- Kilka dni temu udało mi się porozmawiać z przemiłą starszą panią, która urodziła się tuż po II wojnie światowej w taborze romskim - opowiada Sławomir Wilkowski z kanału historycznego Bunker King. - Przyznam, że temat taborów zawsze mnie fascynował ze względu na romantyczny charakter tych wędrówek. Czy jednak faktycznie życie w taborze było łatwe, przyjemne i romantyczne?
Jak podkreśla twórca kanału, jego rozmówczyni miała na ten temat zupełnie inne zdanie.
- Moja rozmówczyni mówiła o przeraźliwym chłodzie zimą i wielokrotnie do tego wracała – dodaje Sławomir Wilkowski.
Aby było cieplej, jej ojciec skonstruował piecyk na prasowaną słomę w kostkach. Dzięki temu wóz szybko się nagrzewał, ale równie szybko tracił ciepło – ze względu na słabą izolację. Zapas słomy był ograniczony, a zimy w latach 50. i 60. bywały wyjątkowo ciężkie.
Ojciec kobiety handlował garnkami i innymi naczyniami gospodarczymi, a także je naprawiał. Było to podstawowe źródło utrzymania, jednak – jak wspomina – zdarzały się miesiące, gdy jadali bardzo skromnie: tylko chleb albo ziemniaki, a czasem po prostu chodzili głodni. Pamięta również mycie się gąbką lub szmatką podczas mrozów.
Lato wspomina nieco lepiej, choć dobrze pamięta komary, które szczególnie dawały się we znaki, gdy wozy zatrzymywały się w pobliżu stojącej wody.
Ulubione miejsce postoju: las w Sławięcicach
Starsza pani opowiadała, że tabor miał swoje ulubione miejsca postoju. Jednym z nich był las w Sławięcicach, tuż za posesją przy ul. Sławięcickiej 2. Znajdowała się tam polana, z której ścieżką można było dotrzeć do osiedla. Zazwyczaj jednorazowo stało tam 5–6 wozów. Dziś w pobliżu przebiega linia wysokiego napięcia.
Handel garnkami odbywał się najczęściej na placu w okolicy dzisiejszego przystanku MZK, przy skrzyżowaniu ul. Sławięcickiej i Asnyka.
Poniżej fragment tekstu, którego autorem jest dr Piotr Jacek Krzyżanowski:
„Komuniści nie chcieli tolerować w Polsce ludzi, którzy ze względu na swoją kulturę i tryb życia nie zamierzali poważnie traktować ideologii nakazującej im rezygnację ze swojej tożsamości i dołączenie we wszystkich przejawach życia do „ludu pracującego miast i wsi”. Według władz przeszkodą w osiągnięciu tego celu był prowadzony przez Cyganów wędrowny tryb życia, a sposobem usunięcia tej przeszkody miało się stać przeprowadzenie akcji osiedleńczej. W związku z tym podjęto wiele działań, które doprowadziły ostatecznie do porzucenia przez Cyganów koczowniczego trybu życia. Ich kulminacja miała miejsce pół wieku temu – wiosną 1964 roku. Realizacja wizji jednorodnego społeczeństwa socjalistycznego sprawiła, że w ciągu kilku lat zniknęły z polskich dróg cygańskie tabory. Cyganie, którzy pamiętają wprowadzony w 1964 roku zakaz wędrówki, mówią wprost o swojej tragedii: „podcięto nam skrzydła i zamknięto nas w klatce””.
Zdjęcia opublikowane w tekście wykonał Zbigniew Maślanka. Dziesięć lat temu umieścił je na swoim profilu na Facebooku i skomentował następująco:
„Pamiętam, że w latach 50. i 60., w okresie letnim, przez Sławięcice przemieszczały się tabory cygańskie, które najczęściej koczowały w lesie między Sławięcicami a Niezdrowicami. Było tak aż do 1964 r., kiedy władze zabroniły im prowadzenia koczowniczego trybu życia. Cyganie rozbijali wtedy obóz, a Cyganki ruszały w trasę do pobliskich wiosek, gdzie chodziły od domu do domu i żebrały. Bardzo często kradły kury i inne rzeczy.”
Niesamowite zdjęcia pana Zbigniewa przybliżają atmosferę tamtych czasów, gdy sławięcickimi drogami przemieszczały się romskie tabory. Dziś społeczność romska wygląda już inaczej - młodzi Romowie kształcą się, zakładają firmy i nie pamiętają taborów, ale to temat na kolejny materiał.






Etnograficznego w Tarnowie.




















Napisz komentarz
Komentarze