardziej popularne wśród turystów kierunki kojarzone z Filipinami. Wyspa Puerto Galera jest uznana przez tamtejszy departament turystyki za centrum nurkowania na Filipinach. Właśnie tam są najpiękniejsze rafy koralowe, gdzie z powodzeniem można nurkować i snurkować.

- Jak ktoś tam wsadzi do wody rękę z kawałkiem chleba, to natychmiast przypływają w to miejsce setki kolorowych ryb. Efekt jest piorunujący. W sąsiedztwie tej wyspy znajduje się najdłuższa, zaraz po australijskiej, rafa koralowa na świecie. Złapałem tego bakcyla, bo to piękny kraj. Po wakacjach spędzonych na Filipinach i powrocie do Holandii zaczęliśmy dojrzewać do decyzji, aby przeprowadzić się na Filipiny. Do tej decyzji dojrzeliśmy ostatecznie po prawie dwóch latach. Mieliśmy odłożonych trochę pieniędzy, co umożliwiłoby nam rozpoczęcie życia od nowa w nowych realiach – wspomina Przemek.

Nadszedł wreszcie dzień, w którym oboje podjęli decyzję o sprzedaży mieszkania oraz samochodu w Holandii i wyjeździe na Filipiny.

Różne oblicza raju

Filipiny to malowniczy, tropikalny archipelag, liczący ponad 7 600 wysp. Populacja Filipin wynosi obecnie około 117,7 mln osób, co czyni ten kraj 14. najludniejszym państwem na świecie. Społeczeństwo to w 80 procentach chrześcijanie (katolicy). Filipińczycy bardzo dobrze wspominają chociażby papieża Jana Pawła II, który dwukrotnie odwiedził ich kraj.

Przemek i Liza początkowo planowali tam kupić farmę drobiową, by hodować kury i kaczki na filipiński rynek. - Chciałem popracować ze zwierzętami. Nim jednak podjęliśmy pierwsze kroki, po mniej więcej tygodniu od naszego przyjazdu odwiedził nas szwagier Lizy. Zapytał, czy nie chcielibyśmy kupić hoteliku przy głównej plaży White Beach na Puerto Galera. Chciało go sprzedać filipińskie małżeństwo, które z uwagi na wiek nie było w stanie dłużej prowadzić tego biznesu. Zdecydowaliśmy się kupić ten hotelik, ale że była to dla nas zupełnie nowa branża, musieliśmy się wszystkiego uczyć od podstaw - nie ukrywa nasz rozmówca.

Przemek szlifuje swoje umiejętności w jednej z azjatyckich szkół kulinarnych

Przemek zrobił stronę internetową hoteliku z ładnymi zdjęciami, zarejestrował nowy biznes na Booking.com. Hotel nazywa się "Marion Roos" i znajduje się 80 metrów od plaży. Natomiast Marion Roos’s Grill & RestoBar Beach mieści się tuż przy głównej plaży.

- Gdy więc wynajmujemy pokój z posiłkiem, to nasi hotelowi goście po dwóch minutach spaceru mogą zjeść śniadanie w restauracji tuż przy plaży. Zaczęliśmy od śniadań, ale wielu gości hotelowych sugerowało nam, żebyśmy rozwinęli część gastronomiczną naszych usług o obiadokolacje - opowiada Przemek.

Oboje zdecydowali się pójść w tym kierunku i zatrudnili kucharzy, którzy bardzo wiele ich nauczyli. - Te umiejętności okazują się niezwykle przydatne, zwłaszcza gdy z uwagi na złe warunki pogodowe kucharze nie mogą przyjść do pracy i musimy z Lizą wziąć sprawy w swoje ręce. Z czasem, gdy opanowaliśmy podstawy tamtejszej sztuki kulinarnej, zaczęliśmy sobie świetnie radzić w kuchni. Poza tym mieliśmy różne wizje co do serwowanych posiłków, ponieważ często podróżowaliśmy po Azji - przyznaje z dumą Przemek.

Oboje byli między innymi na indonezyjskiej wyspie Bali, w Kambodży, Wietnamie, Tajlandii i Chinach. Zapisywali się do tamtejszych szkółek gastronomicznych, w których również uczyli się gotować. Mają więc szeroką wiedzę na temat kuchni azjatyckiej.

- W pewnym momencie doszliśmy do wniosku, że przejmujemy pałeczkę. Mieliśmy dobrych kucharzy, ale czasami trudno było sprostać ich wymaganiom finansowym. Sami zaczęliśmy pichcić, jednocześnie ucząc naszych pracowników gotowania od podstaw. Nasi goście przychodzili do kuchni i chwalili nas bardzo za przepyszne jedzenie, które im serwowaliśmy. To było dla nas bardzo budujące - przyznaje Przemek. - Mieliśmy bowiem otwartą kuchnię i każdy z gości mógł na własne oczy zobaczyć, jak przyrządzamy te potrawy, i przy okazji porozmawiać z nami. Ich opinie uskrzydlały nas jeszcze bardziej. Także w internecie zbieramy bardzo dobre recenzje, a jest ich tam sporo. Na Puerto Galera jest ze 40 może 50 restauracji, a obecnie, według opinii gości, które znajdziemy na Google Maps, zajmujemy pierwsze miejsce. W mediach społecznościowych jest też sporo zdjęć naszych klientów, którzy robili je sobie podczas pobytu w naszej restauracji. To cieszy, tym bardziej że naszej kuchni próbowali goście praktycznie z całego świata. Mieliśmy klientów z USA, Nowej Zelandii, praktycznie z całej Azji i Europy. Jest też coraz więcej klientów z Polski. Odwiedzali nas także moi znajomi i przyjaciele.

Wycieczka integracyjna pracowników filipińskiego hotelu na Puerto Galera wraz z rodzinami

Podróż z wyspy do stolicy kraju – Manili zajmowała im około trzech godzin. Z Balatero Puerto Galera Port płynie się łodzią (godzinę) lub promem (ze dwie godzinki) do Batangas Port. Tam podstawiane są autobusy, którymi do niespełna 25-milionowej stolicy kraju jedzie się od 60 do 90 minut.

- Jest na tyle blisko do Manili, że w weekendy odwiedza naszą wyspę mnóstwo mieszkańców stolicy. Zostają na dwie noce, pozwiedzają, poimprezują i wracają do domu. Filipiny warto zobaczyć, pomimo że mamy tam zderzenie biedy z ogromnym bogactwem. W kraju panuje też dość powszechna korupcja - nie ukrywa Przemek.  

Poza tym kraj w ostatnich latach nękały liczne kataklizmy: od tajfunów po trzęsienia ziemi, powodzie, tropikalne burze i sztormy oraz osuwiska ziemi. Jednak turyści i tak chętnie tam jeżdżą. Przykładowo w 2023 roku Filipiny odwiedziło ok. 5,4 mln turystów zagranicznych, co oznacza wzrost o ponad 150% rok do roku. Turystyka w tym kraju odpowiada za około 12–13% PKB i zapewnia zatrudnienie ponad 5 milionom osób. W 2023 roku przychody z turystyki (krajowej i zagranicznej) na Filipinach przekroczyły 80 mld USD. 

Ich największy skarb

Pięknym owocem miłości Lizy i Przemka są dwie córeczki. Starsza – Marion urodziła się jeszcze w Holandii w lutym 2016 roku, czyli na kilka miesięcy przed wyjazdem na Filipiny. Młodsza z córek - Jula przyszła na świat rok później na Filipinach. Przemek od samego początku uczył mówić je po polsku, dlatego dziewczynki całkiem nieźle znają nasz język.

- Ja mówiłem do nich po polsku, zatem mają ten język osłuchany. Obie przeważnie odpowiadały mi po angielsku, który z kolei znają doskonale. Oczywiście znają też biegle tagalog, czyli jeden z najważniejszych języków na Filipinach. Ale w szkole do jego nauki mają tylko jeden podręcznik. Cała reszta przedmiotów nauczana jest w języku angielskim.

To właśnie troska o przyszłość córek przyczyniła się do podjęcia decyzji o przeprowadzce tym razem do Polski. Może trudno zrozumieć, dlaczego ludzie z tak pięknego kraju, jakim są Filipiny, mieliby się przeprowadzić na przykład do Polski. Rajskie plaże, rafy koralowe, magiczne krajobrazy przyciągają tam przecież setki tysięcy turystów rocznie z całego świata. Mimo to młode małżeństwo zdecydowało się na przeprowadzkę z Filipin do Polski, a konkretnie do Kędzierzyna-Koźla. Gdy w październiku 2016 roku wyjechali z Holandii na Filipiny, przez dekadę odwiedzili Polskę trzykrotnie. Przełom nastąpił na początku 2026 roku. Najpierw dotarł tu Przemek, a zaraz potem jego żona z córkami.

Marion, Jula i ich ukochany Happy

- Przede wszystkim chcieliśmy, aby nasze dzieci uczyły się w Polsce, a nie na Filipinach. Tam, nawet jak wyślemy córki do najlepszej uczelni w stolicy kraju Manili i skończą te studia, dyplom, który uzyskają, będzie niewiele wart. Nie jest uznawany w żadnym innym kraju poza Filipinami. Polska daje im o wiele więcej możliwości w zakresie edukacji, wykształcenia i rozwoju – argumentuje Przemek.

Marion i Jula odwiedzały nasz kraj już wcześniej, zatem dla nich przyjazd tu nie jest czymś nowym i ekscytującym. Teraz najważniejsze, aby zintegrowały się z rówieśnikami.  

- Poza tym na Filipinach, m.in. z uwagi na różnego rodzaju kataklizmy, często wyłączają prąd. Przez tajfuny czy trzęsienia ziemi w jednym momencie może zawalić się całe nasze życie i wszystko, co osiągnęliśmy ciężką pracą. Choć muszę przyznać, że przez te 10 lat nasz biznes kręcił się bardzo dobrze, poza okresem pandemii. To była praca od rana do wieczora, a jak trzeba, to nawet do późnej nocy, żeby zapewnić naszym gościom jak najlepsze warunki. Na ogół spoczywa to na barkach nas, właścicieli, którzy w różnych sytuacjach są przecież odpowiedzialni za podejmowanie najrozmaitszych decyzji - nie ukrywa Przemek. - Nasi niezastąpieni pracownicy pomagają nam nie tylko w kuchni, ale również w utrzymaniu hotelu. Mamy na przykład panią, która zajmuje się tylko praniem pościeli i ręczników, chłopak z dziewczyną zajmują się sprzątaniem pokoi oraz drobnymi naprawami usterek, jest też pracownik w recepcji. Mówię w czasie teraźniejszym, ponieważ nasz hotel cały czas działa, wciąż jesteśmy jego właścicielami. Liza jest z pracownikami w stałym kontakcie. Będąc nawet tutaj, cały czas wszystko nadzorujemy, podejmując na przykład decyzje co do wysokości cen dla klientów w zależności od pory roku. Zatem na miejscu cały czas mamy swoich doświadczonych pracowników. Niektórzy są u nas zatrudnieni po 7-8 lat. Mamy do nich pełne zaufanie. Nigdy nas nie zawiedli. To jest bardzo ważne. Cieszy to, iż także po naszym wyjeździe z Filipin opinie naszych klientów są niezmiennie bardzo pozytywne – dodaje.

Polsko-filipińska rodzina jechała z przekonaniem, że tu, w Kędzierzynie-Koźlu, otworzy własny lokal. Trzeba tylko znaleźć odpowiednie miejsce.

- Przyjechałem do Polski w marcu 2026 roku, a Liza z córeczkami wkrótce potem, bo na początku maja. W międzyczasie wybadałem grunt. Nowa restauracja będzie urządzona w stylu azjatyckim. W środku będzie nawet filipińska palma. Lokal, który przejęliśmy, był już w dużym stopniu zagospodarowany przez poprzedników, którzy też planowali stworzyć w tym miejscu restaurację. Jednak pandemia mocno pokrzyżowała ich plany. Zaprojektowany przez nich wystrój jak najbardziej trafia w nasze azjatyckie gusta. Najtrudniejszy będzie ten początek, a potem jakoś damy radę. Jest mały stres, czy trafimy w kulinarne gusta mieszkańców miasta i powiatu, ale staramy się być dobrej myśli - mówi Przemek. - Moi rodzice cały czas mieszkają w Kędzierzynie-Koźlu. Pomagają nam, na ile potrafią. Wciąż mam też w tym mieście wielu znajomych i przyjaciół, co jest bardzo miłe. Oni również wspierają nas na każdym kroku. Niedawno Liza wrzuciła krótki filmik na Facebooka informujący o naszych planach dotyczących otwarcia restauracji - osiągnął imponującą liczbę wyświetleń. Nie podejrzewałem, że tak szybko rozejdzie się to w sieci. Spotykam się z dużą liczbą pozytywnych reakcji ze strony nie tylko znajomych, ale również zupełnie obcych osób.  

Happy w roli poduszki

Już po tegorocznym przyjeździe do Polski 10-letnia Marion i 9-letnia Jula miały okazję wziąć udział w zajęciach w PSP nr 12, do której niegdyś uczęszczał ich ojciec. Pani dyrektor oraz nauczycielki z Dwunastki okazały się bardzo pomocne i życzliwe. - Córeczki chodziły do PSP nr 12 przez dwa miesiące, aby zapoznać się z placówką i rówieśnikami. Młodsza pojawiła się w klasie trzeciej, a starsza w czwartej. Bardzo im się podoba, zostały ciepło przyjęte przez uczniów i nauczycieli. Dziewczyny wracały ze szkoły z uśmiechem na twarzy. Czują się akceptowane przez swoich rówieśników. W każdym razie córeczki od września będą uczęszczać do klas trzeciej i czwartej. Po wielu latach Przemek miał przyjemność spotkać m.in. polonistkę z Dwunastki, Lidię Mańkę, która uczyła go w tej szkole.  

Dobrzy przyjaciele Przemka Masłonia z Kędzierzyna-Koźla

Marion Roos po kozielsku

Restauracja, którą polsko-filipińskie małżeństwo planuje otworzyć jeszcze podczas tych wakacji, będzie serwować dania kuchni azjatyckiej. Będzie się nazywać tak samo jak hotel na Filipinach, czyli "Marion Roos". Oczywiście w menu dominować będą dania filipińskie, których niektóre nazwy brzmią dość egzotycznie, jak na przykład: pancit canton and bihon, czyli smażony makaron. Pierwszy „canton” i drugi „bihon”. Różnica dotyczy makaronu w składzie. Pierwszy, bardziej tradycyjny, zawiera jajeczne noodle, a drugi to makaron ryżowy. W dodatkach nie obowiązuje żaden kanon, choć najczęściej króluje kurczak i/lub wieprzowina, cebula, czosnek, marchewka, kapusta oraz zielona fasolka. Bardzo popularnym dodatkiem są też krewetki.

Inne nazwy filipińskich potraw to chociażby lumpia (różne rodzaje sajgonek) oraz bulalo beef soup (tradycyjna filipińska zupa wołowa). Chicken - pork adobo to z kolei tradycyjne danie kuchni filipińskiej składające się z kurczaka i wieprzowiny. Mięso duszone jest w aromatycznym sosie, a podstawą smaku jest połączenie octu, sosu sojowego, dużej ilości czosnku, liści laurowych i ziaren czarnego pieprzu. Popularna jest również tradycyjna filipińska zupa z kurczaka - chicken tinola soap. Nie może też zabraknąć curry z kurczaka. W filipińskim menu często znajdziemy przeróżne mięsa, ryby i owoce morza z dopiskiem „sizzling”. Sizzling shrimps - skwierczące krewetki, sizzling seafoods – skwierczące owoce morza na gorącym żeliwnym talerzu.  

- Tu, w Koźlu, będziemy serwować sporo potraw z owocami morza, dania z ryżem, czy też filipińskie zupy. Wśród nich pojawi się tinola, która przypomina nieco polski rosół. Filipińska zupa jest gotowana na drobiu m.in. z dodatkiem imbiru, oczywiście warzyw i przypraw - cieszy się Przemek. - Tu, w Polsce, jest naprawdę świetny dostęp do azjatyckich składników, takich jak małże, krewetki, ośmiorniczki i inne owoce morza. Nawet produkty tych samych firm, które obecne są na rynku filipińskim, można nabyć w Polsce. Na przykład niektóre warzywa bądź ten sam sos ostrygowy, który w kuchni azjatyckiej jest bardzo popularny, mogę zamówić bez problemu na Allegro. Sklepy internetowe ściągają do Europy bardzo dużo tych produktów, zatem są one dostępne również w Polsce. Owszem, nie będziemy mieli dokładnie tego samo menu, co w naszej filipińskiej restauracji, chociażby ze względu na nieco utrudniony dostęp do ryb, które mamy w Azji. Dobrym przykładem jest marlin błękitny. To ryba bardzo smaczna i dobra jakościowo. W Puerto Galera kupujemy taką 10-kilogramową świeżutką rybę prosto z morza. Wcześniej zamawiamy poszczególne gatunki i rybak przywozi nam je do restauracji. Następnie we własnym zakresie je porcjujemy i przygotowujemy dla klientów. Do Europy taka ryba, z uwagi na transport, dociera zamrożona, ale, co istotne, nawet ją można już w Polsce kupić - dodaje Przemek.

Holenderska Filipinka

Dla Lizy nasze miasto nie stanowi większego zaskoczenia. - Liza ma w Puerto Galera swoją rodzinę, która przez cały czas bardzo nas wspiera. Działa to zresztą w obie strony. Żyją tam jej rodzice, trzy siostry i dwaj bracia. Obecnie główną menedżerką naszego hotelu na Filipinach jest szwagierka Lizy, która pracuje u nas 7-8 lat. Brat i szwagier Lizy jeżdżą  w Puerto Galera tuk-tukami, czyli autorikszami. Podsyłamy im naszych turystów, których wożą na wycieczki po wyspie. Jest to taka rodzinna symbioza, więc nasz biznes zostawiliśmy tam w dobrych i odpowiedzialnych rękach - podkreśla Przemek. 

Liza ma też obywatelstwo holenderskie. Trzy lata nauki języka holenderskiego zakończyła pozytywnie egzaminem i wtedy otrzymała dowód osobisty i paszport. - Jestem spokojny, że i język polski szybko opanuje. Zaczyna się go powoli uczyć - mówi Przemek.  

Liza przyznaje, że polski to bardzo trudny język. Będzie się też musiała dostosować do nowych reguł, jakie obowiązują w naszym kraju. - Na Filipinach podejście do życia jest nieco bardziej swobodne. W Polsce wszystko jest bardziej sformalizowane. Muszę się przyzwyczaić do nowego stylu życia, gdzie wszystko musi grać na tip-top, być idealnie dopracowane i gotowe do działania. Przykładem jest mnóstwo formalności, jakie trzeba przejść, aby otworzyć taki lokal gastronomiczny w Polsce. Ten proces biurokratyczny jest dość czasochłonny - nie ukrywa Liza. 

Natomiast Polska bardzo jej się podoba, jeśli chodzi o czystość, kulturę, przywiązanie do tradycji. Gdy była w Polsce po raz pierwszy po latach pobytu w Holandii, to urzekła ją polska gościnność, której nie doświadczyła w Europie Zachodniej. Ta gościnność i otwartość łączy Polskę i Filipiny. Jej zdaniem obie nacje chętnie dzielą się tym, co mają, nawet jeśli - jak ma to miejsce zwłaszcza w przypadku Filipińczyków - ludziom się nie przelewa. W zamożnej Holandii nigdy z czymś takim się nie spotkała. Liza zwróciła też uwagę na przyjazny stosunek ludzi w Polsce do jej osoby.

- Są uśmiechnięci, często pytają, co u mnie słychać. Wykazują duże zainteresowanie. To bardzo miłe - nie kryje Liza. - Jestem podekscytowana myślą, że będę mogła przyrządzać dania kuchni azjatyckiej tutaj, w Polsce. Są pewne obawy, choć przecież Europejczykom, w tym Polakom, którzy odwiedzili naszą restaurację na Filipinach, bardzo odpowiadały serwowane przez nas potrawy. Dlatego jestem dobrej myśli - uśmiecha się Liza.

Wnętrze kozielskiego lokalu 

Trzy lata temu Marion dostała na urodziny psa. Wabi się Happy. Jest przedstawicielem rasy siberian husky, która kojarzona jest m.in. z psimi zaprzęgami.

- Kupiłem go z hodowli na Filipinach jako trzymiesięcznego szczeniaka. O dziwo, psów tej rasy na Filipinach jest naprawdę dużo, choć kojarzymy je bardziej z chłodnym skandynawskim klimatem - mówi Przemek. - Chcemy go ściągnąć drogą lotniczą z Filipin do Polski, co nie jest takie łatwe z uwagi na szereg formalności, ale większość z nich udało się już załatwić. Nie mogę się doczekać, gdy w Polsce spadnie śnieg i Happy pierwszy raz w życiu zobaczy biały puch. Jestem ciekaw jego reakcji i czy obudzi się w nim ten zachowany gdzieś w genach instynkt. Raz nam uciekł na Filipinach. Wpadł do farmy indyków i odezwał się w nim ten wilczy zew natury. Zagryzł siedem indyków. Na drugi dzień przywiozła go do nas policja z pytaniem, czy to nasz pies. Oczywiście potwierdziłem. Dotarliśmy następnie na miejsce zbrodni, pokazano mi te indycze zwłoki i musiałem pokryć wszystkie straty. Dopiero wtedy nam go oddano.

Obie córki Przemka bardzo za nim tęsknią. - Wychowywały się razem z nim. Czasami nawet na nim spały. To jest nasz członek rodziny, do którego wszyscy bardzo się przywiązaliśmy. To jest niesamowity i bardzo towarzyski psiak. Wyczuwa nasze emocje, nasze gorsze dni. Na swój sposób próbuje nas pocieszyć. Obecnie na Filipinach opiekuje się nim nasz pracownik. Mam nadzieję, że Happy szybko do nas dołączy - nie kryje Przemek. Ten pochodzący z Koźla chłopak wraz z Lizą, Marion i Julą rozpoczynają nowy etap w swoim życiu. Trzymajmy za nich kciuki, bo to naprawdę wyjątkowi i pozytywnie nastawieni do świata ludzie.

Kozielskie "Marion Roos" jest już prawie gotowe o czym świadczy najświeższy filmik. 

Zapraszamy do obejrzenia poniższej fotogalerii. 

To w tym miejscu znajdować się będzie kozielska restauracja
Wizyta na wyspie Bali
Pobyt na wyspie Bali
Marion i Jula w regionalnych strojach
Impreza dla pracowników filipińskiego hotelu
Przemek w roli kelnera
Córeczka Marion zagrała w reklamie Shoppy (filipińskie Allegro)
Przemek na plaży
Pracownicy filipińskiego hotelu w Puerto Galera
Rocznica związku
Plaża na Puerto Galera 
Street food
Vietbam szkoła kulinarna. Liza również tam uczyła się gotować
Vietbam szkoła kulinarna. Pamiątkowe zdjęcie uczestników kursu gotowania
Widok restauracji Przemka i Lizy na Filipinach
Widok restauracji Przemka i Lizy na Filipinach
Zakochani i szczęśliwi 

 


Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Ostatnie komentarze
Autor komentarza: pracownik Treść komentarza: Robiłoś wcześniej w kędzierzyńskich azotach? Pytam, bo jak azotowiec chce sobie polepszyć i idzie gdzie indziej, to już po pierwszym dniu opowiada, że trafił do obozu pracy Data dodania komentarza: 31.07.2026, 18:29 Źródło komentarza: Rośnie zatrudnienie w Eko-Oknach w Kędzierzynie-Koźlu. Firma poszukuje kolejnych pracowników Autor komentarza: stary_zgred Treść komentarza: Wszystko jest halo. Kiedyś przypałętał się za mną pies do domu, więc go wziąłem bo było szkoda zostawić na noc. Fakt znalezienia psa zgłosiłem do lokalnej rozgłośni radiowej. To samo zrobiła właścicielka tego samego psa – ona do tego samego radia zgłosiła fakt zgubienia psa. Spikerzy z radia codziennie odczytywali te ogłoszenia kilkakrotnie, ale nie połączyli kropek. Psisko trzymałem, karmiłem i wyprowadzałem na spacery trzy dni, a właścicielka znalazła się nieoczekiwanie jak wyszedłem z psem na kolejny spacer – okazało się że mieszka blok obok i tak wpadliśmy na siebie. Tu jest Polska. Data dodania komentarza: 31.07.2026, 18:09 Źródło komentarza: Miał dwa zakazy prowadzenia pojazdów i był poszukiwany. 30-latek wpadł podczas kontroli Autor komentarza: tw Treść komentarza: Lokalna komuna kompletnie nic nie jarzy Data dodania komentarza: 31.07.2026, 18:06 Źródło komentarza: Czekamy na konkrety w sprawie Wojsk Obrony Terytorialnej w Kędzierzynie-Koźlu Autor komentarza: stary_zgred Treść komentarza: Weźta powiedzta ludziom, jak wy sobie wyobrażacie odbudowę Armii? Za PRLu Ludowe Wojsko Polskie liczyło ponad 400 000 żołnierzy. Ci ludzie byli wyposażeni w masę sprzętu. To wszystko musiało gdzieś mieszkać, jeść, spać, magazynować, naprawiać, ćwiczyć. To były miliony hektarów ziemi i dziesiątki tysięcy budynków. Większości tego wszystkiego dzisiaj NIE MA – zostało zlikwidowane, sprzedane, „przekształcone własnościowo”. Jak dzisiaj kto gada, że my tu zbudujemy największą Armię w Europie, a co niektórzy jeszcze bajdurzą o przywróceniu poboru, to powiedzta, gdzie to się wszystko pomieści? Zbudujemy na nowo te koszary, warsztaty, garaże, drogi, strzelnice, magazyny sprzętu, żywności, amunicji, broni, lotniska, hangary, koszarowe chlewnie i wszystko inne? Przecież my nie potrafimy zbudować kilometra autostrady, jednego mostu, czy nawet małej gminnej oczyszczalni ścieków bez dotacji europejskich. A wy tu piszecie o jakimś WOT w starej szkole. Co to będzie? Półkolonia młodzieży do godziny 15:00 ze strzelaniem z KBKSu do tarczy w lesie na zaimprowizowanym torze 50m, albo z elektronicznym symulatorem strzelania tak jak opowiadał jeden medialny generał – nie było kasy na nic, ale ćwiczyli na torze czołgowym idąc piechotą po tym torze i udając że są w czołgu. Paranoja zupełna, ale ten film jest w sieci, można go obejrzeć. To już taniej i skuteczniej zrobić model obronności Księstwa Andory - każdemu karabin do domu a na wypadek W partyzantka w oczekiwaniu na gwarantowaną obronę (u nich Armii Francuskiej) uzbrojonego sojusznika. Uczcie ludzi lokalnej geografii, dajcie im aktualne mapy i powiedzcie co to jest, nauczcie jak przeżyć trzy dni w lesie bez smartfona i zapasu żywności i wody, ale za to jedynie z nożem. Do tego nauczcie ich, co to jest kompas i jak to działa, pokażcie im lornetkę oraz radio nadawczo odbiorcze z wytłumaczeniem działania, planem częstotliwości radiowych i zasad budowy anten oraz wyjaśnijcie od której strony trzyma się zwykły śrubokręt. Będzie lepiej, taniej i bezpieczniej - dla wszystkich. Data dodania komentarza: 31.07.2026, 17:27 Źródło komentarza: Czekamy na konkrety w sprawie Wojsk Obrony Terytorialnej w Kędzierzynie-Koźlu Autor komentarza: stary_zgred Treść komentarza: Jak paliwo ruszyło do góry z 5PLN na 8PLN, to była winy Cieśniny Ormuz. Jak spytali Orlen, dlaczego sprzedawali paliwo w 2025r. po 2,94PLN na Wschód, to mówili, że to inna kalkulacja bo tam paliwo szło bez krajowych obciążeń fiskalnych. Z tego wniosek, że jak paliwo poszło z 5PLN na 8PLN, to nie przez Cieśninę Ormuz, tylko przez podatki. Tak, czy nie? Data dodania komentarza: 31.07.2026, 16:12 Źródło komentarza: Paliwo coraz droższe w Kędzierzynie-Koźlu. Diesel już kosztuje 7,99 zł. Pęknie granica 8 zł? Autor komentarza: Grzegorz Treść komentarza: Za Morawieckiego paliwo też było powyżej 8 PLN i jakoś nikt tutaj nie wrzeszczał. Data dodania komentarza: 31.07.2026, 15:08 Źródło komentarza: Paliwo coraz droższe w Kędzierzynie-Koźlu. Diesel już kosztuje 7,99 zł. Pęknie granica 8 zł?
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama Moja Gazetka - strona główna