Wojna z lat 1806-1807 była kolejnym etapem walk Napoleona Bonapartego o dominację w Europie. W 1805 roku Francuzi rozgromili pod Austerlitz połączone siły austriacko-rosyjskie, a pokonana Austria utraciła znaczne terytoria. 12 lipca 1806 roku utworzono Związek Reński, obejmujący państwa niemieckie, wśród których ważną rolę odgrywała Bawaria. Państwa te uznały cesarza Francuzów za swojego protektora.
Niezadowolony z rosnących wpływów Napoleona król Prus Fryderyk Wilhelm III wystosował do niego ultimatum, żądając wycofania armii francuskiej za linię Renu. Doszło do wojny. 14 października Napoleon rozgromił wojska pruskie w bitwach pod Jeną i Auerstedt, a następnie w błyskawicznej kampanii zajął większą część kraju wraz z Berlinem.
W tej kampanii Śląsk nie był głównym teatrem działań wojennych, jednak francuscy stratedzy zdawali sobie sprawę, że nacierając na wschód, muszą zabezpieczyć południową flankę. Dlatego postanowili zdobyć pruskie twierdze na tym terenie i zneutralizować stacjonujące w nich garnizony.
Korpus operujący na Śląsku tworzyły dwie dywizje bawarskie pod dowództwem generałów Erasmusa von Deroya i Philippa von Wredego, dywizja wirtemberska Friedricha von Seckendorffa oraz francuskie brygady kawalerii i artyleria. W walkach uczestniczyło nieco ponad 22 tysięcy żołnierzy. Całością dowodził młodszy brat Napoleona – książę Hieronim Bonaparte.
Polacy pod twierdzą
Zanim wojska napoleońskie pojawiły się pod Koźlem, dotarły tu – co ciekawe – oddziały polskich powstańców. Polacy z ziem zaboru pruskiego i austriackiego zaczęli organizować się zbrojnie na wieść o nadciągającej armii francuskiej.
Na początku stycznia, gdy bawarska dywizja Deroya wkroczyła na teren dzisiejszej Opolszczyzny, w okolicach Gliwic i Koźla operował kilkusetosobowy oddział porucznika Trembeckiego. W jednym z raportów pisał on, że po drodze większość ludności witała jego żołnierzy jak wyzwolicieli. Ta manifestacja polskości zakończyła się pod Koźlem, gdy z twierdzy przeciwko Trembeckiemu wyruszył oddział dowodzony przez Polaka Witowskiego. Prusacy rozbili powstańców.
Załoga twierdzy stoczyła w tych dniach jeszcze kilka potyczek z polskimi oddziałami nadciągającymi ze wschodu. Wypady te na tyle zaniepokoiły dowódcę garnizonu w Koźlu, że – jak uważa Stanisław Michalkiewicz w „Wojnie na Śląsku 1806-1807” – przesądziły o rezygnacji z udzielenia pomocy oblężonemu Brzegowi.
Wiosną pod Koźlem zamierzał walczyć jeszcze jeden polski oddział. Jan Nepomucen Sułkowski, książę bielski, po wybuchu wojny francusko-pruskiej zaproponował Napoleonowi utworzenie pułku huzarów. Chciał też sam oblegać Koźle. Nie porozumiał się jednak z francuskim dowództwem i jego oddział działał na własną rękę na wschód od Odry.
Podobno, chcąc zyskać uznanie w oczach oficerów Napoleona, Sułkowski zainscenizował pod Koźlem widowiskową potyczkę. Część swoich jeźdźców miał przebrać w pruskie mundury i nakazać pozostałym żołnierzom ich zaatakować. Ostatecznie działalność księcia na tym terenie zakończył silny podjazd wysłany z twierdzy, który rozbił jego oddział.
Do pierwszego starcia żołnierzy garnizonu kozielskiego z Bawarczykami doszło 2 stycznia. Oddział majora Brunnowa, wysłany na pomoc Wrocławiowi, wracał z niewykonanej misji, gdy pod Komornem dopadła go jazda von Krausa, prowadząca rozpoznanie. Szarża szwoleżerów okazała się zabójcza. Zdobyli dwa działa, wozy z zaopatrzeniem i wzięli 142 jeńców. Prusacy mieli kilku zabitych i wielu rannych. Zaledwie 23 żołnierzy zdołało przedostać się do Koźla. Atakujący stracili dwóch zabitych i kilku rannych. Bawarczycy nie podjęli jednak pościgu. Obawiając się odsieczy, wycofali się do Opola.
18 stycznia von Deroy otrzymał rozkaz wymarszu spod Brzegu w kierunku Koźla. Generał podzielił swoje siły, które ruszyły na twierdzę oboma brzegami Odry. Brygada Paula von Mezanellego 22 stycznia dotarła w okolice Komorna i Większyc. Dzień później brygada Justusa von Siebeina osiągnęła Kłodnicę. W ciągu tego dnia rozbito lub wyparto pruskie posterunki w Kłodnicy, Pogorzelcu, Reńskiej Wsi i Większycach.

Archiwum prywatne
Początek oblężenia
Zimą 1806/1807 roku w Koźlu stacjonowała niepełna załoga. Zamiast sześciotysięcznego kontyngentu twierdzy broniło 67 oficerów i 4249 szeregowych. Była dobrze zaopatrzona, a jej umocnień broniło 229 dział różnego kalibru. Ludności cywilnej było około dwa razy mniej niż żołnierzy.
Jak podaje profesor Karol Jonca w „Wielkiej Armii Napoleona w kampanii 1807 roku pod Koźlem”, część garnizonu składała się z „ludzi niepewnych”. Byli to m.in. Polacy wcieleni do armii pruskiej na ziemiach drugiego i trzeciego zaboru. Oddziałowi ciężkiej jazdy odebrano nawet konie, by uniemożliwić jego żołnierzom ucieczkę z pola walki. Nie zapobiegło to jednak dezercjom.
Nastroje wśród załóg pruskich twierdz na Śląsku nie były najlepsze. Zwycięstwa Napoleona i błyskawiczne zajęcie Berlina wywołały panikę wśród wielu dowódców. Jeszcze gorzej było wśród zwykłych żołnierzy. Szczególnie Ślązacy i Polacy, często wcielani do armii pod przymusem, nie zamierzali ginąć za króla Fryderyka Wilhelma III. Uciekali, gdy tylko nadarzała się okazja. Wracali do swoich wsi i miasteczek albo zaciągali się do wojsk napoleońskich.
Siły przystępujące do oblężenia Koźla nie miały przytłaczającej przewagi nad pruskim garnizonem. Zachowały się dokładne dane z tamtego okresu: 6326 piechurów, 171 dragonów, 234 szwoleżerów, 224 jeźdźców w rezerwie oraz 591 francuskich i bawarskich artylerzystów i żołnierzy obsługujących zaopatrzenie.
Generał Deroy zarządził oblężenie miasta z obu stron Odry. Początkowo brakowało mu artylerii – dysponował zaledwie 30 działami. Dopiero z czasem z Wrocławia dotarły moździerze i cięższe działa oblężnicze. Sztab Deroya ulokował się w pałacu w Komornie. Dowódca oddziałów bawarskich po prawej stronie Odry, generał Justus Heinrich Siebein, urządził swoją kwaterę najpierw w Januszkowicach, a następnie w leśniczówce w Kłodnicy.
Ostra zima uniemożliwiała żołnierzom stałe obozowanie przy szańcach, dlatego rozlokowano ich w okolicznych miejscowościach. Bawarczycy stacjonowali m.in. w Reńskiej Wsi, Większycach, Rogach, Kłodnicy, Kędzierzynie, Pogorzelcu, Kobylicach, Komornie, Brzeźcach i Dębowej.
Pierwsze baterie artylerii ustawiono naprzeciw redut Kobylickiej i Większyckiej, w odległości około 900 kroków. Na prawym brzegu działa stanęły przy ujściu Kanału Kłodnickiego oraz w samej Kłodnicy.
Woda broniła miasta
Prusacy od wielu dni byli przygotowani do walki i oczekiwali przeciwnika. Gdy rankiem 23 stycznia oddziały bawarskie pod dowództwem Clemensa von Raglowicha pojawiły się w Reńskiej Wsi i Większycach, przywitał je ogień 12- i 24-funtowych dział. Padli pierwsi zabici i ranni, a w szeregach napastników pojawił się chaos. Zaskoczenie świadczyło o tym, że bawarscy dowódcy nie mieli dokładnego rozeznania w systemie umocnień ani siłach obrońców.
Generał Deroy nie chciał narażać swojego korpusu na niepotrzebne straty i zarządził dokładne rozpoznanie. Misję powierzono kapitanowi inżynierii Paporetowi. Wyniki rekonesansu nie napawały Bawarczyków optymizmem. Atak ze wschodu był praktycznie niemożliwy. Liczne meandry Odry i Kłodnicy utrudniały rozwinięcie natarcia. Twierdzy od tej strony broniły ponadto silne umocnienia, m.in. reduty Orla i Kłodnicka oraz fort Fryderyka Wilhelma. Piechota, zanim dotarłaby do szańców, znalazłaby się pod niszczycielskim ogniem artylerii i karabinów.
Deroy miał również niewielkie pole manewru na lewym brzegu Odry. Odrzucił możliwość ataku z północnego zachodu, od strony Większyc, oraz z zachodu – od Reńskiej Wsi. Bagna i rozlewiska były wprawdzie o tej porze roku zamarznięte, jednak teren przecinały liczne rowy. Dodatkowo obrońcy zatopili część przedpola.
Za najdogodniejszy kierunek natarcia uznano południe – rejon Reńskiej Wsi i Kobylic. Bawarczycy musieli się spieszyć przed wiosennymi roztopami, bo po ich nadejściu podejście do twierdzy mogło stać się zupełnie niemożliwe. Dowódcy zdawali sobie jednak sprawę, że szturm będzie się wiązał z dużymi stratami. Nacierający znaleźliby się pod ogniem armat z redut Kobylickiej i Większyckiej oraz głównych umocnień twierdzy.
Generał Deroy zarządził więc przede wszystkim przygotowanie dogodnych stanowisk artyleryjskich. Żołnierze przelali wiele potu i krwi, by przygotować działa do walki. Prace wykonywano głównie nocą ze względu na celny ostrzał obrońców. Kierowali nimi francuscy oficerowie – pułkownik Blein i kapitan Rolland. Saperzy, chcąc usprawnić komunikację między bateriami i zapewnić im zaopatrzenie, zbudowali liczne kładki nad rowami i ciekami wodnymi, a nawet most na Kłodnicy.

Archiwum prywatne
Prusacy z inicjatywą
Zgodnie z zasadami prowadzenia ówczesnych wojen oblegający wysłali do obrońców parlamentariusza. Misję powierzono Raglowichowi. Rankiem 24 stycznia generał udał się do komendanta twierdzy, pułkownika Davida von Neumanna, i zaproponował mu kapitulację. Doświadczony pruski oficer, który za zasługi we wcześniejszych wojnach został nobilitowany za panowania króla Fryderyka II, kategorycznie odrzucił propozycję. Powołując się na słowo dane swojemu władcy, zadeklarował wolę obrony twierdzy do ostatniej kropli krwi. Postawa Neumanna wzbudziła uznanie nawet wśród przeciwników.
W początkowej fazie walk Prusacy, widząc niewielką aktywność ofensywną przeciwnika, sami próbowali przejąć inicjatywę. Ogień z wysuniętych umocnień celnie raził oblegających. Szczególnie dotkliwe straty zadawały Bawarczykom działa z prawobrzeżnych fortyfikacji, ostrzeliwujące Kłodnicę i jej okolice. 25 stycznia artyleria z fortu Fryderyka Wilhelma wstrzelała się w leśniczówkę, w której znajdował się sztab generała Siebeina. Jedna z kul trafiła w dach. Generał, obserwujący kanonadę ze strychu, cudem uniknął śmierci.
Z twierdzy organizowano również wypady mające m.in. wzniecić pożary w Kłodnicy. Najliczniejszy oddział, około 300 ludzi wspieranych przez dwa działa, wyszedł z przyczółka mostowego 28 stycznia. Wykorzystując poranną mgłę i ogień osłonowy z reduty Orlej oraz fortu Fryderyka Wilhelma, Prusacy zamierzali zaatakować skład żelaza przy ujściu Kanału Kłodnickiego do Odry, gdzie Bawarczycy mieli swój park artyleryjski. Ich marsz powstrzymał rozebrany mostek na kanale oraz kontratak oddziałów stacjonujących w Kłodnicy i Pogorzelcu.
Porucznik Carl von Griessenbeck, widząc wyłaniających się z mgły napastników, poderwał swoich ludzi do ataku na bagnety. Piechurzy przeszli przez zamarznięty kanał i uderzyli na Prusaków. Jednocześnie obrońcy znaleźli się pod ogniem dział z parku artyleryjskiego, a po chwili także pod ostrzałem karabinowym bawarskich żołnierzy stacjonujących w Rogach. Prusacy stracili kilku zabitych i rannych, a część żołnierzy dostała się do niewoli. Musieli się wycofać. Griessenbeck nie podjął pościgu, obawiając się ognia artylerii fortecznej. Sam zresztą został ranny w szyję. Był to największy wypad zorganizowany na prawym brzegu Odry podczas całego oblężenia.
Ciężkie bombardowanie
Na początku lutego generał Deroy otrzymał wsparcie artylerii oblężniczej z Brzegu i Wrocławia. Na miasto spadła lawina ognia. Pierwsze wielkie bombardowanie z baterii ustawionych w Kobylicach, Reńskiej Wsi, Większycach i Kłodnicy trwało dziesięć godzin. Na miasto spadło 1460 pocisków, które wznieciły liczne pożary i spowodowały poważne zniszczenia.
Prusacy odpowiadali jednak celnym ogniem, zadając oblegającym straty. Po zakończeniu ostrzału wysłano kolejnych parlamentariuszy, ale komendant Neumann ponownie odrzucił propozycję kapitulacji. Zawarto jedynie dwudniowy rozejm i uzgodniono rozmowy dotyczące wymiany jeńców.
Mimo intensywnego ostrzału generał Deroy nie kwapił się do szturmu na umocnienia. Irytowało to dowodzącego wojskami napoleońskimi na Śląsku księcia Hieronima, który zamierzał osobiście przybyć pod Koźle. Zatrzymały go jednak ważniejsze sprawy. Wysłał więc adiutanta z rozkazami, w których domagał się zintensyfikowania działań i jak najszybszego zdobycia twierdzy. Adiutant księcia, pułkownik Morio, próbował również osobiście spotkać się z pruskim dowódcą. Prusacy wykorzystali rozejm na naprawę zniszczeń, natomiast artylerzyści francuscy i bawarscy umacniali swoje stanowiska.
Sytuację oblegających skomplikowała nagła odwilż. Wody Odry i Kłodnicy rozlały się po okolicy, zatapiając kilka baterii. Mimo to 6 lutego wznowiono ostrzał, koncentrując ogień na redutach Kobylickiej i Większyckiej, które osłaniały twierdzę od strony planowanego szturmu. Pruska artyleria również strzelała celnie. Jedną z jej ofiar został dowódca artylerii pierwszej dywizji bawarskiej, major hrabia Kajetan von Spreti.
W mieście nadal szalały pożary, niszcząc kolejne stanowiska obronne i budynki cywilne. Dezerterzy z twierdzy, których każdego dnia przybywało, opowiadali o spalonych domach, koszarach i magazynach mąki. Gdy z reduty Większyckiej uciekło blisko stu żołnierzy, a dodatkowo ponownie chwycił mróz, francuski pułkownik Blein zaproponował atak na tę część umocnień. Jego propozycja nie uzyskała jednak akceptacji dowództwa. Szturm na wysuniętą redutę został odłożony i ostatecznie nigdy do niego nie doszło. Książę Hieronim rozważał nawet odwołanie Deroya, lecz nie zdecydował się na ten krok.
Przez kolejne dni trwała wymiana ognia, powodująca znaczne straty po obu stronach. Bawarczycy przenieśli część dział z Kłodnicy na lewy brzeg Odry, aby wzmocnić ostrzał redut Większyckiej i Kobylickiej. Prusacy zorientowali się w zamiarach przeciwnika i również przerzucili dodatkowe siły na zagrożone odcinki. Dowodzący redutą Kobylicką kapitan Wostrowsky dysponował 25 armatami i skutecznie raził pozycje nieprzyjaciela.

Grzegorz Łabaj
Tragiczna sytuacja
12 lutego pod Koźle przybył z inspekcją francuski generał de Pernety. Jego wizyta zbiegła się z kolejną odwilżą. To, co zastał wokół twierdzy, nie mogło napawać optymizmem. Drogi były zalane, a stanowiska artyleryjskie tonęły w błocie. Tylko dzięki ogromnemu wysiłkowi żołnierzy udało się uratować amunicję. Podnosząca się woda zmusiła oblegających do ewakuacji części dział i wycofania wysuniętych posterunków. Pernety zdał sobie sprawę, że szturm na twierdzę otoczoną wodą byłby samobójstwem. Nakazał oszczędzać amunicję, której dostawy stawały się coraz trudniejsze, po czym wrócił do księcia Hieronima.
Przez następne dni Bawarczycy walczyli przede wszystkim z wodą i wstrzymali ostrzał twierdzy. Kilka dni względnego spokoju nie poprawiło jednak sytuacji ludzi zamkniętych za murami. Cywile mieli dość wojny, a żołnierze coraz częściej opuszczali stanowiska. Do 21 lutego załoga zmniejszyła się do 73 oficerów oraz 3718 podoficerów i szeregowych. Wielu było chorych lub rannych. Fatalne nastroje pogłębiła wiadomość o upadku Świdnicy.
Po ustąpieniu wód Odry i przygotowaniu nowych stanowisk artyleryjskich oblegający wznowili intensywny ostrzał. Do walki włączono nowe moździerze i haubice przywiezione z Wrocławia. 24 lutego sześciogodzinne bombardowanie zniszczyło sześć dział w reducie Większyckiej. Mocno ucierpiało również samo miasto. Ogień Bawarczyków stawał się coraz celniejszy, między innymi dzięki informacjom uzyskiwanym od dezerterów. Oficerowie dowiedzieli się, gdzie znajdują się magazyny i kazamaty, i właśnie na tych obiektach skoncentrowali ostrzał.
Pod koniec lutego Deroy dowiedział się o poważnej chorobie komendanta twierdzy. Wysłano kolejnych parlamentariuszy. Wpuszczono ich do Koźla, jednak Neumann odmówił spotkania. Położenie obrońców stawało się coraz bardziej dramatyczne. W nocy z 3 na 4 marca doszło do buntu. Żołnierze w kilku punktach oporu próbowali przejąć kontrolę i uwięzić oficerów, a w razie oporu nawet ich zabić. Ponad 50 wojskowych uciekło z fortu Fryderyka Wilhelma i tylko zdecydowana postawa dowodzącego nim kapitana von Brixena uratowała ten strategiczny punkt obrony. W reducie Kobylickiej porządek trzeba było przywrócić siłą. Kapitan Wostrowsky kazał rozstrzelać kilku przywódców spisku. Po tym wydarzeniu wzmocniono patrole w mieście, zabezpieczono kazamaty i broń oraz surowo karano wszelkie przejawy niesubordynacji.
Mimo korzystnego dla Bawarczyków i Francuzów rozwoju sytuacji nie zdecydowali się oni na szturm. Generał Deroy, mimo niskiego morale obrońców i osłabienia garnizonu dezercjami, obawiał się wysokich strat. Liczył, że wcześniej czy później załoga sama skapituluje.
Kolejna inspekcja wysłana przez księcia Hieronima wykazała, że dalsze oblężenie tak niewielkimi siłami może ciągnąć się bardzo długo. Pułkownik Blein sugerował w raporcie zwiększenie liczebności wojsk do 10-12 tysięcy żołnierzy oraz podwojenie liczby dział. Zwracał też uwagę, że gdyby Prusacy mieli liczniejszy garnizon, mogliby z powodzeniem urządzić silny wypad i zniszczyć stanowiska artyleryjskie oblegających.
Ścisła blokada
Hieronim nie dysponował jednak wolnymi siłami. Przeciwnie – musiał osłabić swój korpus i wysłać drugą dywizję bawarską na front w Polsce. W tej sytuacji na początku marca zdecydował o zwinięciu regularnego oblężenia i przejściu do blokady Koźla. Decyzja oznaczała wycofanie części wojsk. Ciężką artylerię skierowano pod inne twierdze. 7 marca generał Deroy opuścił z częścią oddziałów okolice Koźla, a dowodzenie blokadą przejął generał Clemens von Raglowich.
Widząc ruchy wojsk przeciwnika, komendant twierdzy nakazał przeprowadzić kilka wypadów w celu rozpoznania jego sił. Największy, około 500-osobowy oddział zaatakował pozycje bawarskie pod Reńską Wsią. Doszło do walki na bagnety. Po obu stronach byli zabici i ranni, ale Prusacy zostali odparci.
12 marca z Kłodnicy wycofano oddziały generała Siebeina. Raglowichowi pozostało około 2300 żołnierzy. W tej sytuacji zdecydował się znieść blokadę twierdzy na prawym brzegu Odry. Prusacy natychmiast rozpoczęli niszczenie opuszczonych stanowisk przeciwnika. Wyruszali po prowiant i ściągali nowych rekrutów. Otrzymali też wsparcie od innych oddziałów stacjonujących po tej stronie rzeki. Odejście Bawarczyków wykorzystało również wielu mieszczan, którzy uciekli z Koźla.
Wytchnienie obrońców nie trwało jednak długo. Pod koniec marca Raglowich otrzymał wsparcie piechoty i lekkiej artylerii z Brzegu. Uznał, że jego siły wzrosły na tyle, by część oddziałów ponownie przerzucić na prawy brzeg Odry. Na początku kwietnia wydzielony oddział majora Wredego zaczął operować w rejonie Januszkowic. Zbliżył się nawet do Kłodnicy, gdzie został ostrzelany z dział fortu Fryderyka Wilhelma.
Do kolejnego dużego starcia doszło 10 kwietnia, gdy do twierdzy próbował przedostać się silny oddział jazdy. Naprzeciw nich wyszły z miasta dwa oddziały, które zaatakowały bawarskie pozycje przy drogach prowadzących do Większyc i Reńskiej Wsi. W kilkugodzinnej walce uczestniczyło łącznie ponad tysiąc żołnierzy oraz artyleria. Prusakom nie udało się przełamać blokady ani wyrządzić przeciwnikowi poważniejszych szkód. Po stracie kilkudziesięciu zabitych i rannych musieli wycofać się do swoich redut.
Wkrótce obrońców spotkał jeszcze boleśniejszy cios. 16 kwietnia zmarł dowódca twierdzy David von Neumann. Pochowano go w Koźlu, a jego postawę podczas obrony później upamiętniono pomnikiem. Dowództwo przejął pułkownik Ludwig Wilhelm von Puttkamer.
Ścisła blokada zaczęła przynosić efekty. Prusakom brakowało przede wszystkim lekarstw, a szpitale i kazamaty zapełniały się rannymi i chorymi na tyfus. Kurczyły się zapasy żywności i paszy. Na początku maja obsada umocnień zmniejszyła się do 18 oficerów oraz 2756 podoficerów i szeregowych.
Kapitulacja twierdzy
Nikłą nadzieję dla oblężonych dawała próba odblokowania Nysy i Koźla podjęta przez oddział majora Karla von Losthina z Kłodzka. Pod Strugą Prusacy zostali jednak rozbici, m.in. dzięki atakowi ułanów Legii Polsko-Włoskiej. Szans na skuteczną odsiecz praktycznie już nie było.
Do końca maja zmarło ponad 200 chorych żołnierzy, a kolejna setka zdezerterowała. Brakowało świeżej wody pitnej, ponieważ oblegający uszkodzili wodociąg i kanały doprowadzające ją do twierdzy. Głód i choroby zbierały krwawe żniwo. Sytuacja załogi była dramatyczna.
2 czerwca Raglowich spotkał się z komendantem twierdzy. Puttkamer nadal nie chciał zgodzić się na kapitulację. Osiem dni później kolejną próbę negocjacji podjął osobisty wysłannik Hieronima Bonapartego. Przekazał Prusakom, że jest to ostatnia szansa na porozumienie. Jeśli komendant nie podejmie negocjacji, Bawarczycy zaatakują, co może zakończyć się rzezią obrońców.
Puttkamer miał coraz mniej możliwości. Jego siły były znikome. Choć na wałach pozostawało blisko 200 dział, brakowało ludzi do ich obsługi. Połowa umocnień nie miała już załogi. Miasto było zrujnowane, a do walki pozostawało niewiele ponad tysiąc wygłodzonych żołnierzy. Pułkownik zgodził się na kapitulację i przekazanie twierdzy wojskom napoleońskim do 16 lipca. Do tego jednak nie doszło. Do walczących dotarła wiadomość, że w Tylży zawarto pokój między Napoleonem a królem Prus Fryderykiem Wilhelmem III. Koźle pozostało w rękach pruskich. Żołnierze armii napoleońskiej nigdy nie wkroczyli do twierdzy.

Archiwum prywatne



Napisz komentarz
Komentarze