W niedzielne popołudnie (19 kwietnia) sala kinowa Domu Kultury „Chemik” w Kędzierzynie-Koźlu wypełniła się fanami bluesa i rocka, którzy przybyli na spotkanie z legendarnym John Porter. Walijski artysta od kilku miesięcy koncertuje w ramach trasy „Helicopters ’45”, podczas której przypomina album przełomowy dla polskiej muzyki rockowej.
- Miałem 13 lat, gdy ukazała się płyta „Helicopters”. Właśnie wtedy dostałem swój pierwszy gramofon i stałem się szczęśliwym posiadaczem tego krążka. Ta muzyka wywarła na nas, ówczesnych nastolatkach, ogromne wrażenie. Zapraszam na muzyczne wydarzenie wiosny w Kędzierzynie-Koźlu - mówił, otwierając koncert, Piotr Gabrysz, dyrektor Miejskiego Ośrodka Kultury.
Porter ze swoim zespołem rozpoczął od mocnego „Ain’t Got My Music”, co już na wstępie wywołało żywiołowe reakcje publiczności. Później zabrzmiały kolejne klasyki z debiutanckiego albumu John Porter Band, m.in. „Northern Winds”, „Helicopters”, „Garage”, „Refill”, „Crazy, Crazy, Crazy” czy „Life”. Anglojęzyczny materiał nagrano w studiu Polskiego Radia w Opolu w zaledwie cztery dni – w grudniu 1979 roku – w składzie: John Porter (śpiew, gitara), Aleksander Mrożek (gitara), Kazimierz Cwynar (gitara basowa) i Leszek Chalimoniuk (perkusja).
Album okazał się przełomowy, zapoczątkowując erę nowoczesnego rocka w Polsce. Do dziś uznawany jest za jedną z najważniejszych płyt w historii krajowej muzyki rozrywkowej. Piosenki sprzed 46 lat nie straciły nic ze swojej oryginalności, a w nowych, porywających aranżacjach zyskały świeżą energię.
John był w znakomitej formie – skakał, tańczył i żartował ze sceny. Kipiał energią i aż trudno uwierzyć, że w sierpniu skończy 76 lat. - Przed koncertem zjadłem szarlotkę, więc teraz muszę się trochę poruszać, żeby spalić kalorie - śmiał się ze sceny.
W repertuar wplecione zostały także utwory z innych wydawnictw artysty. Pojawiła się również nowość – „Revolution in the Whorehouse” („Rewolucja w burdelu”), którą Porter zapowiedział z charakterystycznym dystansem. - Mam nadzieję, że się wam spodoba - mówił, a reakcja publiczności potwierdziła, że nowy materiał świetnie wpisuje się w jego styl.
Tu dwa zdania o publiczności, która licznie pojawiła się w "Chemiku". Na widowni nie brakowało rówieśników artysty – licznie reprezentowana była grupa 50+, wychowana na muzyce John Porter Band w latach 80. – ale pojawili się też młodsi słuchacze, którzy odkryli „Helicopters” dzięki rodzicom, dziadkom lub własnym muzycznym poszukiwaniom.
- Dziękujemy, że przyszliście na nasz koncert. To dla nas bardzo ważne - mówił Porter, przedstawiając zespół: gitarzystę Krzysztofa Łochowicza, basistę Jacka Szafrańca i perkusistę Roberta Rasza.
Niestety, wszystko co piękne szybko się kończy. Na finał „I’m Just a Singer” poderwał publiczność z miejsc – zaczęło się prawdziwe szaleństwo. Na bis zabrzmiał „Aggression”, a koncert zwieńczył cover Chuck Berry – klasyczny „Johnny B. Goode”, przy którym nikt już nie siedział.
- Macie tutaj bardzo fajne miejsce. Dziękujemy za spotkanie i do zobaczenia - pożegnał się John Porter, który po koncercie spotkał się z fanami i podpisywał płyty.
















Napisz komentarz
Komentarze