Reklama
wtorek, 3 listopada 2026 14:06
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

21 tysięcy kilometrów przez Amerykę. Rafał Turemka wrócił z wyprawy życia

Przez 57 dni przemierzał Stany Zjednoczone na motocyklu, pokonując 21 tysięcy kilometrów i odwiedzając 18 stanów. Rafał Turemka z Kędzierzyna-Koźla 27 października wrócił z niezwykłej podróży. Zobaczył miejsca, o których wcześniej marzył, poznał wielu życzliwych ludzi, ale też odkrył Amerykę, jakiej nie pokazują turystyczne foldery. Ostatnie dni spędził w Los Angeles, które, choć znane z hollywoodzkich filmów, nie zrobiło na nim takiego wrażenia, jak się spodziewał.
21 tysięcy kilometrów przez Amerykę. Rafał Turemka wrócił z wyprawy życia

Kiedy Rafał Turemka wyruszał w swoją motocyklową podróż przez Stany Zjednoczone, miał przed sobą tysiące kilometrów, długą listę miejsc do odwiedzenia i wielką niewiadomą. Przez niemal dwa miesiące przemierzał amerykańskie drogi, nocował pod namiotem, poznawał ludzi i odkrywał zakątki kraju, do których rzadko zaglądają turyści. Teraz, po powrocie do Europy, może już podsumować wyprawę, która dostarczyła mu mnóstwa niezapomnianych wrażeń.

- Przejechałem przez 18 stanów. Motocykl miałem wynajęty dokładnie na 57 dni i w tym czasie zrobiłem 21 tysięcy kilometrów. Wyprawa była niesamowita! Zwiedziłem mnóstwo niezwykłych miejsc i poznałem wielu życzliwych ludzi - podsumowuje Rafał.

Ostatnie kilometry wśród czerwonych skał

W poprzedniej części naszej relacji towarzyszyliśmy Rafałowi podczas przejazdu malowniczą Pacific Coast Highway, zwiedzania San Francisco i słynnego więzienia Alcatraz. Później motocyklista dotarł nad jezioro Tahoe, gdzie zaskoczyły go pierwsze opady śniegu, podziwiał gigantyczne sekwoje w Parku Narodowym Sekwoi i przemierzał rozgrzaną do 35 stopni Dolinę Śmierci.

To jednak nie był koniec jego przygód. Jednym z ostatnich przyrodniczych punktów wyprawy stał się Park Narodowy Zion w stanie Utah, znany z monumentalnych czerwonych skał, głębokich kanionów i niezwykłych krajobrazów.

- Byłem trochę pozwiedzać park Zion. Bardzo ładne miejsce, te czerwone góry robią niesamowite wrażenie. Niestety, musiałem zwiedzać trochę na raty, bo pogoda zaczęła się psuć - opowiada Rafał.

Jesień coraz wyraźniej dawała o sobie znać. Nad górami gromadziły się ciemne chmury, a prognozy zapowiadały deszcze i burze. Dla motocyklisty, który większość czasu spędzał pod gołym niebem, oznaczało to konieczność szybkiego podejmowania decyzji.

Mimo pogarszającej się pogody udało mu się jeszcze dotrzeć do niezwykłego miejsca w pobliżu St. George, niedaleko granicy Utah i Arizony. Znajdują się tam petroglify, czyli rysunki wyryte w skałach przez dawnych mieszkańców tych terenów. Według informacji, na które natrafił podróżnik, w okolicy znajduje się około 500 takich przedstawień, a historia miejscowej sztuki naskalnej sięga odległych czasów.

Dotarcie do tego miejsca nie należało jednak do łatwych.

- Trzeba było przejechać kilkanaście kilometrów przez szutry, czerwone piaski i wydmy. Teren był trudny do pokonania. Myślałem, że znajdę więcej tych petroglifów, ale pewnie nie mam jeszcze takiego oka, żeby wszystkie wypatrzyć. Udało mi się zobaczyć te największe. Niesamowite uczucie, kiedy człowiek patrzy na rysunki pozostawione na kamieniach przez ludzi żyjących tysiące lat temu - relacjonuje.

Zbliżająca się burza sprawiła, że na dłuższe zwiedzanie nie było czasu. Rafał musiał szybko wracać na bezpieczniejszą drogę.

- Gdyby dopadł mnie tam deszcz, mógłbym mieć poważny problem z wydostaniem się z tego terenu. Te piaski po opadach zamieniają się w błoto, a miejscami zaczyna płynąć woda. Musiałem uciekać przed czarną chmurą - wspomina.

Hollywood, Beverly Hills i korki

Po zakończeniu zwiedzania parków narodowych Rafał skierował się ponownie do Kalifornii. Ostatnie dni przed powrotem do Europy postanowił spędzić w okolicach Los Angeles. Zatrzymał się w położonym w górach domku u Dave'a, który znał już z wcześniejszego etapu wyprawy. Stamtąd organizował krótsze wycieczki motocyklowe po okolicy.

Na jego liście obowiązkowych miejsc znajdowały się Hollywood, Beverly Hills i słynne punkty widokowe Los Angeles. Szybko jednak przekonał się, że przemieszczanie się po tym mieście jest znacznie trudniejsze, niż zakładał.

- Jazda po Los Angeles to jest jakaś masakra! Wyobraź sobie, że masz momentami po sześć pasów ruchu i na wszystkich samochody stoją w korku. Ruszasz kawałek, zatrzymujesz się, znowu ruszasz i znowu stoisz. A jak już dojedziesz do skrzyżowania, to praktycznie na każdych światłach trafiasz na czerwone. Szczerze mówiąc, dużo lepiej jeździło mi się po Miami czy Nowym Jorku niż po Los Angeles - opowiada Rafał.

Mimo komunikacyjnych trudności udało mu się dotrzeć do obserwatorium Griffitha, położonego na wzgórzach ponad miastem. Już sam dojazd krętą, górską drogą sprawił mu sporą przyjemność.

- Do obserwatorium prowadzi bardzo fajna, kręta droga. Wjeżdżasz na sam szczyt i z jednej strony masz panoramę całego Los Angeles, a z drugiej słynny napis Hollywood, praktycznie jak na wyciągnięcie ręki. To naprawdę robi wrażenie - przyznaje.

Charakterystyczny napis, będący jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli światowej kinematografii, powstał w 1923 roku jako reklama osiedla mieszkaniowego. Pierwotnie głosił „HOLLYWOODLAND”. Z czasem stał się symbolem miasta, choć przez lata niszczał. Pod koniec lat 70. dzięki zaangażowaniu prywatnych darczyńców zastąpiono go nową konstrukcją.

Rafał nie mógł również pominąć Beverly Hills, słynnej dzielnicy luksusowych rezydencji, ekskluzywnych sklepów i miejsc kojarzonych z hollywoodzkimi gwiazdami.

- Zawsze chciałem to zobaczyć. Trochę pojeździłem tamtejszymi uliczkami, pospacerowałem, zrobiłem obowiązkowe zdjęcie pod znakiem Beverly Hills. Klimat jest naprawdę bardzo fajny, zupełnie inny niż w pozostałych częściach miasta - opowiada.

Jednak Los Angeles jako całość nie zachwyciło podróżnika tak bardzo, jak się spodziewał.

- Szczerze mówiąc, to miasto jakoś szczególnie mnie nie ujęło. Widziałem w Ameryce dużo ładniejsze miasta. Nie było takiego efektu „wow”. Może dlatego, że pierwszy raz tam byłem i zbyt wiele oczekiwałem - zastanawia się Rafał.

Znacznie lepiej wspomina nadmorską część miasta, zwłaszcza okolice molo w Santa Monica, gdzie znajduje się symboliczny koniec legendarnej Route 66.

- Tam przy oceanie jest naprawdę fajny klimat. Promenada, plaża, park, sporo ludzi i dużo się dzieje. To zdecydowanie jedno z przyjemniejszych miejsc w tej okolicy - ocenia.

W planach miał również odwiedzenie Universal Studios Hollywood, ale ostatecznie zrezygnował z tej atrakcji. Jedynym dniem, który mógł na to przeznaczyć, była niedziela, a wizja przedzierania się przez zatłoczone miasto skutecznie go zniechęciła.

- Pomyślałem sobie, że w niedzielę to już będzie kompletna masakra. Nie chciałem tracić całego dnia w korkach. Wolałem jeszcze trochę pojeździć po górach, bo okolice domku Dave'a są naprawdę przepiękne. Jest tam bardzo ładne jezioro i świetne drogi na motocykl - tłumaczy.

Rozważał jeszcze podróż do San Diego na południu Kalifornii, ale ostatecznie uznał, że nie ma sensu pokonywać kolejnych kilometrów tylko po to, żeby zaliczyć następne miasto.

- Za mało zostało czasu. Nie chciałem jechać tam na wariata, nabić kilometrów i niczego porządnie nie zobaczyć. Ostatnie trzy dni spędziłem więc spokojniej, robiąc sobie wypady po okolicy i do Los Angeles - opowiada.

Ameryka, której nie widać na pocztówkach

Choć podczas podróży Rafał zobaczył wiele najsłynniejszych atrakcji Stanów Zjednoczonych, równie ważne okazały się dla niego doświadczenia zdobyte z dala od popularnych szlaków.

Była to już jego czwarta wizyta w USA, ale dopiero tak długa motocyklowa wyprawa pozwoliła mu spojrzeć na ten kraj z zupełnie innej perspektywy.

- Przejeżdżałem przez malutkie miejscowości, do których turyści praktycznie się nie zapuszczają. Widziałem, jak ludzie tam żyją. I powiem ci, że naprawdę widać, jak wielu Amerykanom jest ciężko - przyznaje.

Podróżnik zwraca uwagę na zaniedbane domy, zniszczone zabudowania i podwórka, na których przez lata gromadziły się niepotrzebne przedmioty.

- Widziałem domy, które wyglądały, jakby miały się zaraz rozpaść. Wszystko pozarastane, zaniedbane. Patrząc na to, odnosiłem wrażenie, że ci ludzie po prostu walczą o przetrwanie. Nie mają czasu ani pieniędzy, żeby się tym wszystkim zajmować. Takie miałem spostrzeżenia - opowiada Rafał.

Wielu Amerykanów, z którymi rozmawiał, narzekało na rosnące koszty życia. Według jego rozmówców czasy, kiedy w Stanach Zjednoczonych stosunkowo łatwo można było dorobić się majątku, należą już do przeszłości.

- Wielu ludzi mówiło mi, że prawdziwa Ameryka była 30 lat temu. Wtedy można było dobrze zarobić i szybko się dorobić. Teraz wszystko bardzo podrożało: mieszkania, jedzenie, paliwo i opłaty. Spotykałem ludzi, którzy opowiadali, że muszą pracować na dwóch albo trzech etatach, żeby się utrzymać - relacjonuje.

Rafał od lat pracuje i mieszka w Niemczech. Jak przyznaje, niektórzy jego amerykańscy rozmówcy byli zaskoczeni, że może samodzielnie utrzymać się z jednej pracy, wynajmować mieszkanie, a jednocześnie oszczędzić pieniądze na dwumiesięczną podróż po USA.

- Kiedy mówiłem, że sam pracuję, wynajmuję mieszkanie i jeszcze mogłem sobie pozwolić na taką wyprawę, niektórzy robili wielkie oczy. Dla nich było to coś niesamowitego - wspomina.

Podczas rozmów nie brakowało również polityki. Część spotkanych przez Rafała Amerykanów krytykowała prezydenta Donalda Trumpa i wyrażała obawy o sytuację gospodarczą kraju. Inni z dużym zainteresowaniem wypowiadali się o Polsce.

- Kiedy dowiadywali się, że jestem Polakiem, bardzo często reagowali niezwykle pozytywnie. Mówili, że słyszeli dużo dobrego o naszym kraju, oglądali materiały w telewizji i chcieliby kiedyś Polskę odwiedzić. Niektórzy byli już u nas i bardzo dobrze wspominali pobyt - opowiada.

W rozmowach pojawiały się także europejska polityka i kwestie migracyjne. Rafał spotykał osoby, które pozytywnie oceniały polską politykę migracyjną.

- Po tej czwartej podróży mogę powiedzieć, że my w Europie naprawdę nie mamy powodów, żeby aż tak narzekać. Oczywiście nie wszędzie jest idealnie, ale wydaje mi się, że często nie doceniamy tego, co mamy - ocenia motocyklista.

Chleb za 20 dolarów i woda z filtra

Dwumiesięczna wyprawa przez Stany Zjednoczone to nie tylko paliwo, noclegi i bilety do parków narodowych. Sporym wyzwaniem było również codzienne wyżywienie.

Rafał szybko przekonał się, że jedzenie, do którego przyzwyczajony jest w Europie, nie zawsze łatwo znaleźć w amerykańskich sklepach.

- Przez dwa miesiące praktycznie nie jadłem chleba. Ten, który można kupić w zwykłych marketach, po prostu mi nie smakował. Jeżeli chciałeś kupić porządny chleb w piekarni, trzeba było zapłacić nawet 15–20 dolarów. Dla mnie to był kosmos! - przyznaje.

Dla porównania podaje, że w Niemczech za dobry chleb z piekarni płaci zwykle 6–8 euro, a w marketach można znaleźć smaczne pieczywo nawet za około 2,50 euro.

Podczas wyprawy żywił się więc przede wszystkim produktami, które można było łatwo przewozić w motocyklowych kufrach.

- Kupowałem owoce, konserwy i gotowe dania, które wystarczyło zalać wodą. Niektóre naprawdę dobrze smakowały. Są lekkie, zajmują mało miejsca i szybko można przygotować coś ciepłego. Zawsze staram się mieć taki zapas, bo nigdy nie wiadomo, gdzie człowiek wyląduje na noc - tłumaczy.

Dużym ułatwieniem okazała się specjalna butelka z filtrem do oczyszczania wody. Dzięki niej podróżnik nie musiał regularnie kupować wody butelkowanej.

- Mam bardzo dobrą butelkę z filtrem, która pozwala oczyszczać wodę z różnych źródeł. Mogłem ją napełniać na kempingach, w miejscach publicznych czy punktach gastronomicznych. W Stanach nawet w Subwayu są automaty, z których można nalać sobie wodę. Dzięki temu sporo zaoszczędziłem - opowiada.

Jak wylicza, jedna butelka wody na stacji benzynowej potrafiła kosztować od 2 do 4 dolarów. Przy dwóch miesiącach podróży, zwłaszcza przez gorące pustynne rejony, byłby to niemały wydatek.

Ostatni gest amerykańskiej życzliwości

Po zakończeniu podróży Rafał dotarł na lotnisko w Los Angeles, skąd miał odlecieć do Europy. Motocykl musiał zdać przed godziną 11, natomiast jego samolot odlatywał dopiero o 18.30. Czekało go więc jeszcze kilka godzin spędzonych w terminalu.

I właśnie tam, na samym końcu wyprawy, wydarzyła się historia, która stała się symbolicznym zakończeniem amerykańskiej przygody.

Podczas odprawy bagażowej pojawił się problem. Automat do samodzielnego zameldowania na lot nie chciał przyjąć jego danych. Nawet pomoc jednej z pracownic nie przyniosła rezultatu. W końcu Rafał trafił do stanowiska odprawy bagażowej, gdzie okazało się, że jego torba waży aż 27 kilogramów.

- Byłem zaskoczony, bo wcześniej zostawiłem sobie dwa czy trzy kilogramy zapasu. Ale w Stanach kupiłem namiot i szkoda było mi go wyrzucać. Do tego doszło kilka pamiątek i innych rzeczy. No i zrobiło się 27 kilogramów – opowiada.

Pracownica poinformowała go, że za nadbagaż będzie musiał zapłacić prawie 120 dolarów.

- Pomyślałem sobie: no pięknie, jeszcze na sam koniec taki wydatek! Pani zaproponowała, żebym odszedł na bok i poprzekładał rzeczy. Tylko gdzie miałem je przełożyć, skoro bagaż podręczny też był już wypchany? – wspomina ze śmiechem.

Po chwili pracownica sama podeszła do niego z rozwiązaniem.

- Zapytała, czy mam jeszcze jakąś dodatkową torbę. Powiedziała, żebym przełożył do niej część rzeczy, a ona nada ją jako drugi bagaż, bez żadnej dopłaty. Normalnie przecież trzeba za to zapłacić! - relacjonuje.

Rafał skorzystał z propozycji. Kobieta oznaczyła oba bagaże i skierowała je do samolotu. Na koniec wręczyła mu niewielką karteczkę z kodem QR, przez który mógł ocenić obsługę.

- Pokazała mi, gdzie mogę napisać komentarz i pochwalić obsługę. Oczywiście, że byłem zadowolony! Mogłem zapłacić te 120 dolarów, a ona sama zaproponowała rozwiązanie. Nie musiała tego robić. W ostatnich godzinach pobytu w Stanach spotkała mnie jeszcze taka życzliwość. Niesamowite! - mówi.

Ta historia doskonale podsumowuje doświadczenia Rafała z amerykańskiej podróży. Bo choć zdarzały się problemy, nieprzewidziane wydatki, trudności ze znalezieniem noclegu i mniej przyjemne spotkania, to właśnie bezinteresowna pomoc obcych ludzi pozostanie jednym z jego najważniejszych wspomnień.

18 stanów i 21 tysięcy kilometrów

27 października Rafał Turemka wrócił z wyprawy, która przez niemal dwa miesiące była jego codziennością. Zamiast stałego miejsca zamieszkania miał motocykl, namiot i drogę przed sobą. Każdego dnia poznawał kolejne miejsca i mierzył się z nowymi wyzwaniami.

Przez 57 dni przemierzał amerykańskie autostrady, kręte górskie drogi, pustynie i wybrzeża. Nocował pod namiotem, spotykał dzikie zwierzęta, podziwiał przyrodę i odwiedzał miejsca znane z filmów oraz podróżniczych marzeń.

Przejechał legendarną Route 66, dotarł nad ocean, odwiedził słynne parki narodowe, zobaczył gigantyczne sekwoje, podziwiał Wielki Kanion i stanął przed bramami Alcatraz. Ale równie ważne okazały się zwykłe rozmowy na stacjach benzynowych, spotkania z Polakami mieszkającymi za oceanem i drobne gesty ludzi, których prawdopodobnie nigdy więcej nie zobaczy.

Wyprawa była także sprawdzianem samodzielności. Rafał musiał radzić sobie z kapryśną pogodą, chłodnymi nocami, upałami i nie zawsze przewidywalnymi warunkami noclegowymi. Zdarzało się, że przez wiele kilometrów nie miał zasięgu telefonu ani dostępu do internetu.

Jednak kiedy dzisiaj wspomina te wszystkie trudności, nie ma wątpliwości, że było warto.

- Wyprawa była mega, naprawdę mega! Zobaczyłem tyle niesamowitych miejsc, poznałem tylu życzliwych ludzi. To wszystko zostanie ze mną na długo - podkreśla.

Powrót do Europy oznacza również powrót do codzienności. Po dwóch miesiącach przygody trzeba ponownie zająć się pracą i zwykłymi obowiązkami.

Ale Rafał nie zamierza kończyć swojej przygody z podróżowaniem.

- Wróciłem, więc trzeba zabierać się za pracę, odkładać pieniądze i planować kolejne wyjazdy - mówi z uśmiechem.

Bo dla Rafała Turemki zakończenie jednej wyprawy nie oznacza końca marzeń. Wręcz przeciwnie. To najlepszy moment, żeby zacząć myśleć o następnej drodze, kolejnym nieznanym miejscu i nowych ludziach, których spotka gdzieś po drodze.

- Myślę, że teraz wybiorę się na trochę krótszą wyprawę do Afryki, a konkretnie do Maroka. Później chciałbym jeszcze dotrzeć na Nordkapp, czyli Przylądek Północny w Norwegii. Ale to na razie plany. Na przyszły rok chciałbym przygotować kolejną długą wyprawę. Gdzie? Pomysłów mam mnóstwo, ale na razie nie będę zdradzał szczegółów - zapowiada Rafał.



Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Ostatnie komentarze
Autor komentarza: Z Kožla Treść komentarza: Szkoda, że bida w mieście możliwości i z Koźla na Kuźniczki ( cmentarz) nie ma bezpośredniego dojazdu. Ani w maju, ani w listopadzie. To kosztuje, a ludzie z Koźla ..cóż, urząd nie musi brać pod uwagę. Data dodania komentarza: 3.11.2026, 14:00 Źródło komentarza: Nowe tablice na przystankach MZK w Kędzierzynie-Koźlu pokażą dokładny czas przyjazdu autobusu Autor komentarza: Niesaunamistrz Treść komentarza: Ciekawy kto w MOSIR jest taki głupi, że sieje dezinformacje co do daty tego wydarzenia. Najpierw na ich Facebooku, potem na ich stronie a teraz tutaj. Info dla zainteresowanych: w niedzielę, 8 listopada a nie w sobotę. Data dodania komentarza: 3.11.2026, 12:56 Źródło komentarza: Sauna nie tylko dla dorosłych. Wodne oKKo zaprasza dzieci z rodzicami Autor komentarza: Kamil Treść komentarza: Nie weźmie. W czasie rzeczywistym nikt nie będzie tego oglądał - to jest nie realne. Będą szukać gdy coś się wydarzy. Pytanie tylko jak system tworzy bazę i z jakiego okresu. Data dodania komentarza: 3.11.2026, 11:24 Źródło komentarza: Miejski monitoring po solidnej aktualizacji. ZDJĘCIA Autor komentarza: jap Treść komentarza: Ciekawe, czy pan co nie lubi rowerzystów brał od nich pieniądze. Data dodania komentarza: 2.11.2026, 22:44 Źródło komentarza: Mieszkańcy Kędzierzyna-Koźla nie zawiedli! Finał kwesty na cmentarzach Autor komentarza: Bolo Treść komentarza: Jak znów nie przyjdzie do sądu to aresztować i w konwoju na rozprawę. Data dodania komentarza: 2.11.2026, 22:37 Źródło komentarza: Dwie osoby związane ze sprawą uderzonego ucznia nie pracują już w szkole w Mechnicy Autor komentarza: ?? Treść komentarza: Strzelectwo to całkiem popularne hobby jak kogoś na to stać, bo nie jest tanio. Ja zbieram różne noże, mam trochę ponad 100szt, nikogo nie zamierzam tym kroić xD Data dodania komentarza: 2.11.2026, 19:12 Źródło komentarza: 42-latek włamał się do domu w Kędzierzynie-Koźlu i ukradł broń z amunicją. ZDJĘCIA
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama Moja Gazetka - strona główna