Zszokowani mieszkańcy pytają, jak to jest możliwe? - Jak w tak krótkim czasie udało się go zdiagnozować, czy zrobić badania? - pyta nas jedna z mieszkanek.
Blok zamieszkują głównie osoby starsze, które nie porodzą sobie w konfrontacji z 33-latkiem. Dla lokatorów bloku gdzie mieszka mężczyzna oznacza to powrót do codzienności, w której boją się wychodzić na klatkę, asekurują dzieci, gromadzą nagrania i od miesięcy proszą kolejne instytucje o skuteczną pomoc. Jedna z kobiet powiedziała nam, że od grudnia ubiegłego roku nie wyszła sama z mieszkania w obawie o swoje życie. Agresywny mężczyzna zagroził, że ją potnie. Dokumenty, do których dotarła „Lokalna”, pokazują, że problem był zgłaszany policji, prokuraturze, MOPS-owi i władzom miasta na długo przed wydarzeniami z końca września.
O sytuacji przy ul. Bolesława Chrobrego pisaliśmy już dwukrotnie. 29 września policja została wezwana w związku z zachowaniem 33-latka, który według relacji mieszkańców miał biegać po okolicy, krzyczeć, przeklinać i kierować pod adresem innych osób groźby pozbawienia życia. O sprawie pisaliśmy TUTAJ. Jedna ze świadków mówiła również o dużym, błyszczącym przedmiocie, który widziała w jego ręce. Policjanci po odnalezieniu mężczyzny nie znaleźli jednak przy nim żadnego niebezpiecznego przedmiotu.
Na miejsce wezwano również zespół ratownictwa medycznego. Po badaniu nie stwierdzono wówczas wskazań do hospitalizacji. Mieszkańcy nie kryli rozgoryczenia. Przekonywali, że ratownicy zobaczyli mężczyznę już wtedy, kiedy zdążył się uspokoić, podczas gdy wcześniej jego zachowanie miało wyglądać zupełnie inaczej.
Następnego dnia, 30 września, około godz. 18 doszło do kolejnej interwencji. Pisaliśmy o tym TUTAJ. Tym razem policjanci zatrzymali 33-latka ze względu na agresywne zachowanie. Z uwagi na jego stan został następnie przewieziony do szpitala. Dla mieszkańców była to chwila ulgi i nadzei, że coś się zmieni. Po miesiącach zgłoszeń, wezwań policji i pogotowia, pism oraz rozmów z przedstawicielami różnych instytucji liczyli, że wreszcie wydarzyło się coś, co pozwoli im spokojnie funkcjonować.
W piątek znowu był pod blokiem
W piątek po południu mieszkańcy zobaczyli 33-latka ponownie przy jego miejscu zamieszkania.
- Za wiele z nim nie zrobili. Teraz tylko czekać na kolejne akcje – przekazał nam jeden z lokatorów. Dla części lokatorów oznacza to powrót do życia, które od miesięcy podporządkowane jest obawie przed tym, co może wydarzyć się na klatce schodowej. Jedna z mieszkanek opowiada, że sąsiedzi zaczęli się wzajemnie asekurować. Dorośli wychodzą po dzieci, aby te nie musiały same przechodzić przez klatkę. Gdy dochodzi do kolejnych awantur, część lokatorów zbiera się w jednym z mieszkań, żeby nie zostawać samemu i w razie potrzeby móc wspólnie zareagować.
- Boimy się zejść na dół. Sąsiadka ma dzieci, więc jak trzeba, mąż po nie wychodzi. Jak coś się dzieje, dzieci przychodzą do nas albo my idziemy do nich. Różnie bywa. To jest nienormalne - mówi kobieta.
Mieszkańcy opisują sytuację, w której planują wyjścia z mieszkań, sprawdzają, co dzieje się na klatce, a dzieci nie zawsze poruszają się po budynku samodzielnie. Jedna z rozmówczyń ujmuje to krótko: - To jest życie w strachu cały czas.
Strach narastał miesiącami
Sytuacja nie zaczęła się od wydarzeń z końca września. Lokatorzy mówią o miesiącach krzyków, nocnych awantur, wulgaryzmów i zachowań, które stopniowo budziły coraz większe obawy.
Jeden z mieszkańców mówi, że 33-latek miał nocami stawać pod drzwiami sąsiadów, chodzić w górę i w dół po klatce schodowej, krążyć wokół bloku i długo wpatrywać się w okna. Inne osoby opowiadają o niszczeniu przedmiotów czy ingerowaniu w instalacje w części wspólnej budynku. W dokumentach kierowanych przez mieszkańców do instytucji pojawiają się informacje o wyłączaniu bezpieczników zasilających mieszkania i klatkę schodową oraz uszkodzeniu instalacji światłowodowej w piwnicy. W marcu miało dojść do trzech przypadków wyłączenia zasilania wymagających interwencji elektryka. Mieszkańcy przekazywali policji materiały fotograficzne i wideo dokumentujące zachowanie 33-latka.
Filmy i zdjęcia dla policji
9 września mieszkańcy skierowali do Komendanta Powiatowego Policji w Kędzierzynie-Koźlu formalny wniosek o podjęcie „natychmiastowych, a przede wszystkim skutecznych i adekwatnych działań”. W piśmie opisali wielomiesięczny problem i zwrócili się o zapewnienie im bezpieczeństwa.
- Wielokrotnie przez balkon wyrzucał meble i różny sprzęt. Stwarza realne zagrożenie dla życia i zdrowia swojego oraz innych osób w tym dzieci. Kieruje wulgaryzmy obelgi i groźby pod adresem innych osób, jego brat opuścił mieszkanie w obawie o swoje zdrowie i życie. Znajduje się w stanie wskazującym na brak kontroli nad własnym zachowaniem, jest osobą najprawdopodobniej uzależnioną od środków odurzających i najprawdopodobniej chorą psychicznie. Twierdzi, że w jego mieszkaniu został zainstalowany sprzęt szpiegowski oraz monitoring i że jest podsłuchiwany. Nie pracuje ma wyłączony gaz i prąd - czytamy w piśmie.
- W ocenie mieszkańców istnieje uzasadniona obawa, że zachowanie Pana Adriana może doprowadzić do tragedii, z dużą dozą prawdopodobieństwa podejmie on działania na naszą i swoją szkodę. Obecnie mamy takie przeświadczenie, że nikt z organów państwowych nie traktuje nas z należytym zrozumieniem, bagatelizując i marginalizując nasz problem - uważa Zarząd Wspólnoty Mieszkaniowej "Chrobrego 14".
Do dokumentu dołączono pendriva zawierającego nagrania wideo i zdjęcia przedstawiające zachowania mężczyzny. Pod pismem podpisała się liczna grupa mieszkańców oraz przedstawiciele zarządu wspólnoty.
Jedna z lokatorek mówi wprost: - My się już uczymy, że musimy wszystko nagrywać. Jak on się drze, to przecież nie zawsze od razu wszyscy stoimy z komórkami i nagrywamy.
Pierwsze ostrzeżenia już w 2025 roku
Sygnały o problemie z mężczyzną pojawiły się wiele miesięcy temu. We wrześniu 2025 roku do zarządcy nieruchomości wpłynęło pismo współwłaściciela mieszkania i członka rodziny 33-latka. Autor opisywał w nim niepokojące zachowania mężczyzny.
- Bardzo głośno krzyczy w mieszkaniu oraz przez balkon, puszcza głośno muzykę, wyrzuca meble z mieszkania. Krzykom tym towarzyszą liczne przekleństwa oraz groźby skierowane do osób... wierzy, iż jest podsłuchiwany przez sąsiadów, że osoby z bloku naprzeciwko prześladują go, że zakłócany jest „sygnał” w mieszkaniu, przy tym wszystkim słyszy głosy w głowie... wierzy w urojenia, piszę o tym informacyjnie, celem potencjalnego zwiększenia świadomości sąsiadów, gdyż jego zachowanie jest niebezpieczne dla niego samego, ale przede wszystkim sąsiadów, gdyż są to zachowania niestabilne, nieprzewidywalne i irracjonalne z perspektywy zdrowego sąsiada, mogące potencjalnie prowadzić do krzywdy osób postronnych - czytamy w piśmie.
Autor zaznacza jednocześnie, że jego przypuszczenia dotyczące możliwych przyczyn tych zachowań wynikają wyłącznie z osobistych obserwacji, a nie z diagnozy medycznej. Poinformował także, że sam zdecydował się opuścić mieszkanie w celu ochrony swojego życia. Zalecał sąsiadom, by w razie kolejnych niebezpiecznych sytuacji zawiadamiali policję.
W późniejszych dokumentach zarządca nieruchomości podał, że o sytuacji osobiście informował dzielnicowego już 1 października 2025 roku.
MOPS został zaalarmowany w marcu
30 marca 2026 roku Zarządzanie Nieruchomościami „Domena” skierowało do Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej w Kędzierzynie-Koźlu dokument zatytułowany „Zawiadomienie o konieczności podjęcia pilnej interwencji”.
Opisano w nim zachowania, które – według zarządcy i mieszkańców – miały charakter agresywny i bardzo uciążliwy. Mowa była o regularnych krzykach, głośnej muzyce, wyrzucaniu przedmiotów przez balkon i zachowaniach powodujących poczucie zagrożenia. Zarządca poprosił o przeprowadzenie wywiadu środowiskowego oraz podjęcie działań przewidzianych prawem. W dokumencie zaznaczono też, że mieszkańcy wielokrotnie wzywali policję i pogotowie.
Również wspólnota zwróciła się do MOPS-u o pilne działanie. W piśmie mieszkańcy domagali się m.in. przeprowadzenia czynności sprawdzających oraz rozważenia prawnych możliwości dalszego postępowania.
Prokuratura odmówiła
10 kwietnia zarząd wspólnoty skierował pismo do Prokuratury Rejonowej w Kędzierzynie-Koźlu.
Mieszkańcy zwrócili się o rozważenie wystąpienia z wnioskiem dotyczącym ubezwłasnowolnienia 33-latka. W uzasadnieniu po raz kolejny opisali krzyki, groźby, zachowania wobec sąsiadów oraz uszkodzenia w częściach wspólnych budynku.
W piśmie szczegółowo przedstawili również wydarzenia z 26 marca. Według ich relacji mężczyzna miał biegać po korytarzu i podwórku, zaczepiać ludzi, grozić im oraz sobie. Tego dnia na miejsce ponownie wezwano policję i pogotowie, a 33-latek został zabrany do szpitala. WNIOSEK nr 2 DO PROKURATORA Alt…
Wspólnota podała, że od sierpnia 2025 roku policja była wzywana w związku z jego zachowaniem kilkanaście razy. 15 kwietnia Prokuratura Rejonowa odpowiedziała wspólnocie. Prokurator poinformował, że na tamtym etapie nie było podstaw do wystąpienia do sądu z wnioskiem o ubezwłasnowolnienie. Jednocześnie wskazał, że prowadzone jest postępowanie przygotowawcze, którego przebieg i wynik mogą mieć znaczenie dla ewentualnej późniejszej oceny sytuacji.
W odpowiedzi podkreślono, że samo stwierdzenie zaburzeń psychicznych nie wystarcza do ubezwłasnowolnienia. Trzeba również ustalić, czy takie rozwiązanie służy interesowi osoby, której miałoby dotyczyć.
Prokurator wyjaśnił, że instytucja ubezwłasnowolnienia ma służyć przede wszystkim ochronie dobra tej osoby, a nie ochronie innych ludzi. I właśnie ten fragment mieszkańcy odebrali szczególnie źle.
- Prokurator napisał, że on jest najważniejszy, nie my - mówi jedna z lokatorek.
Po chwili sama zastrzega jednak: - Tak ja to zrozumiałam, może źle. Emocji nie ukrywa. - Ja się wszystkich pytam, czy on musi kogoś tu zabić, czy musi coś zrobić, żeby oni się wzięli do roboty?
Prokurator zaznaczył, że w przypadku zdarzeń uzasadniających natychmiastową reakcję mieszkańcy powinni niezwłocznie zawiadamiać policję lub prokuraturę, aby możliwe było rozważenie innych środków.
Groźby zmieniły jej życie
Wśród lokatorów są również osoby, które podjęły indywidualne kroki prawne. Jedna z mieszkanek, z którą rozmawialiśmy, wspólnie z mężem zdecydowała się zgłosić sprawę po tym, jak – jak relacjonuje – przez dłuższy czas słyszała kierowane pod ich adresem obelgi i groźby. Kobieta prosi, aby nie ujawniać szczegółów, które mogłyby pozwolić na jej identyfikację.
Jak mówi, początkowo nie chciała angażować policji. - Na początku w ogóle tego nie zgłaszaliśmy. Nie chcieliśmy robić zamieszania. Tylko, że to stopniowo narastało przez wiele miesięcy – opowiada.
Wraz z mężem należeli do pierwszych osób, które zdecydowały się oficjalnie przedstawić policji swoje doświadczenia.
Jej zdaniem początkowo problem mógł być odbierany jako konflikt pomiędzy kilkorgiem sąsiadów. - Jak są dwie osoby, to mogli uznać, że to jakaś sąsiedzka sprawa. Teraz sytuacja wygląda inaczej, bo wszyscy widzą, co się dzieje - dodaje.
Przełomem miały być groźby skierowane pod jej adresem. Rozmówczyni nie chce publikowania najbardziej szczegółowych informacji dotyczących jej sytuacji, ale przyznaje, że potraktowała słowa mężczyzny poważnie i uwzględniła je w zawiadomieniu. Mężczyzna zagroził, że ją potnie. Od tego czasu zaczęła unikać sytuacji, w których mogłaby znaleźć się sama w pobliżu 33-latka. Od grudnia ubiegłego roku nie wyszła sama z mieszkania.
Jej historia pokazuje to samo, o czym mówią pozostali mieszkańcy: lęk nie kończy się wraz z ustaniem awantury. Wpływa na zwyczajne codzienne czynności. - To jest chore, to jest nienormalne - mówi kobieta.
Podkreśla, że podobnie zachowują się także inne osoby w budynku. Niektóre kobiety starają się wychodzić w towarzystwie bliskich, a rodzice proszą sąsiadów o pomoc, by dzieci nie musiały same przechodzić przez klatkę. - To jest życie w strachu cały czas - powtarza.
Napisali do komendanta i prezydenta
Mimo wcześniejszych interwencji i pism mieszkańcy nie czuli, aby problem został rozwiązany. 9 września skierowali kolejny dokument do komendanta powiatowego policji, a jego kopię przekazali prezydentowi Kędzierzyna-Koźla.
Prosili w nim o działania pozwalające im poczuć się bezpiecznie we własnym domu.
W piśmie przypomnieli, że policja była wielokrotnie wzywana od sierpnia 2025 roku i że mężczyzna wcześniej trafiał już do szpitala. Na końcu napisali: „Obecnie mamy takie przeświadczenie, że nikt z organów państwowych nie traktuje nas z należytym zrozumieniem, bagatelizując i marginalizując nasz problem”.
Prosili o potraktowanie sprawy „poważnie i kompetentnie”, a przede wszystkim o skuteczne działania, które pozwolą im poczuć się bezpiecznie we własnych mieszkaniach.
Byli w szoku, że tak szybko wrócił
Dlatego ostatnia interwencja dała mieszkańcom nadzieję. We wtorek 30 września policja zatrzymała 33-latka, a następnie został on przewieziony do szpitala. Sąsiedzi sądzili, że tym razem będą mieli więcej czasu na spokojne funkcjonowanie.
- Byliśmy w szoku, że tak szybko wrócił. Myśleliśmy, że tym razem potrwa to dłużej - mówi jedna z mieszkanek. Mieszkańcy nie wiedzą, jakie dokładnie badania wykonano ani jakie były podstawy decyzji o zakończeniu pobytu. Nie mają dostępu do dokumentacji medycznej mężczyzny. Wiedzą natomiast jedno: w piątek ponownie zobaczyli go przy bloku.
Zebrana przez mieszkańców dokumentacja pokazuje, że obecna sytuacja nie jest skutkiem jednej awantury ani jednego zgłoszenia. We wrześniu 2025 roku problem opisywał już członek rodziny 33-latka. Później informowany był dzielnicowy. W marcu 2026 roku pisma otrzymał MOPS. W kwietniu sprawa trafiła do prokuratury. We wrześniu mieszkańcy ponownie zwrócili się do komendanta policji i poinformowali prezydenta miasta. Policji przekazano również filmy i zdjęcia.
W dokumentach pojawiają się kolejne interwencje, wezwania pogotowia, pobyty w szpitalu, zgłoszenia dotyczące gróźb, uszkodzeń instalacji i zakłócania spokoju. Mieszkańcy podkreślają, że mają świadomość, iż służby muszą działać w granicach prawa i że nie każda interwencja może zakończyć się zatrzymaniem czy przymusowym leczeniem.
Z ich perspektywy pozostaje jednak jeden podstawowy problem: mimo miesięcy alarmowania instytucji nadal nie czują się bezpiecznie. Dzieci są odbierane przez dorosłych. Sąsiedzi sprawdzają, czy można spokojnie wyjść na klatkę. Podczas awantur gromadzą się razem. Nagrywają telefony komórkowe, przechowują filmy i zdjęcia, piszą kolejne pisma.
Po ostatniej interwencji, przez krótki czas, wydawało im się, że być może wreszcie coś się zmieniło.



Napisz komentarz
Komentarze