To było piekło na Ziemi

  • 26.08.2019, 12:40
  • Andrzej Kopacki
To było piekło na Ziemi
Lato 1992 roku należało do wyjątkowo upalnych i suchych. W sierpniu słupki rtęci na termometrach przekraczały w niektórych miejscach 38 °C. Od maja na większości terytorium Polski nie spadła ani kropla deszczu. Mało kto jednak przypuszczał, że afrykańskie upały i wielomiesięczna susza w połączeniu z ludzką niefrasobliwością, wywołają prawdziwe piekło na Ziemi. Dziś mija 27 lat od wybuchu największego po II wojnie światowej pożaru lasu nie tylko w Polsce, ale również w Zachodniej i Środkowej Europie. Obecnie teren pożarzyska, które liczyło ponad 9 tysięcy hektarów, porasta już gęsty las.

Pożar, który wybuchł w środę 26 sierpnia 1992 r. był tragiczny zarówno z uwagi na swój rozmiar, jak i na fakt, że zginęło w nim dwóch strażaków biorących udział w ratowaniu lasu. Na powstanie pożaru i jego dynamiczny rozwój, decydujący wpływ miały warunki atmosferyczne. W dzień temperatura powietrza wynosiła od 31°C do 38°C. Ponadto wiał silny wiatr, którego prędkość sięgała od 6 do 24 m/sek.

To wszystko w połączeniu z trwającą od maja 1992 roku suszą, przyczyniło się do wielkiej katastrofy. Również łany wysokich traw miały wpływ na gwałtowny rozwój pożaru. Kataklizm ten był rzadkim rodzajem pożarów leśnych. W literaturze określa się je mianem pożarów „plamistych” lub „cętkowych”. Występują one w okresie długotrwałych susz i w skrajnie ekstremalnych warunkach meteorologicznych.

Iskry z pociągu

W środę około godziny 13.50 napłynęły pierwsze meldunki o dymie, który pojawił się wzdłuż linii kolejowej Kędzierzyn-Koźle - Racibórz. Pierwszy z pożarów powstał na południe od miejscowości Kuźnia Raciborska, w Leśnictwie Nędza, na długości ok. 1100 m, drugi na północ od Kuźni Raciborskiej w Leśnictwie Kiczowa na długości ok. 800 m, natomiast trzeci na północ od miejscowości Solarnia na długości ok. 1400 m w Leśnictwie Lubieszów. Prawdopodobnie pożar wywołały iskry, sypiące się spod kół przejeżdżającego wówczas pociągu.

Iskry pojawiły się w wyniku awarii technicznej (zablokowania hamulców). Na domiar złego, jak wynika z dokumentacji zgromadzonej po pożarze: „(...) zabezpieczenie szlaku kolejowego na odcinku Kuźnia Raciborska - Dziergowice (czyli w miejscu, gdzie powstał pożar) stanowił pas Kienitza, którego utrzymanie należało do obowiązków PKP. Pas ten nie spełniał wymogów przepisów ochrony przeciwpożarowej z dwóch względów: był założony w niewłaściwej odległości od nasypu kolejowego i źle utrzymany”.

Śmierć w płomieniach

Pożar jako pierwsi zauważyli strażacy z kierowanej przez starszego aspiranta Andrzeja Kaczynę Jednostki Ratowniczo-Gaśniczej w Raciborzu, którzy ok. godz. 13:50 wyjeżdżali z punktu czerpania wody w Kuźni Raciborskiej. Zauważywszy dym nad lasem, Andrzej Kaczyna poinformował o tym przez radio Komendę Rejonową Państwowej Straży Pożarnej w Raciborzu, a następnie udał się w rejon zdarzenia. Na jego prośbę do pożaru wysyłano kolejne jednostki OSP.

Początkowo do gaszenia ognia skierowano 10 sekcji straży pożarnej. Były to jednak zbyt skromne siły na kataklizm, który w krótkim czasie wymknął się spod kontroli, na skutek silnych i zmiennych podmuchów wiatru. Pożar rozwijał się w zastraszającym tempie. Około godz. 16:08, prowadzące akcję gaśniczą jednostki straży pożarnej, zostały zaskoczone niespodziewaną zmianą kierunku wiatru i gwałtownym rozwojem pożaru w gęsto zarośniętych młodnikach.

Strażacy rzucili się do ucieczki. Nie mieli czasu na zwinięcie sprzętu, ani na ewakuację samochodów. Z ognia wydostało się 18 ludzi. Brakowało dwóch członków załóg. Rozpoczęto akcję poszukiwawczą. Druga grupa ratowników zdołała dotrzeć do spalonych wraków czterech samochodów i zwęglonych zwłok. Starszy aspirant Andrzej Kaczyna zginął w kabinie samochodu, a druh Andrzej Malinowski z OSP Kłodnica 40 m od auta. 

Dla Zygfryda Steuera, byłego zastępcy komendanta PSP w Kędzierzynie-Koźlu najbardziej przerażającym momentem akcji gaśniczej była właśnie śmierć tych dwóch strażaków.

- Od maja w tym rejonie nie spadł deszcz w związku z tym wilgotność ściółki była bardzo niska. Pożary wierzchołkowe i burze ogniowe, powodowały, że ogień rozprzestrzeniał się błyskawicznie. Niestety nie wszyscy zdążyli uciec z tego piekła - ubolewa komendant Steuer.

Eksplodujące niewybuchy

W tych tragicznych dniach Henryk Szymura z Osiedlowej Telewizji Kablowej VECTOR w Kędzierzynie-Koźlu nakręcił prawie godzinny film, relacjonujący wydarzenie z 1992 roku. Oto link do wspomnianego filmu https://www.youtube.com/watch?v=aj4AAcS8_28

- Starałem się nie podchodzić emocjonalnie do tego wszystkiego. Filmując pożar, próbowałem wyłączyć emocje i skupić się na rejestracji tego, co działo się wokół mnie. Refleksja przychodzi dopiero po czasie, nawet po latach. Najbardziej dramatycznym momentem były pierwsze godziny pożaru, kiedy znajdowałem się w otoczeniu czterech spalonych samochodów gaśniczych. W jednym znajdowały się zwłoki strażaka, a 20 metrów dalej na pogorzelisku poparzone ciało jego kolegi - opowiada  Henryk Szymura. - W odległości kilkuset metrów, a może paru kilometrów od nas miały miejsce potężne eksplozje niewybuchów z czasów II wojny światowej.

Pochodziły one z alianckich nalotów na pobliskie kombinaty chemiczne III Rzeszy w Azotach i Blachowni. Natomiast trzeciego dnia byliśmy głęboko w lesie. Znajdowałem się wraz ze strażakami naprzeciwko czoła pożaru, który nagle na skutek podmuchów wiatru zmienił kierunek i zaczął nas okrążać. Zdołałem uciec z tego kotła wraz ze strażakami, ale mogło się to skończyć bardzo źle. Jednak gdyby to zdarzenie wystąpiło również dziś, a ja miałbym możliwości techniczne i nikt by mi w tym nie przeszkadzał, to bez zastanowienia pojechałbym je sfilmować - zapewnia kędzierzyński reporter.
 
Szyszki jak pociski

Ogień przemieszczał się z prędkością 4 km/h. Już po 4 godzinach objął swym zasięgiem 600 ha, natomiast po 8 godzinach 2200 ha lasu. Następnego dnia około godziny 7.00 rano powierzchnia pożaru obejmowała już ok. 3800 ha. O godz. 9.00 (27 sierpnia) płomienie zajmowały 5500 ha, natomiast o godz. 9.30 (28 sierpnia) - 6000 ha.

Marek Kłos, który 1 stycznia 1992 roku został leśniczym Leśnictwa w Brzeźcach, dobrze pamięta tamte chwile. - Gdy wybuchł pożar w Kuźni Raciborskiej i ogień zaczął przesuwać się w głąb kompleksu leśnego, nadleśniczy zarządził, że siedzimy w domu pod telefonem i czekamy na dyspozycje. Informacja, że ogień przeszedł drogę prowadzącą z Kotlarni do Gliwic  przyszła bardzo szybko. Zostaliśmy wezwani do akcji, jako przewodnicy strażaków - wspomina Marek Kłos.

Duży wpływ na szybkie rozprzestrzenianie się ognia miała też sosna, której igliwie zawiera olejki eteryczne. Ich temperatura zapalenia wynosi około 50°C, podczas gdy w przypadku pozostałych materiałów leśnych jest to od 260 °C do 300°C. Wydzielające się olejki tworzyły swego rodzaju „mieszanki wybuchowe”. Towarzyszące pożarowi tzw. prądy konwekcyjne zdolne były przerzucić palące się szyszki sosnowe na odległość od 600 do 800 metrów, a w skrajnych przypadkach nawet do 1 kilometra

Pożar opanowano dopiero 30 sierpnia w godzinach rannych, jednak akcja gaśnicza, trwała łącznie 26 dni. W obrębie pożaru znajdowały się bowiem torfowiska, co utrudniało dogaszanie pożaru w jego schyłkowej fazie. W przełomowym momencie tj. w dniach 29 i 30 sierpnia na miejscu pracowało - 859 sekcji straży pożarnej (4700 osób), 3200 żołnierzy, 650 policjantów, 1220 osób z Obrony Cywilnej, 1150 pracowników Służby Leśnej. Do walki z żywiołem zaangażowano również 4 śmigłowce oraz 27 samolotów gaśniczych Dromader, 48 ciągników ciężkich i specjalistycznych, 25 ciągników rolniczych, 36 kolejowych cystern na wodę.

Spłonęło 15 wozów gaśniczych i 26 motopomp. Rozgrzany popiół pogorzeliska zniszczył 70 km węży strażackich.

Szczęście w nieszczęściu

Właściwe zorganizowanie i skoordynowanie działań na tak rozległym terenie z udziałem prawie 10 tys. ludzi oraz ogromnej ilości sprzętu, wymagało odpowiedniej pracy sztabu akcji. Biegli nie dopatrzyli się uchybień w kierowaniu akcją ratowniczo-gaśniczą, uznając, że podjęte w ówczesnych warunkach działania, były właściwe. 

Co najważniejsze, w wyniku prowadzonej akcji ratowniczo-gaśniczej nie dopuszczono do rozprzestrzenienia się pożaru na dalsze obszary leśne o powierzchni około 40 tys. ha. Jednocześnie przed płomieniami obroniono takie miejscowości jak: Łącza, Tworóg Mały, Rudziniec, Rudno, Rachowice, Goszyce, Kotlarnia, Bargłówka, Brantolka, Dziergowice, Stara Kuźnia, Niezdrowice, mimo, że ogień podchodził pod same zabudowania. Zagrożone były również duże zakłady przemysłowe w Kędzierzynie-Koźlu - Zakłady Chemiczne, Zakłady Azotowe i skład Centrali Produktów Naftowych.

Komendant Zygfryd Steuer przyznaje, że całe zdarzenie mogło się skończyć o wiele bardziej dramatycznie, ponieważ płomienie podeszły w pobliże składu CPN, gdzie znajdowały się potężne zbiorniki z paliwem. Sąsiadowały one bezpośrednio z płonącym lasem, a ogień zbliżył się do nich na odległość 2-3 km. Przy szalejącym wietrze, języki ognia i latające pochodnie w postaci sosnowych szyszek, mogły tam dotrzeć w kilkadziesiąt minut.

- Powiem krótko. Sprzyjało nam wtedy szczęście - nie ukrywa Zygfryd Steuer. O mały włos nie doszło do potężnych eksplozji i skażenia środowiska.

Gigantyczne straty

Pożar objął powierzchnię 9062 ha, z tego w Nadleśnictwie Rudy Raciborskie 4480 ha, w Nadleśnictwie Rudziniec 2352 ha, a w Nadleśnictwie Kędzierzyn 2230 ha. Powstałe pożarzysko miało długość 32 km i szerokość kilkunastu km. Łączne straty w infrastrukturze w trzech nadleśnictwach przekroczyły 13 mld zł. Z tytułu przedwczesnego wyrębu, straty finansowe wyniosły około  279,3 mld zł, natomiast zwiększone koszty pozyskania i zrywki drewna oraz zabiegów agrotechnicznych przekroczyły 75 mld zł. Żywioł uczynił ogromne szkody w lesie, bowiem zniszczył drzewa, runo leśne, ściółkę i wierzchnią warstwę gleby oraz zabił ponad 150 sztuk zwierzyny płowej.

Po dogaszeniu pożaru, na powierzchni wielu kilometrów rozciągała się czarna, znaczona kikutami drzew pustynia, z ziemią pokrytą miejscami nawet kilkucentymetrową warstwą popiołu.

Do tego, by dziś na terenie pożarzyska mógł rosnąć gęsty las, przyczynili się leśnicy z całej Polski. Już w pierwszym dniu na miejsce pożaru skierowanych zostało kilkuset pracowników leśnych, a także sprzęt i samochody z 35 nadleśnictw Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Katowicach. W kolejnych dniach także z wielu innych nadleśnictw w Polsce delegowani byli pracownicy, by opanować sytuację i pozbyć się olbrzymiej ilości drewna. Z porządkowaniem terenu należało się spieszyć, usuwając je z terenu pożarzyska, bowiem w dużych ilościach wystąpił groźny szkodnik - szeliniak sosnowiec, a na obrzeżach pożarzyska - przypłaszczek granatek.

Z powodu pożaru trzeba było usunąć 900 tys. m3 drewna. Jesienią 1992 i zimą następnego roku pilarze, leśnicy i transportowcy uporządkowali teren. Uznano, że ze względu na duże zanieczyszczenie powietrza nie można palić odpadowych gałęzi, a także szczątków zniszczonych młodników. Do ich rozdrabniania użyto m.in. ciężkiego sprzętu z Bumaru-Łabędy. Rozdrobniony i wgnieciony w ziemię materiał drzewny ulegał stopniowo rozkładowi.

To, co nadawało się do sprzedaży, zostało sprzedane. Resztę zmielono, by wzmocnić i użyźnić glebę. Dopiero potem można było myśleć o nasadzeniach.

Podołali wyzwaniu

Stojący  na czele Nadleśnictwa Kędzierzyn Grzegorz Skrobek, wspomina rok 1993, kiedy to czynnie uczestniczył w przywracaniu życia na pogorzelisku. Należało to uczynić w jak najkrótszym czasie.

- Jeszcze w 1993 roku pamiętam takie małe trąby powietrzne, które formowały się z pyłów i tego, co na tej spalonej ziemi zostało. Tam mogło dojść do erozji gleby, dlatego czas naglił - przyznaje nadleśniczy. -To było niezwykle trudne, ponieważ wówczas nikt nie dysponował takimi zasobami sadzonek, jak i sprzętu do wycięcia spalonych kikutów drzew oraz przygotowania gleby. Pomimo tego w ciągu ok. 3 lat od pożaru, wszystkie poszkodowane nadleśnictwa uporały się z nasadzeniami. Również przyroda obsiała nam część powierzchni brzozą i sosną, co przyśpieszyło biologiczną odbudowę tego terenu - dodaje Grzegorz Skrobek, przypominając, że w
ówczas w Nędzy powstała szkółka kontenerowa, która produkowała sadzonki  przede wszystkim na potrzeby gigantycznego pogorzeliska.

Zagrożenie pożarowe tutejszych obszarów leśnych jest bardzo duże z uwagi na ich bezpośrednie sąsiedztwo z przemysłową aglomeracją, jaką jest Kędzierzyn-Koźle oraz gęstą sieć dróg publicznych oraz linii kolejowych. Największe zagrożenie pożarowe występuje wczesną wiosną oraz latem podczas długotrwałych susz. Najczęstszą przyczyną powstawania pożarów na terenie Nadleśnictwa Kędzierzyn są ludzie. Corocznie odnotowuje się tu od kilku do kilkudziesięciu pożarów. Są to najczęściej pożary obejmujące małe powierzchnie, w wyniku których spaleniu ulega runo i podszyt. Większość z nich jest wykrywana i gaszona w zarodku, dzięki sprawnemu systemowi przeciwpożarowemu oraz ścisłej współpracy z PSP i OSP.

Strzał w dziesiątkę


- Wprowadziliśmy cały system zabezpieczenia pożarowego na terenach dawnego pożarzyska. Pasy przeciwpożarowe wzmocnione drogami, system monitoringu przeciwpożarowego. To był strzał w przysłowiową „10”, bo od tamtego czasu nie mieliśmy już tak dużych pożarów. Te małe natomiast szybko wykrywamy i gasimy - zapewnia nadleśniczy Grzegorz Skrobek, przypominając, że lasy RDLP w Katowicach objęte są systemem ochrony przeciwpożarowej, w skład którego wchodzą punkty alarmowo-dyspozycyjne w biurze dyrekcji i nadleśnictwach, sieć obserwacji naziemnej i powietrznej oraz infrastruktura przeciwpożarowa (pasy, drogi dojazdowe itp.).

Lasy objęte są również obserwacją lotniczą. System łączności oparty jest na radiotelefonach stacjonarnych i przenośnych, co umożliwia skuteczną koordynację działań i szybki przepływ informacji. Na terenie Nadleśnictwa Kędzierzyn znajdują się oznakowane punkty czerpania wody, przystosowane do jej poboru przez wozy bojowe oraz przez śmigłowce gaśnicze. Większość istniejących na obszarze nadleśnictwa dróg, stanowi dojazdy pożarowe.

Teren pożarzyska z roku 1992  zagospodarowany jest systemem zabezpieczeń przeciwpożarowych, opartych na specjalnie opracowanych pasach przeciwpożarowych I rzędu.
- Wszystko po to, żeby strażacy mogli podchodzić do swoich zadań bezpieczniej i aby pożary nie rozprzestrzeniały się wierzchołkowo. Ponadto, żeby można je było szybciej lokalizować i gasić - przekonuje Marek Kłos.

Natura zwyciężyła

Już w rok po kataklizmie na terenie pogorzeliska pojawiła się pierwsza roślinność. Zaobserwowano m.in. liczne samosiejki sosny oraz brzozy. Natura zwyciężyła i życie znów zaczęło wracać na spopieloną ziemię. Jednak ingerencja człowieka była w tym przypadku konieczna. W 1993 r. posadzono modrzewie i brzozy na pow. ok.1000 ha. Jednakże panująca ówczesną wiosną susza sprawiła, że przyjęły się one tylko w 30%. W 1994 r. zalesiono dalsze 1000 ha, na których dzięki wilgotnej wiośnie przyjęło się 90% sadzonek.

Wykonaliśmy jako Służba Leśna wręcz tytaniczną pracę. Wielki szacunek należy się pracownikom Zakładu Usług Leśnych, którzy pracowali przy usuwaniu tych drzewostanów. Już w 1993 roku na części tych terenów został posadzony nowy las, ale susza, bądź też lokalne podtopienia, skomplikowały sytuację, wymuszając dodatkowe nasadzenia. Dziś można podziwiać efekty naszych prac. Po 27 latach na terenie dawnego pożarzyska mamy już przepiękne młodniki i drzewostany. W drugim i trzecim pokoleniu będą one przebudowywane . W zasadzie ta przebudowa już się zaczęła, tak, aby lasy te były bardziej mieszane, a tym samym bardziej odporne  m.in. na pożary - dodaje Marek Kłos, który obecnie jest inżynierem nadzoru w Nadleśnictwie Kędzierzyn.

Początkowo przystąpiono do sadzenia dębów, buków i sosen. W odtworzonym lesie te ostatnie stanowią znaczący procent, bowiem część gleb jest tak niskiej klasy, że inne drzewa tam nie wyrosną.


- Nowy las został gatunkowo bardziej dopasowany, niż miało to miejsce przed pożarem - zapewnia nadleśniczy Grzegorz Skrobek.
Nie przewidziano nasadzeń świerka, który jest od sosny bardziej palny i wrażliwszy na emisje przemysłowe. Obecny las przed pożarami chronią prawie 100-metrowej szerokości pasy zieleni, usytuowane po obu stronach dróg. Jednak las to cały ekosystem. Nie tylko drzewostan, który udało się odtworzyć, ale także inne rośliny, a przede wszystkim zwierzęta. Przywrócenie tego ekosystemu do stanu pierwotnego, zajmie co najmniej kilkadziesiąt lat.

Instytucjonalna symbioza

Rzecznik prasowy Komendy Powiatowej PSP w Kędzierzynie-Koźlu Leszek Morkis, nie ukrywa, że jeśli chodzi o wyposażenie i środki ochrony osobistej, to strażacy są o wiele lepiej (niż w 1992 r.)  przygotowani do walki z takimi kataklizmami. Postęp technologiczny, jaki dokonał się przez te 27 lat jest ogromny.

Jednak gros pracy - co podkreśla Leszek Morkis - wykonali też sami leśnicy. - Diametralnie zmieniło się podejście do obserwacji lasów pod kątem ochrony przeciwpożarowej i jest to przede wszystkim zasługa leśników, którzy tak organizują  swoją pracę, szczególnie w tym najniebezpieczniejszym okresie od wiosny do jesieni, aby możliwie jak najszybciej zlokalizować ewentualny pożar. Jest to też kwestia odpowiednio oznakowanych dróg dojazdowych, dzięki czemu strażacy dokładnie wiedzą, gdzie mają jechać do pożaru, gdy otrzymują zgłoszenie o zdarzeniu - wyjaśnia Leszek Morkis, wspominając też o kluczowym podczas gaszenia pożarów zaopatrzeniu wodnym.

- Tu też wiele się zmieniło, bo nadleśnictwa budują zbiorniki przeciwpożarowe w środku kompleksów leśnych.  Gdyby nie dobra organizacja pracy leśników, to nawet najlepszy sprzęt, którym dysponowaliby strażacy, nie zdałby egzaminu, bo bez możliwości sprawnego dojazdu do pożaru i bez zaopatrzenia wodnego, niewiele byśmy zdziałali - kończy rzecznik prasowy PSP.

Pożarzysko po 27 latach zmieniło się nie do poznania. Patrząc na ten okres z perspektywy człowieka, jest to długi czas, natomiast dla samej przyrody niewiele - dodaje
nadleśniczy Grzegorz Skrobek, wyrażając nadzieję, że podobny kataklizm już nigdy więcej się nie wydarzy.

Andrzej Kopacki

Podziel się:

Oceń:


Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe