Kiedy „Kędzierzyn” poszedł na żyletki, a „Nysa” na dno?

  • 23.03.2020, 12:08 (aktualizacja 23.03.2020, 14:37)
  • Andrzej Kopacki
Kiedy „Kędzierzyn” poszedł na żyletki, a „Nysa” na dno? foto: Bogusław Rogowski
Wodowanie statku M/S „Kędzierzyn” odbyło się 29 sierpnia 1970 roku. Wybrało się na nie z Kędzierzyna kilkaset osób. Byli to głównie przodownicy pracy i działacze partyjno-związkowi. Po wypowiedzeniu przez matkę chrzestną formułki: „Płyń po wodach i oceanach świata. Głoś sławę polskich stoczniowców, marynarzy i chemików. Nadaję ci imię »Kędzierzyn«” i rozbiciu o burtę statku butelki radzieckiego szampana M/S „Kędzierzyn” ruszył z pochylni przy dźwiękach Mazurka Dąbrowskiego. Przez dobre 20 lat obcokrajowcy w różnych portach świata na widok naszej jednostki łamali sobie język, próbując wymówić nazwę „Kędzierzyn”.

Opolskie statki: S/S „Opole”, M/S „Nysa” i M/S „Kędzierzyn”, pływając pod polską banderą, były ambasadorami swoich miast oraz całego regionu. Dziś można je podziwiać na starych fotografiach. Najstarszy - M/S „Nysa” - został zwodowany  w 1951 roku. Potem był S/S „Opole”, natomiast w tym miesiącu minie 48 lat od zwodowania sześciotysięcznika M/S „Kędzierzyn”, który przez 20 lat rozsławiał na świecie imię polskich stoczniowców i chemików. Na dziobie masowca widniał ówczesny herb Kędzierzyna, przedstawiający złączone ze sobą połówki piastowskiego orła i kolby chemicznej.

Historia M/S „Kędzierzyn” zaczęła się pod koniec lat 60. ubiegłego wieku. Wówczas Polska Żegluga Morska postanowiła zamówić w gdańskiej stoczni cztery nowoczesne masowce do przewozu węgla, zboża oraz siarki. Brat ówczesnego I sekretarza komitetu zakładowego PZPR w kędzierzyńskich „Azotach” piastował podobną funkcję w gdańskiej stoczni. Gdy pewnego razu odwiedził rodzinę w Kędzierzynie, poinformował, że w stoczni zaplanowano budowę serii nowoczesnych masowców, a ich patronami mają być duże polskie zakłady przemysłowe; być może jednym z nich mógłby zostać nasz kombinat. Pomysł przypadł do gustu kędzierzyńskim decydentom, tym bardziej kiedy okazało się, że dwa inne statki znalazły już patronów w postaci zakładów z branży chemicznej.

Filmowe perypetie

Wysłano więc pismo do armatora i przystąpiono do omówienia szczegółów patronatu. Na matkę chrzestną statku wytypowano warszawską powieściopisarkę Marię Szypowską, stypendystkę Centralnej Rady Związków Zawodowych, która od dłuższego czasu związana była z kędzierzyńskimi „Azotami”. Pokłosiem jej pobytu w Kędzierzynie była głośna powieść pt. „Wiadro pełne nieba”, opisująca losy pracowników kędzierzyńskiego kombinatu, który był drugą pod względem wielkości inwestycją planu 6-letniego (po Nowej Hucie).

Tymczasem w Gdańsku ruszyła budowa nowej jednostki. Trwającą wiele miesięcy budowę statku, począwszy od położenia stępki aż do zwodowania, rejestrowali na taśmie filmowej członkowie amatorskiego klubu filmowego „Alchemik” - Bogusław Rogowski i Engelbert Kral.

Pan Bogusław do dziś wspomina comiesięczne wyjazdy do Gdańska oraz przeszkody, jakie każdorazowo musieli pokonywać filmowcy, aby wejść z kamerą na teren stoczni.

- Gdańska stocznia objęta była ochroną kontrwywiadowczą, ponieważ w tamtym czasie produkowano w niej również barki desantowe dla wszystkich armii wchodzących w skład Układu Warszawskiego. Za każdym razem trzeba było tłumaczyć twardogłowym pułkownikom i komandorom ze stoczniowego wydziału wojskowego tak oczywiste fakty, jak to: po co chcemy dokumentować poszczególne etapy budowy statku, ile taśmy filmowej mamy zamiar zużyć, bądź też, kto nas do tego wyczynu namówił - opowiada Bogusław Rogowski, podkreślając ogromną przychylność i poparcie ze strony barona partyjnego, trzęsącego całą stocznią, gdyż bez jego błogosławieństwa o kręceniu filmu można byłoby zapomnieć.

Mieli co świętować

Wodowanie statku odbyło się 29 sierpnia 1970 roku. Po uroczystości z udziałem licznej delegacji z Kędzierzyna na innym statku oraz w muzeum morskim zorganizowano wystawny bankiet. Wyposażanie jednostki M/S „Kędzierzyn” trwało jeszcze pół roku. Ostatecznie statek wszedł do morskiej służby 15 lutego 1971 roku. Pływał głównie po Bałtyku, Morzu Północnym i Śródziemnym. Przemierzał również Ocean Atlantycki. W ładowniach przewoził węgiel, zboże oraz siarkę. Napędzany był mazutem. Obsługiwała go 26-osobowa załoga. Między rejsami marynarze z „Kędzierzyna” często odwiedzali nasze miasto. Podczas jednej z wizyt tutejsze władze obdarowały ich powstałymi na kędzierzyńskich plenerach malarskich obrazami, które zdobiły potem na statku jadalnię.

W 1973 roku załoga „Kędzierzyna” objęła patronat nad Szkołą Podstawową nr 1 im. Powstańców Śląskich w Kędzierzynie. W następnym roku na pokładzie statku gościła grupa uczniów z SP nr 1. W prezencie dostali ogromnego spreparowanego żółwia morskiego. W tym samym roku marynarze z „Kędzierzyna” objęli też patronat nad klubem żeglarskim „Tajfun”, działającym w „Azotach”. Zapadła nawet decyzja o powstaniu w kędzierzyńskich zakładach azotowych 16-metrowego pełnomorskiego jachtu. Symboliczną stępkę pod budowę stalowego kadłuba położył kapitan „Kędzierzyna” Ryszard Trąbski. Został on honorowym przewodniczącym komitetu budowy, a jego marynarze podarowali kędzierzyńskim wodniakom część wyposażenia nawigacyjnego do nowej jednostki.

Na zdjęciu M/S „Kędzierzyn”: nośność - 5735 DWT, załoga - 26 osób, długość - 109 m, szerokość - 15,80 m, zanurzenie -  8,7 m, moc silników - 2500 kW, prędkość - do 13 węzłów 
foto: B. Rogowski

Inne zakończenie

Po 20 latach służby morskiej M/S „Kędzierzyn” był mocno wyeksploatowany. W 1990 roku armator sprzedał go spółce Met-Pol. Ta zbyła go iberyjskiemu armatorowi, ale z polską załogą. Przez długie lata funkcjonował przekaz, że jesienią 1992 roku jednostka zakończyła swój żywot. Okręt został pocięty na żyletki w jednej z indyjskich stoczni. Ale czy na pewno? Wszystko wskazuje na to, że prawdziwa historia związana z losami naszej jednostki wyglądała zupełnie inaczej.

Otóż do 1992.02.01 roku jednostka nazywała się „KĘDZIERZYN”, a następnie przez długie lata pływała jeszcze pod innymi banderami i nazwami: „FINNSTONE” (2000.02.01),  „KORO” (2004.03.01), „IRON CASTLE" (2005.10.01) „ABDUL RAHMAN” (2012.05.01), a na samym końcu pod banderą afrykańskiego państwa Togo i nazwą „LEEN H”. Ostatecznie została wycofana z eksploatacji pod tą właśnie nazwą.

Można to ustalić na podstawie dostępnych stron internetowych w tym m.in. M/S „Kędzierzyn” 1

Morska katastrofa

M/S „Nysa” był pierwszym polskim drobnicowcem z serii B-51, zbudowanym w gdańskiej stoczni na podstawie włoskich projektów. Został zwodowany wiosną 1951 roku. Jego armator, Polska Żegluga Morska, planował, że statek eksploatowany będzie jako drobnicowiec motorowy do tzw. małej żeglugi, gdyż jego nośność wynosiła niespełna 700 DWT. M/S „Nysa” zatonął u wybrzeży Norwegii wraz z całą załogą i ładunkiem, na który składało się 650 ton pociętych szyn kolejowych. Do katastrofy doszło 10 stycznia 1965 roku, między godz. 22.33 a 22.50. Kapitanem jednostki był Gustaw Gomułka. Następnego dnia w miejscu tragedii znaleziono szczątki szalupy, a wkrótce potem morze wyrzuciło na brzeg zwłoki siedmiu marynarzy. Nigdy nie odnaleziono pozostałych 11 członków załogi. Co ciekawe, spośród etatowej załogi uratował się tylko jeden marynarz - Engelbert Martynus, mieszkaniec Kędzierzyna, który na pokładzie  „Nysy” był mechanikiem turbiny.

Szczęśliwie spóźniony

Przeżył katastrofę tylko dlatego, że 9 stycznia 1965 w szkockim porcie spóźnił się na rejs do Oslo. Dzięki temu nie uczestniczył w tragicznej wyprawie.
Wiadomość o katastrofie ówczesne polskie władze utrzymywały w głębokiej tajemnicy. Rodziny marynarzy i rodacy w kraju dowiedzieli się o nieszczęściu z radia „Wolna Europa”, które podało pełną listę ofiar. Było na niej również nazwisko kędzierzynianina Engelberta Martynusa. Po długotrwałym dochodzeniu Izba Morska orzekła, iż prawdopodobną przyczyną tragedii mogło być przemieszczenie źle zamocowanego ładunku podczas silnych przechyłów statku w czasie sztormu. Niewykluczone, że któraś z transportowanych szyn rozpruła kadłub jednostki, przez co w ładowniach bardzo szybko pojawiła się woda. „Nysa” poszła na dno, zabierając ze sobą tajemnicę feralnego rejsu.


Na zdjęciu M/S „Nysa”: nośność - 695 DWT, załoga - 18 osób, długość - 60 m, szerokość - 9,60 m, zanurzenie - 3,4 m, prędkość - 10 węzłów
foto: archiwum PŻM

Przyczyna zatonięcia statku nie została do końca wyjaśniona, mimo że Izba Morska bardzo długo prowadziła dochodzenie w tej sprawie. Symboliczna mogiła marynarzy z tego statku znajduje się na jednym z cmentarzy w Szczecinie. Rodziny zmarłych zamierzały odwołać się od orzeczenia. Winą za wypadek obarczyły po części armatora, który obsadził statek oficerami o niedostatecznych kwalifikacjach. Otóż dowódca jednostki nie miał ukończonej żadnej szkoły morskiej. Był kapitanem żeglugi małej z tzw. awansu społecznego, o zaledwie podstawowym wykształceniu. Natomiast pierwszy oficer odpowiedzialny za załadunek uzyskał awans tuż przed zatrudnieniem na „Nysie”. Co więcej, został przeniesiony z innego statku na żądanie jego kapitana, który negatywnie ocenił umiejętności zawodowe podwładnego. Ostatecznie odwołania nie zostały wniesione, gdyż uzasadnienie orzeczenia było sporządzane przez prawie rok. W tym czasie Służba Bezpieczeństwa skutecznie wyperswadowała rodzinom marynarzy, aby zrezygnowały z dalszej walki.

Pożegnalny list w butelce

W 1968 roku na plaży w Ustce natrafiono na butelkę z listem o takiej treści: „Statek nasz załadowany jest szynami, mocno przeładowany, ogromny sztorm. Wiem, że nie ma dla nas ratunku, fale zalewają pokład, silniki przestały pracować, a wraz z nimi pompy. Próbowaliśmy spuścić szalupę. Woda zalewała ją jednak. Statek pogrąża się coraz bardziej w głębinę. Dalej nie mogę pisać. M/S Nysa 1965 r.”.

Treść tego listu pokazano później rodzinom sześciu z osiemnastu poległych marynarzy. Nikt nie rozpoznał pisma swojego bliskiego. Wątpliwości co do przyczyn zatonięcia statku mnożyli też eksperci od katastrof morskich, którzy przekonywali, że „Nysa” zatonęła w ciągu kilku minut i nikt raczej nie myślał wtedy o pisaniu listów. Do dziś nie wyjaśniono także zagadki pochodzenia tajemniczego pisma (jego charakter wskazywał, iż list mogło napisać dziecko).

Ostatnim z opolskich statków był S/S „Opole”, zbudowany na zamówienie Polskiej Żeglugi Morskiej w Stoczni Szczecińskiej im. Adolfa Warskiego. Jednostkę zwodowano 19 stycznia 1958 roku. Matką chrzestną „Opola” została Anna Smolka, żona twórcy teatru lalki w stolicy naszego regionu. Przedwojenna harcerka, członkini Związku Polaków w Niemczech. W czasie wojny działała w ruchu oporu i współpracowała ze Związkiem Walki Zbrojnej Armii Krajowej. Anna Smolka włożyła wiele wysiłku w podtrzymywanie kontaktów między mieszkańcami regionu a marynarzami z S/S „Opole”. Co roku, między rejsami, kilku członków 30-osobowej załogi gościło na Opolszczyźnie. Marynarze spotykali się m.in. z młodzieżą szkolną oraz z powstańcami śląskimi. Odwiedzali ważne dla historii naszego regionu miejsca, jak chociażby Górę św. Anny, czy też obozy w Łambinowicach i Blachowni.


Na zdjęciu S/S „Opole”: nośność - 3200 DWT, załoga - 30 osób, długość - 97 m
foto: archiwum PŻM

W latach 1958-1976 „Opole” w barwach szczecińskiego armatora odbyło 588 rejsów. Następnie przez dwa lata jednostka pływała pod banderą Grecji jako „Kalliopi”, a potem przez 12 lat pod flagą Panamy i nazwą „Judith P”. Statek dokończył żywota dopiero w 1990 roku w kolumbijskim porcie Cartagena.


Zapraszamy do poniższej galerii niepublikowanych jeszcze w mediach zdjęć M/S „Kędzierzyn”!

 

 

 

Andrzej Kopacki

Zdjęcia (10)

Podpięte galerie zdjęć:

Podziel się:

Oceń:

Komentarze (1)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Nirvana
Nirvana 29.03.2020, 11:36
Super artykuł o historii"naszych"statków z dawnych lat PRL-u!Dziękuję!

Pozostałe