Reklama
czwartek, 8 października 2026 23:00
Reklama Dental Clinic - baner reklamowy
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Rafał Turemka spełnił wielkie marzenie! Przejechał na motocyklu Route 66 i dotarł do Pacyfiku

Awaria motocykla na pustyni, naprawa hamulców w palącym słońcu Arizony, niezwykłe spotkania z ludźmi, miasteczka rodem z Dzikiego Zachodu i wreszcie moment, na który czekał od wielu lat. Rafał Turemka z Kędzierzyna-Koźla dokonał tego, o czym marzył – pokonał legendarną Route 66 i dotarł do jej symbolicznego końca na molo w Santa Monica nad Oceanem Spokojnym.
Rafał Turemka spełnił wielkie marzenie! Przejechał na motocyklu Route 66 i dotarł do Pacyfiku
Rafał Turemka spełnił swoje wielkie marzenie! Po blisko czterech tygodniach podróży legendarną Route 66 dotarł do jej symbolicznego końca na molo w Santa Monica nad Oceanem Spokojnym. Gdy stanął pod słynnym znakiem „End of the Trail”, nie krył wzruszenia.

Źródło: Archiwum własne

Gdy stanął przed słynnym znakiem kończącym trasę, emocje były tak wielkie, że przez chwilę zabrakło mu słów. A przecież jego wielka amerykańska przygoda wcale się jeszcze nie skończyła.

Kiedy 12 września Rafał wyruszał na Route 66, miał przed sobą jedną z najsłynniejszych dróg świata, liczącą około 3940 kilometrów. Historyczna trasa, łącząca Chicago z kalifornijskim wybrzeżem, od dziesięcioleci rozpala wyobraźnię podróżników. Dla wielu motocyklistów jej pokonanie jest spełnieniem marzeń. Tak było również w przypadku mieszkańca Kędzierzyna-Koźla, który od dawna planował swoją amerykańską wyprawę. Pisaliśmy o tym TUTAJ.

Rafał nie ograniczył się jednak do przejechania samej Route 66. Regularnie zbaczał z wyznaczonego szlaku, odwiedzając parki narodowe, niezwykłe formacje skalne, zabytkowe miasteczka i miejsca znane z amerykańskich filmów. W efekcie na początku października miał już na koncie ponad 10 tysięcy mil, czyli przeszło 16 tysięcy kilometrów przejechanych motocyklem podczas całej wyprawy.

- Nie wiem, czy ostatecznie zmieszczę się w 20 tysiącach kilometrów. Zobaczymy, bo przecież to jeszcze nie koniec - mówi z uśmiechem Rafał.

Awaria na pustyni. Trzeba było zmienić wszystkie plany

Początek października przyniósł kolejne niezapomniane widoki, ale również poważną komplikację. Rafał po raz kolejny opuścił Route 66, aby zobaczyć Wielki Kanion, a następnie Antelope Canyon, słynący z fantastycznych formacji skalnych wyrzeźbionych przez wodę. Dotarł również do Monument Valley, krainy monumentalnych ostańców skalnych, znanej z niezliczonych westernów, oraz Forrest Gump Point, miejsca uwiecznionego w słynnym filmie z Tomem Hanksem.

- Te formacje są naprawdę nieziemskie. Coś przepięknego - opowiada Rafał Turemka. Niestety, wkrótce pojawił się problem. W motocyklu skończyły się tylne klocki hamulcowe. Sama ich wymiana nie stanowiłaby dla Rafała większego wyzwania. Gorzej było ze zdobyciem odpowiednich części w odległym zakątku Arizony.

- Gdyby podczas przeglądu motocykla ktoś zauważył, że klocki są już na wykończeniu, wystarczyłoby wrzucić zapasowe do kufra. Wymieniłbym je gdzieś przy drodze dwoma kluczami. A tak zrobił się duży problem - opowiadał. W okolicy nie było odpowiednich części, a najbliższa dostawa mogła dotrzeć dopiero po kilku dniach. Tymczasem Rafał planował zwiedzanie kolejnych parków, między innymi Zion i Bryce Canyon oraz okolic słynnej formacji The Wave.

Ratunkiem okazał się kontakt ze Sławkiem Bojanowskim, Polakiem mieszkającym w Arizonie, którego Rafał poznał podczas wcześniejszego etapu podróży. Pisaliśmy o tym TUTAJ. Sławek, podobnie jak on, jest blacharzem-lakiernikiem samochodowym. Wraz z żoną Iwoną wcześniej serdecznie ugościli polskiego motocyklistę w swoim domu.

Dzięki kontaktom ze Sławkiem udało się zarezerwować odpowiednie klocki hamulcowe w salonie BMW w Phoenix. Problem w tym, że oznaczało to konieczność pokonania długiej drogi na południe i rezygnację z zaplanowanego zwiedzania. - Nie będę przecież niszczył komuś tarczy hamulcowej w motocyklu. Trzeba być ludzkim. Najważniejsze, że zdrowie jest. Klocki się skończyły, nic wielkiego. Dobrze, że tylko klocki - podsumował Rafał. Po dotarciu do Phoenix odebrał części i zaczął wymianę na parkingu przed salonem.

- W takim piekącym arizońskim słońcu, na kolanach, pod salonem motocyklowym wymieniałem klocki. Szef się zainteresował, podszedł, zapytał, czy wszystko w porządku, czy nie potrzebuję wody. Powiedział, żebym po skończeniu wszedł do środka, trochę się schłodził, napił wody i odpoczął. Bardzo fajne zachowanie - wspomina.

Naprawa zakończyła się sukcesem. Rafał natychmiast ruszył z powrotem na północ i późnym wieczorem dotarł do Flagstaff. Za sobą miał kolejny wielogodzinny maraton, ale najważniejsze było to, że motocykl znów był sprawny.

Hamburger z historią i miasteczka, w których zatrzymał się czas

Po powrocie na Route 66 Rafał dotarł do Williams, jednego z miasteczek, w których wciąż żyje duch dawnej Ameryki. Kolorowe szyldy, sklepy pełne pamiątek, zabytkowe samochody i charakterystyczne neony przypominają czasy największej świetności legendarnej drogi.

Miał również szczęście trafić na zlot starych samochodów. Ku jego zaskoczeniu wśród zabytkowych pojazdów licznie reprezentowane były japońskie Datsuny i Mazdy, a dopiero później amerykańskie klasyki. Jeszcze większe wrażenie zrobiło na nim Seligman, niewielkie miasteczko uważane za jedno z najważniejszych miejsc związanych z ocaleniem pamięci o historycznej Route 66.

- Mega klimatyczne miasteczko. Właściwie jedna główna ulica, a po prawej i lewej stronie same pozostałości po sześćdziesiątce szóstce. Wygląda to trochę jak skansen, ale naprawdę ma niesamowity klimat - opowiada Rafał.

Tam skusił się na hamburgera w lokalu działającym od 1953 roku. Uwagę zwróciła jego długa kolejka, która wychodziła aż na zewnątrz. Rafał postanowił sprawdzić, skąd takie zainteresowanie. Na zamówienie czekał około 20–25 minut. Nie żałował ani chwili.

- Jak zjadłem tego hamburgera, to szacun! Naprawdę rewelacyjny. I nie chodzi tylko o nazwę czy to, że lokal jest ikoną Route 66. Ci ludzie naprawdę się starają, żeby jedzenie smakowało. Warto było czekać - wspomina z entuzjazmem. Dla polskiego motocyklisty takie miejsca mają jednak znacznie większą wartość niż tylko turystyczna ciekawostka.

- Trzeba wspierać takie pozostałości po kultowej drodze. Bez nas, turystów, to wszystko się pozamyka. A przecież właśnie te miejsca tworzą niepowtarzalny klimat Route 66 - podkreśla. Na dalszej trasie odwiedził również Hackberry General Store, zabytkowy sklep i dawną stację benzynową, otoczone starymi samochodami, dystrybutorami paliwa oraz pamiątkami z czasów świetności Route 66.

Szklany taras nad kanionem nie zachwycił, ale zapora tak!

Kolejny przystanek Rafał zaplanował w Kingman. Jednak poranny rzut oka na mapę po raz kolejny zmienił jego plany. Okazało się, że stosunkowo niedaleko znajdują się dwie atrakcje, których nie chciał przegapić: Grand Canyon Skywalk i słynna zapora Hoovera. Skywalk to szklany taras wysunięty nad przepaść w zachodniej części Wielkiego Kanionu. Rafał był szczególnie ciekawy tego miejsca, ponieważ wcześniej zwiedzał już inną część kanionu i miał możliwość porównania obu lokalizacji. Ku jego zaskoczeniu słynny taras nie zrobił na nim tak wielkiego wrażenia, jakiego się spodziewał.

- Zdecydowanie bardziej podobała mi się ta część Wielkiego Kanionu, którą zwiedzałem wcześniej. Jest tam więcej ciekawych punktów widokowych, większa przestrzeń i zupełnie inny klimat. Tutaj wszystko jest ogrodzone, wożą cię autobusami, a do tego kosztuje to naprawdę sporo pieniędzy. Sam szklany taras nie zrobił na mnie jakiegoś szczególnego wrażenia. Może po prostu za dużo od niego oczekiwałem - przyznaje.

Zupełnie inaczej ocenił zaporę Hoovera, jedną z najbardziej imponujących budowli inżynieryjnych w Stanach Zjednoczonych. Monumentalna betonowa konstrukcja, wzniesiona na rzece Kolorado na granicy Arizony i Nevady, ma ponad 220 metrów wysokości. Jej powstanie w latach 30. XX wieku doprowadziło do utworzenia jeziora Mead, jednego z największych sztucznych zbiorników wodnych w USA.

- Ta zapora naprawdę robi niesamowite wrażenie. To jedno z największych osiągnięć amerykańskiej inżynierii. Bardzo ciekawy punkt do zwiedzania, zdecydowanie bardziej mi się podobał niż szklany taras - opowiada Rafał.

Ciekawostką jest przebiegająca przez zaporę granica dwóch stanów i związanych z nimi stref czasowych. Znajdują się tam nawet zegary pokazujące czas w Nevadzie i Arizonie. Latem wskazują tę samą godzinę, natomiast zimą różnią się o godzinę.

Dziki Zachód, osiołki i strzelanina na ulicy

Jednym z najbardziej niezwykłych miejsc odwiedzonych podczas kolejnego etapu wyprawy było Oatman, niewielka dawna osada górnicza w Arizonie. Miejscowość rozwinęła się dzięki odkryciom złota, a dziś przyciąga turystów atmosferą rodem z westernów.

Drewniane budynki, stare saloony, sklepy z pamiątkami i uliczne pokazy strzelanin tworzą scenerię przypominającą plan filmowy. Jednak największą atrakcją są osiołki, które swobodnie spacerują pomiędzy turystami, zaglądają do sklepów, a nawet wychodzą na jezdnię.

– Już dojeżdżając do Oatman, trzeba uważać, bo są znaki ostrzegające przed osiołkami. One po prostu wszędzie chodzą. Na ulicy, pomiędzy ludźmi, samochodami. Można kupić dla nich specjalne jedzenie. Do tego te wszystkie stare budynki, atmosfera Dzikiego Zachodu i pokaz strzelaniny na środku ulicy. Naprawdę coś niesamowitego - relacjonował z trasy motocyklista.

Jak przyznaje, podobnego klimatu nie doświadczył nigdzie indziej na dotychczasowej trasie. Oatman było również kolejnym miejscem, w którym nawiązał nowe znajomości. Spotkał podróżnika poruszającego się motocyklem Royal Enfield, prowadzącego własny kanał poświęcony wyprawom. Mężczyźni wymienili się kontaktami, a później kilkakrotnie mijali się na trasie.

Polska flaga w małej kawiarni na pustyni

Jeszcze bardziej osobiste okazało się spotkanie w Bagdad Café, niewielkim lokalu przy historycznej Route 66 w Kalifornii. Z zewnątrz niepozorne miejsce, które można byłoby łatwo przeoczyć, skrywa niezwykłą atmosferę. Wnętrze kawiarni pokrywają zdjęcia, banknoty, pamiątki i podpisy pozostawione przez podróżników z najróżniejszych zakątków świata. Rafał znał ten lokal z filmów oglądanych w internecie i postanowił przekonać się, czy rzeczywiście jest tak wyjątkowy. Nie zawiódł się.

- Wchodzę do środka, a tam wszędzie zdjęcia, pieniądze, pamiątki. Nagle właściciel pyta mnie, skąd jestem. Odpowiadam, że z Polski, a on dosłownie w sekundę wyciąga z kubka polską flagę! Woła mnie za ladę, daje mi znak Route 66, każe trzymać flagę i robi mi zdjęcie. Za chwilę wydrukował mi je na pamiątkę. I nie chciał za to żadnych pieniędzy! - opowiada rozbawiony Rafał.

Chwilę później do lokalu weszła turystka z Japonii, a następnie podróżnicy z Francji. Każdy został powitany równie serdecznie. Właściciel robił zdjęcia, rozdawał pamiątki i rozmawiał z gośćmi.

- Wyobraźcie sobie, pełen lokal ludzi, każdy z innej części świata. A ten człowiek każdemu poświęca uwagę. Niesamowicie pozytywna atmosfera. Widać, ile on wkłada w to serca – podkreśla podróżnik. Rafał postanowił odwdzięczyć się za tak serdeczne przyjęcie. Kupił wodę, magnes i kilka drobiazgów, a także zostawił napiwek.

- Takie miejsca trzeba wspierać. One żyją praktycznie tylko z turystów. To boczna droga, przypadkowy kierowca raczej tam nie zajedzie. Jeśli nie będziemy ich wspierać, to za jakiś czas po prostu znikną. A wtedy ci, którzy pojadą Route 66 po nas, nie będą już mieli czego oglądać - mówi.

Las szklanych butelek i ostatnie ślady dawnej Ameryki

Podróż przez kalifornijski odcinek Route 66 przyniosła kolejne niespodzianki. Jedną z nich było miejsce, na które Rafał natrafił zupełnie przypadkowo.

Przy drodze zobaczył niezwykłą instalację przypominającą las. Zamiast zwykłych liści na metalowych konstrukcjach przypominających drzewa znajdowały się setki pustych szklanych butelek. Pomiędzy nimi ustawiono stare maszyny, przedmioty codziennego użytku i zabytkowe pojazdy, w tym jeepa Willysa.

- Nie miałem tego zaznaczonego na mapie. Nawet nie wiedziałem, że takie miejsce istnieje. Po prostu jechałem, zobaczyłem i się zatrzymałem. Ktoś miał pomysł, żeby ze starych butelek i różnych przedmiotów zrobić atrakcję. I to działa, bo człowiek od razu chce się zatrzymać i porobić zdjęcia - opowiada. Na dalszej trasie znalazł się również Roy's Motel and Café w Amboy, jeden z charakterystycznych punktów kalifornijskiego odcinka Route 66. Dawny motel, stacja benzynowa i ogromny szyld stały się jednym z najbardziej rozpoznawalnych obrazów pustynnej części historycznej drogi.

- Myślałem, że to będzie coś większego. Jest stacja, jeden dystrybutor jeszcze działa, wokół stoją jakieś stare samochody. Ale klimat jak najbardziej jest. Jeżeli ktoś lubi takie miejsca, to każde z nich przyciąga uwagę. Zatrzymujesz się, robisz zdjęcia i jedziesz dalej - opowiada Rafał.

Im bliżej Los Angeles, tym wyraźniej było widać, że historyczna Route 66 powoli ustępuje współczesnej Ameryce. Dawne motele, stacje benzynowe i przydrożne bary coraz częściej są już tylko wspomnieniem czasów, gdy droga ta stanowiła jedną z najważniejszych tras komunikacyjnych kraju.

Pięć godzin, żeby pokonać ostatnie 75 mil

Wreszcie nadszedł dzień, na który Rafał czekał od wielu lat. 7 października dotarł do Santa Monica, symbolicznego końca Route 66. Jednak ostatni odcinek okazał się jednym z najbardziej męczących podczas całej wyprawy. Rano o godzinie 7.30 wyruszył w kierunku słynnego molo. Do przejechania miał zaledwie 75 mil, czyli około 120 kilometrów. Teoretycznie niewielka odległość dla motocyklisty, który miał już za sobą tysiące kilometrów amerykańskich dróg. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna.

- Wyobraźcie sobie, wyjechałem o 7.30, a na molo w Santa Monica dotarłem dopiero o 12.30! Pięć godzin na pokonanie 75 mil! Przedzieranie się przez to potężne miasto to była jakaś masakra. Momentami po sześć pasów ruchu, a wszystko zapchane samochodami. Człowiek dosłownie stoi i próbuje się jakoś przepchnąć - opowiada Rafał.

Dla motocyklisty przyzwyczajonego do bezkresnych amerykańskich przestrzeni, pustynnych dróg i niewielkich miasteczek przejazd przez zatłoczone Los Angeles był wyjątkowo męczący. Ale kiedy wreszcie dotarł na miejsce, cała frustracja ustąpiła miejsca emocjom.

„Nie wiedziałem, co powiedzieć”. Marzenie wreszcie się spełniło

Na molo w Santa Monica stoi słynny znak „End of the Trail”, symbolizujący koniec historycznej Route 66. To właśnie tutaj tysiące podróżników z całego świata uwieczniają moment zakończenia swojej wyprawy. Dla jednych jest to turystyczna atrakcja. Dla innych ukoronowanie wieloletnich marzeń. Dla Rafała Turemki był to jeden z najważniejszych momentów całej amerykańskiej przygody.

- Jak już dojechałem na molo i zobaczyłem ten znak, to było niesamowite uczucie. Aż nie wiedziałem, co mam do kamerki powiedzieć. Coś, o czym marzyłem przez tyle lat, w końcu się ziściło. Stanąłem jako kolejny człowiek, który przejechał swoją wymarzoną trasę. Przeżycie niesamowite, naprawdę niesamowite - opowiada wyraźnie wzruszony.

Przy znaku nie brakowało turystów, którzy chętnie pomagali mu zrobić pamiątkowe zdjęcia. Rafał stanął przed nim ze świadomością, że właśnie zrealizował jeden ze swoich największych podróżniczych celów. Nie było jednak czasu na długie świętowanie. Wielogodzinny przejazd przez zatłoczone miasto mocno dał mu się we znaki. Dodatkowo obawiał się o pozostawiony na parkingu motocykl, na którym znajdowały się bagaże i część wyposażenia.

- Przy molo zostawiłem motocykl z kuframi, bagażami, kurtką. Wszystko było na wierzchu. W okolicy kręciło się sporo ludzi i bałem się, żeby ktoś mi czegoś nie ukradł. Dlatego chciałem szybko zrobić zdjęcia i uciekać z tego miasta. Ale jeszcze tam wrócę. Mam zaplanowanych kilka dni na zwiedzanie Los Angeles, więc wtedy przyjadę już bez bagaży, spokojnie pochodzę i nacieszę się tym miejscem - zapowiada.

Mimo pośpiechu i zmęczenia radości nie dało się ukryć. - Cieszę się bardzo, że udało mi się ten etap podróży zrealizować. Naprawdę niesamowite uczucie - przyznaje.

Od 12 września do 7 października Rafał przemierzał legendarną Route 66, odwiedzając miejsca, które wcześniej znał tylko ze zdjęć, filmów i opowieści. Przez blisko cztery tygodnie poznawał nie tylko Amerykę, ale przede wszystkim ludzi żyjących wzdłuż historycznej trasy.

To właśnie spotkania z nimi, serdeczność przypadkowych osób, rozmowy na stacjach benzynowych, w motelach i przydrożnych barach stały się jednym z najważniejszych wspomnień.

Koniec Route 66, ale nie koniec wielkiej przygody

Po dotarciu do Santa Monica Rafał nie zamierzał zatrzymywać się na długo. Jeszcze tego samego dnia opuścił Los Angeles i ruszył na północ, słynną kalifornijską drogą numer 1, prowadzącą wzdłuż wybrzeża Oceanu Spokojnego. Pacific Coast Highway uchodzi za jedną z najpiękniejszych tras widokowych świata. Droga miejscami biegnie wysoko nad oceanem, pomiędzy stromymi klifami, oferując niezwykłe panoramy kalifornijskiego wybrzeża. Pierwszy nocleg na nowym etapie wyprawy przyniósł kolejne sympatyczne spotkanie.

Na kempingu do Rafała podeszła kobieta zajmująca sąsiednie stanowisko. Ostrzegła go przed mrówkami, których w okolicy było bardzo dużo. Obawiała się, że owady dostaną się do namiotu, bagaży i jedzenia. Przyniosła mu nawet środek, którym mógł zabezpieczyć miejsce noclegu i motocykl.

- Dopiero co się rozłożyłem, a pani przyszła i mówi, żebym uważał, bo mrówki wszędzie wchodzą. Dała mi jakiś proszek, żebym obsypał namiot i motocykl. I tak zaczęliśmy rozmawiać. Chyba z pół godziny przegadaliśmy - opowiada Rafał. Okazało się, że jej mąż jest Szkotem, a oboje sporo podróżowali po Europie. Kiedy usłyszała, że Rafał przyjechał z Polski, natychmiast zaczęła opowiadać, jak bardzo spodobał jej się nasz kraj.

- Powiedziała, że jest zakochana w Polsce, że bardzo jej się u nas podobało. No i znowu kolejni ludzie poznani po drodze. Mega pozytywni, życzliwi. Naprawdę bardzo fajne spotkanie - relacjonuje motocyklista.

Kobieta podpowiedziała mu również, że niedaleko kempingu znajduje się malownicza trasa panoramiczna, którą warto przejechać przed dalszą podróżą. Rafał planuje teraz dotrzeć do San Francisco, następnie odwiedzić jezioro Tahoe, zobaczyć kolejne niezwykłe zakątki Kalifornii, w tym Park Narodowy Sekwoi i Dolinę Śmierci. Na koniec chce jeszcze wrócić do Los Angeles, aby spokojnie zwiedzić miasto, które podczas przejazdu do Santa Monica zapamiętał przede wszystkim z gigantycznych korków.

Przed nim kolejne tysiące kilometrów, nowe miejsca i zapewne wiele nieprzewidzianych sytuacji. Ale jeden z najważniejszych punktów tej podróży może już uznać za zrealizowany.

Kiedy po latach marzeń stanął przy znaku końca Route 66, nie miało już znaczenia, ile razy musiał zmieniać plany, ile godzin spędził w siodle ani jakie trudności napotkał po drodze. Najważniejsze było to, że dotarł do celu.



Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Ostatnie komentarze
Autor komentarza: Urszula Treść komentarza: A może otworzycie sklep w Krakowie. Jest dużo klientów na Wasze wyroby. Pozdrawiam Data dodania komentarza: 8.10.2026, 18:17 Źródło komentarza: Tu kiełbasy nie robi się na skróty, a dobry salceson potrafi być lepszy od dobrej szynki Autor komentarza: Anna Treść komentarza: Super,a może otworzycie sklep na ślasku w Katowicach,Chorzowie Data dodania komentarza: 8.10.2026, 16:41 Źródło komentarza: Tu kiełbasy nie robi się na skróty, a dobry salceson potrafi być lepszy od dobrej szynki Autor komentarza: Makrela Treść komentarza: a nie lepiej do Kłeczka? Data dodania komentarza: 8.10.2026, 16:07 Źródło komentarza: Koszmar powrócił. Mieszkańcy ul. Chrobrego znów boją się o swoje życie Autor komentarza: Przemo Treść komentarza: I ze szkoły wywalić patusów. Data dodania komentarza: 8.10.2026, 16:05 Źródło komentarza: Jeździli autem po mieście i rzucali jajkami w ludzi. Ta "zabawa" kosztowała 6500 zł Autor komentarza: sierota po PiS Treść komentarza: odważny, nie to co Ziobro boi się Polski... Data dodania komentarza: 8.10.2026, 16:01 Źródło komentarza: Trzy osoby poszukiwane zatrzymane w Kędzierzynie-Koźlu. 48-latek ukrywał się na działkach Autor komentarza: Ślonski synek Treść komentarza: Lubię kupować u Cibisa. Robię to od grubo ponad 20 lat i jestem zawsze zadowolony, w takim przedziale czasu jedna drobna wpadka to nic. Są pewne delikatne zmiany w rozmiarze szynki na przestrzeni tego czasu, no cóż technologie też się zmieniają jak również upodobania klientów. Ktoś lubi wilgotną szynką albo tak jak ja suchą. Zawsze wybór i wesoła obsługa w Kłodnicy. Krajańska i salcesony tak, to moi faworyci. Salceson dokładnie tak dobry jak robił stary masołrz Alfrid spod Koźla, mój smak wspomnień dzieciństwa po świniobiciu. Data dodania komentarza: 8.10.2026, 16:00 Źródło komentarza: Tu kiełbasy nie robi się na skróty, a dobry salceson potrafi być lepszy od dobrej szynki
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama Moja Gazetka - strona główna