51-letni motocyklista, należący do Troopers Of Highways MC Kędzierzyn-Koźle, ma już za sobą między innymi wymagającą podróż przez Wyspy Owcze i Islandię. Tym razem poprzeczka powędruje jednak znacznie wyżej.
- Odważyłbyś się przejechać Amerykę solo motocyklem i mieszkać dwa miesiące w namiocie? - takim pytaniem Rafał Turemka zapowiada swoją kolejną podróż. Za chwilę sam będzie musiał odpowiedzieć na nie w praktyce.
29 sierpnia wsiądzie w Monachium do samolotu lecącego bezpośrednio do Los Angeles. Tam odbierze wynajęty motocykl i rozpocznie podróż, podczas której chce przemierzyć około 15–20 tys. kilometrów, odwiedzając 14 amerykańskich stanów. Nie interesuje go jednak wyłącznie „nabijanie kilometrów”. Chce zatrzymywać się tam, gdzie warto zostać dłużej, chodzić po górach, ruszać na trekkingi i poznawać miejsca, do których nie zawsze docierają uczestnicy zorganizowanych wycieczek.
- Bez ekipy. Tylko ja, motocykl i droga. Będzie prawdziwie i surowo, będzie przygoda i widoki, których na długo nie zapomnę - zapowiada.
Z Niemiec do Los Angeles
Rafał Turemka ma 51 lat i pochodzi z Kędzierzyna-Koźla. Jest związany ze środowiskiem motocyklowym i należy do Troopers Of Highways MC Kędzierzyn-Koźle. Obecnie mieszka i pracuje w Niemczech, gdzie przebywa od blisko ośmiu lat.
Od lat jest lakiernikiem samochodowym. Jak opowiada, w Niemczech udało mu się znaleźć firmę, w której może pogodzić pracę z największą pasją – podróżowaniem. Na co dzień wykonuje nadgodziny, by później móc przeznaczyć więcej czasu na dalekie wyjazdy.
- To jest moja pasja. Mogę pracować po godzinach, zresztą praktycznie codziennie robię nadgodziny, ale kiedy mam taką wyprawę, to po prostu jadę. I koniec - mówi.
Nie ukrywa, że zależało mu na znalezieniu takiego miejsca pracy, w którym jego sposób życia będzie możliwy do pogodzenia z obowiązkami zawodowymi. Inspiracją był dla niego poznany kiedyś podczas podróży po Rumunii Holender, który każdego roku przez osiem miesięcy pracował, a cztery pozostałe przeznaczał na podróżowanie po świecie.
Rafał postanowił spróbować podobnego modelu. Jak mówi, na razie się udaje. Pracodawca zgodził się na jego dwumiesięczną nieobecność, a koledzy z firmy śledzą jego motocyklowe wyprawy.
Motocykl będzie czekał w Kalifornii
Tym razem Rafał nie zabiera do Stanów Zjednoczonych własnej maszyny. Przy dwumiesięcznej podróży transport motocykla przez ocean i późniejsze sprowadzanie go z powrotem byłby zbyt kłopotliwy logistycznie.
Dlatego zdecydował się na wynajem.
- Załatwiłem sobie motocykl w Kalifornii, w Los Angeles, od Dave'a, Australijczyka. Na oczy go jeszcze nie widziałem, ale jestem pozytywnie nastawiony, bo wszystko odbywa się przez firmę zajmującą się pośrednictwem przy wynajmie motocykli – opowiada. Po wylądowaniu w Los Angeles odbierze turystyczne BMW GS 1200 Adventure z 2009 roku i niemal od razu ruszy w drogę.
To właśnie motocykl przez następne dwa miesiące będzie jego podstawowym środkiem transportu, a namiot domem.
Najpierw Bonneville, Yellowstone i Mount Rushmore
Plan podróży jest już w dużej mierze gotowy, choć Rafał od razu zaznacza, że nie chce trzymać się go kurczowo.
Pierwszym ważnym celem po opuszczeniu Kalifornii będzie słynna solna równina Bonneville w stanie Utah, znana między innymi z prób bicia rekordów prędkości i zawodów różnego rodzaju pojazdów. Później przyjdzie czas na jeden z najbardziej rozpoznawalnych parków narodowych świata – Yellowstone. Tam motocyklista zamierza spędzić przynajmniej dwa dni.
- Nie chcę tylko przejeżdżać z punktu do punktu. Poza jazdą lubię pójść na dobry trekking. W tych słynnych parkach chciałbym poświęcić dzień czy dwa, żeby naprawdę coś zobaczyć - tłumaczy.
Z Yellowstone trasa poprowadzi w kierunku Mount Rushmore ze słynnymi podobiznami amerykańskich prezydentów wykutymi w skale, a później do Chicago. I właśnie tam rozpocznie się jeden z najważniejszych etapów całej wyprawy.
Cała Route 66 – z Chicago do Santa Monica
Rafał zamierza przejechać legendarną Route 66 w całości – od Chicago aż do wybrzeża Pacyfiku. Historyczna droga stała się jednym z symboli amerykańskiej kultury motoryzacyjnej. Dla wielu motocyklistów jej przejechanie jest spełnieniem podróżniczego marzenia.
- W Chicago zaczynam główny punkt tej wyprawy, czyli przejechanie całej drogi 66 aż do molo w Santa Monica – zapowiada.
Nie będzie jednak końca podróży po dotarciu nad Pacyfik. Z Santa Monica Rafał skieruje motocykl ponownie na północ – w stronę San Francisco. Jednym z miejsc, które chce tam koniecznie odwiedzić, jest dawne więzienie Alcatraz.
Na ostatnią część wyprawy pozostawił sobie wiele punktów w Kalifornii, Arizonie, Nevadzie i Utah. To oznacza pustynie, skalne kaniony, parki narodowe i setki kilometrów dróg przecinających krajobrazy znane z amerykańskich filmów.
20 tysięcy kilometrów, ale bez wyścigu z czasem
Choć liczba kilometrów może robić wrażenie, Rafał podkreśla, że nie zamierza bić żadnych rekordów.
Wstępnie zakłada przejechanie od 15 do 20 tys. kilometrów. Ma na to dwa miesiące i właśnie dlatego chce zachować spory zapas czasu.
- Nie podoba mi się podróżowanie polegające na tym, że muszę dziennie zrobić 500 czy 800 kilometrów, żeby później powiedzieć: odhaczyłem kilkanaście miejsc, ale tak naprawdę nic nie zobaczyłem. Ja lubię być w podróży - mówi.
Jeżeli spodoba mu się jakieś miejsce, chce mieć możliwość zatrzymania się tam na dzień lub dwa. Bez ustalania z grupą, bez głosowania nad kolejnym punktem trasy i bez nerwowego patrzenia na zegarek.
To właśnie uważa za największą zaletę samotnego podróżowania.
- Sam dyktuję sobie tempo. Jeżeli podoba mi się jakieś miejsce, to bez pytania zostaję, rozbijam namiot, odpoczywam dzień czy dwa. Chcę jechać dalej – jadę. To jest taka swoboda w podróży - tłumaczy.
Namiot zamiast hotelu
Choć wyprawa prowadzi przez jeden z najbogatszych krajów świata i miejsca odwiedzane przez miliony turystów, Rafał nie zamierza podróżować w luksusowych warunkach. Wręcz przeciwnie. Zabiera namiot, kuchenkę turystyczną i sprzęt pozwalający mu funkcjonować możliwie niezależnie.
- Lubię podróżować niskobudżetowo i lubię biwakować. Gdzie tylko się da, będę nocował pod namiotem - mówi.
Podobnie będzie z jedzeniem. Zamiast codziennych wizyt w restauracjach planuje zakupy w marketach i samodzielne gotowanie. Dzięki temu chce ograniczyć wydatki, ale nie chodzi wyłącznie o pieniądze. Taki sposób podróżowania po prostu odpowiada mu najbardziej.
- Polubiłem samotne podróże. Lubię taki tryb koczowania. Nie przeszkadza mi to w niczym i chyba właśnie w ten sposób odpoczywam najbardziej - przyznaje.
Grizzly na północy, skorpiony na południu
Nocowanie pod namiotem w Stanach Zjednoczonych oznacza jednak zupełnie inne wyzwania niż biwak w Europie.
W Yellowstone trzeba liczyć się między innymi z obecnością niedźwiedzi grizzly.
- Tam jest bardzo duże skupisko grizzly i zdarza się, że wchodzą na tereny obozowisk. Trzeba się odpowiednio przygotować, żeby nie skusić niedźwiedzia zapachem jedzenia. Są zasady, których po prostu nie można lekceważyć, bo chodzi o bezpieczeństwo - tłumaczy.
Na południu charakter zagrożeń będzie zupełnie inny. Tam trzeba uważać na skorpiony, węże i przede wszystkim ekstremalne temperatury. Przejazd przez pustynne tereny latem może oznaczać upały przekraczające 40 stopni Celsjusza, a miejscami jeszcze wyższe. Rafał zdaje sobie sprawę, że do tej wyprawy nie wystarczy przygotować motocykla i spakować namiot.
- Mam jeszcze trochę nauki przed tą podróżą i sporo logistyki do ogarnięcia. Ale z wyprawy na wyprawę coraz więcej rzeczy potrafię przygotować sam - mówi.
Samotnie, ale niekoniecznie samotnie
Paradoksalnie Rafał uważa, że podróżując samemu, poznaje więcej ludzi niż podczas jazdy w grupie.
Samotny motocyklista z bagażami wzbudza ciekawość. Ludzie podchodzą, pytają, skąd przyjechał, dokąd zmierza i co zobaczył po drodze.
- Kiedy jesteś sam, ludzie chętniej nawiązują kontakt. Jak jedziesz grupą, dużo rzadziej się to zdarza. Podczas samotnej podróży ludzie podchodzą, zagadują, zaczynają rozmawiać. To jest bardzo fajne - mówi.
Bywa, że nowe znajomości przynoszą także niespodziewaną pomoc. Jeszcze przed rozpoczęciem wyprawy odezwały się do niego osoby mieszkające w Stanach. Jeden z poznanych ludzi zaproponował mu darmowy nocleg i możliwość zorganizowania bazy wypadowej, podobna propozycja pojawiła się również w Chicago.
Rafał mówi, że podczas wcześniejszych podróży takie sytuacje zdarzały mu się wielokrotnie.
- Ludzie sami polecają różne miejsca. Często są to miejscówki, których nie znajdziesz w żadnym przewodniku, odkryte gdzieś na dziko. I nieraz właśnie takie miejsca okazują się prawdziwymi perełkami - opowiada.
Islandia była próbą charakteru
Amerykańska wyprawa nie będzie pierwszą długą motocyklową podróżą Rafała. W ubiegłym roku połączył Wyspy Owcze i Islandię w jeden miesięczny wyjazd. Na samej Islandii spędził 21 dni i objechał wyspę. Była to podróż piękna, ale też bardzo wymagająca.
- Tam było ciężko ze względu na warunki. Odmroziłem sobie ręce. Ale naprawdę polecam Islandię, bo jest tak różnorodna, że szczęka opada. To była świetna przygoda, choć momentami warunki były naprawdę trudne – wspomina.
Właśnie podczas takich wypraw przekonuje się, że podróżowanie motocyklem daje mu coś, czego trudno szukać w zwykłym urlopie. Nie chodzi o zaliczanie kolejnych krajów czy robienie zdjęcia przy znanym punkcie. Chodzi o drogę.
Ameryka ma być „przetarciem szlaków”
Dwumiesięczna podróż po Stanach Zjednoczonych może okazać się dla Rafała czymś więcej niż tylko kolejną wyprawą.
To także sprawdzian przed znacznie ambitniejszym przedsięwzięciem.
- Ta wyprawa będzie trochę po to, żeby przetrzeć szlaki, bo po Ameryce jeszcze sam motocyklem nie jeździłem. Podróżowałem tam, ale nie w taki sposób. To będzie dla mnie coś całkowicie nowego - mówi.
Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, w przyszłości chciałby zrealizować wielomiesięczną wyprawę prowadzącą od Alaski aż po Argentynę. Wtedy planuje już wysłać za ocean własny motocykl. Na razie jednak skupia się na zadaniu, które ma przed sobą: dwóch miesiącach w Stanach, tysiącach kilometrów i pierwszym samotnym motocyklowym spotkaniu z Ameryką.
Rafał nie prowadzi luksusowych wypraw. Stara się ograniczać wydatki wszędzie tam, gdzie jest to możliwe. Sam wynajem motocykla na dwa miesiące ma kosztować około 1900 dolarów, bez dodatkowego ubezpieczenia. Za bezpośredni lot z Monachium do Los Angeles i z powrotem zapłacił około 1200 euro. Do tego dochodzą paliwo, opłaty za wstęp do atrakcji i parków, zakupy oraz inne koszty pojawiające się w trasie. Wstępnie szacuje, że budżet wyprawy powinien zamknąć się w okolicach 5 tys. dolarów, choć zastrzega, że ostateczna kwota będzie znana dopiero po powrocie.
Najwięcej zamierza oszczędzać właśnie na noclegach i jedzeniu.
- Kupuję to, czego potrzebuję, mam kuchenkę, sam sobie gotuję, robię kawę. Na przestrzeni dwóch miesięcy można w ten sposób zaoszczędzić naprawdę dużo pieniędzy. No i ogromną oszczędnością jest namiot - tłumaczy.
Wyprawę będzie można śledzić na bieżąco
Rafał nie zamierza znikać na dwa miesiące bez śladu. Podczas podróży chce publikować krótkie materiały pokazujące miejsca, do których właśnie dotarł. Relacje mają pojawiać się między innymi na Facebooku, TikToku i YouTubie.
Dłuższe filmy powstaną dopiero po zakończeniu wyprawy. - Będę starał się wrzucać krótkie relacje z miejsc, w których akurat jestem. Po powrocie zabiorę się za montaż konkretnych filmów pokazujących całą wyprawę - zapowiada.
Pełniejsze materiały publikuje na swoim kanale Moto Nomad na YouTubie. Można tam zobaczyć między innymi jego wcześniejszą podróż przez Wyspy Owcze i Islandię. Montażu filmów nauczył się sam. Początkowo materiały miały być po prostu pamiątką z wypraw, z czasem pojawił się pomysł, aby pokazywać je szerszej publiczności.
Jeżeli kanał będzie się rozwijał, Rafał nie wyklucza, że podróże w przyszłości zajmą jeszcze ważniejsze miejsce w jego życiu.
„Chcę po prostu być w tej podróży”
29 sierpnia wszystko, co przez ostatnie miesiące istniało w formie map, planów, rezerwacji i listy miejsc do zobaczenia, stanie się rzeczywistością.
Los Angeles, Bonneville, Yellowstone, Mount Rushmore, Chicago, Route 66, Santa Monica, San Francisco, Alcatraz, pustynie Arizony, Nevady i Utah – lista jest długa. Rafał pozostawia jednak miejsce na przypadek.
Jeżeli po drodze ktoś wskaże mu miejsce warte zobaczenia, jest gotowy zmienić trasę. Jeżeli któryś park zachwyci go bardziej niż przypuszczał – zostanie dzień dłużej. Jeżeli będzie chciał zejść z motocykla i ruszyć na kilkugodzinny trekking – zrobi to. Bo właśnie na tym, jego zdaniem, polega prawdziwa podróż. Nie na tym, aby jak najszybciej znaleźć się na mecie.
- Ja już po prostu lubię być w tej podróży. To mi się bardzo spodobało i chyba właśnie stąd bierze się ta pasja, która coraz mocniej się u mnie rozwija - mówi Rafał Turemka.
Za kilkanaście dni będzie miał przed sobą amerykańską drogę, motocykl, namiot i dwa miesiące, podczas których niemal wszystko może się wydarzyć.




Napisz komentarz
Komentarze