wtorek, 23 czerwca 2026 18:44
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Między Niemcami a Polską. Historia Alfonsa „Rakoczego” Zgrzebnioka

Najgroźniejszy Polak w powiecie kozielskim

Był synem śląskiej wsi, uczniem pruskiego gimnazjum, żołnierzem cesarskiej armii, konspiratorem, uciekinierem, dowódcą i urzędnikiem odrodzonej Polski. Alfons Zgrzebniok nie pasuje do prostego, pomnikowego portretu. Jego życie, choć niezbyt długie, było niezwykłe: tajne narady, fałszywe rozkazy, pościgi, powstania, polityczne gry i decyzje podejmowane wtedy, gdy historia nie zostawiała już miejsca na bezpieczne wyjście.
Najgroźniejszy Polak w powiecie kozielskim
Alfons „Rakoczy” Zgrzebniok - przywódca dwóch powstań śląskich. Z lewej bateria powstańcza

Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Alfons Alfred Zgrzebniok przyszedł na świat 16 sierpnia 1891 roku w Dziergowicach, w powiecie kozielskim. Dla pruskiej administracji była to zwyczajna miejscowość na wschodnich rubieżach państwa. Dla Polaków – jedna z tych śląskich osad, w których polskość przetrwała dzięki codziennemu uporowi rodzin, księży, nauczycieli i lokalnych działaczy.

Dom Zgrzebnioków w Dziergowicach był właśnie takim miejscem. Wieś ta miała wówczas opinię „polskiej twierdzy”, a zdecydowana większość jej mieszkańców posługiwała się na co dzień językiem polskim. Ojciec, Juliusz, prowadził niewielkie gospodarstwo i warsztat szewski, matka, Eleonora z Rakoczych, mały sklep spożywczy. Alfons był najstarszy z dziewięciorga dzieci. W rodzinie mówiło się po polsku, czytano polskie gazety, a dzieci jeszcze przed pójściem do niemieckiej szkoły uczyły się czytać i pisać w języku ojczystym.

Rodzice szybko dostrzegli, że najstarszy syn ma zdolności, które mogą wynieść go dalej niż rodzinne gospodarstwo. Nie było ich stać na kształcenie wszystkich dzieci, więc wybór padł na Alfonsa. Zanim jednak trafił do gimnazjum w Raciborzu, musiał przez rok uczyć się niemieckiego w Wodzisławiu. W raciborskim gimnazjum Zgrzebniok nie był pokornym uczniem. Uczył się znakomicie, ale równocześnie organizował tajne polskie kółko narodowe. Gdy działalność grupy została wykryta, groziło mu usunięcie ze szkoły. Ocaliły go bardzo dobre wyniki.

Mundur zamiast sutanny

Po maturze wyjechał do Wrocławia. Zaczął od teologii, później studiował filozofię i ekonomię. Seminarium duchowne nie zatrzymało go na długo. Ksiądz Paweł Brandys, dziergowicki proboszcz i ważny autorytet dla młodego Alfonsa, miał uważać, że więcej w nim materiału na komendanta niż na kapłana. I rzeczywiście – we Wrocławiu Zgrzebniok wciągnął się w działalność tajnej organizacji młodzieży polskiej „Zet”. Szczególnie interesował go jej referat wojskowy, który pod pozorem skautingu prowadził szkolenie przyszłych kadr konspiracyjnych.

W 1914 roku Zgrzebniok został wcielony do armii niemieckiej. Trafił na front zachodni i wschodni. Był trzykrotnie ranny, a mimo zaangażowania w polską działalność konspiracyjną i nieufności, jaką musiały budzić jego wcześniejsze związki z ruchem narodowym, awansował na podporucznika. Pruska armia dała mu twardą szkołę dowodzenia, dyscypliny i walki. Przeszedł przez hekatombę I wojny światowej. Do rodzinnych Dziergowic wrócił pod koniec 1918 roku, gdy Europa była już innym kontynentem. Cesarstwo Niemieckie upadło, Polska wróciła na mapę, ale Górny Śląsk nadal pozostawał terenem sporu. W wielu domach coraz częściej padało pytanie: czy Śląsk można przyłączyć do Polski bez walki?

Zgrzebniok nie czekał biernie. W styczniu 1919 roku powstała Polska Organizacja Wojskowa Górnego Śląska. Już w lutym „Rakoczy” – bo taki pseudonim przyjął od panieńskiego nazwiska matki – został komendantem POW Górnego Śląska w powiecie kozielskim oraz tymczasowo w raciborskim. Do kwietnia podlegało mu około 600 zaprzysiężonych ludzi w kilkunastu miejscowościach. Do regularnego wojska było im jeszcze daleko. Wszystko działało w konspiracji. Potajemnie organizowano spotkania, kontakty, magazyny i wreszcie broń. Broń trzeba było zdobywać na Niemcach.

Jedna z najbardziej filmowych scen jego życia rozegrała się w kozielskich koszarach niemieckiego 62. Pułku Piechoty. Zgrzebniok potrafił wejść tam w mundurze niemieckiego oficera, z fałszywymi dokumentami i rozkazami, które brzmiały na tyle wiarygodnie, że przeciwnik sam otwierał mu drogę. Podczas jednej z takich akcji został aresztowany. Uciekł, korzystając z nieuwagi pilnującego go oficera, podobno człowieka, którego znał z frontu. Od tej chwili był dla miejscowej administracji szczególnie niebezpieczny. Według niemieckich władz stał się „największym polskim bandytą w okręgu kozielskim”, a jego podobizna trafiła na list gończy. Wyznaczono nagrodę za jego ujęcie, a on musiał szukać schronienia na Śląsku Cieszyńskim.

Komendant „Rakoczy”

Wiosną 1919 roku na Górnym Śląsku rosło napięcie. Grenzschutz i niemiecka policja rozbijały polskie zebrania, przeprowadzały rewizje, aresztowały działaczy, zastraszały robotników i rodziny znane z propolskich sympatii. W kwietniu delegacja POW, z udziałem Zgrzebnioka, udała się do Poznania, by przedstawić plan powstania. Wojciech Korfanty sprzeciwił się akcji. Uważał, że zryw będzie militarnie skazany na porażkę i zaszkodzi polskim zabiegom dyplomatycznym podczas konferencji pokojowej.

Ale na Śląsku historia przyspieszała szybciej niż polityczne kalkulacje. Latem 1919 roku wybuchł strajk generalny. 15 sierpnia pod kopalnią „Mysłowice” żołnierze Grenzschutzu otworzyli ogień do górników, ich żon i dzieci czekających na wypłatę. Padli zabici i ranni. Ta masakra zadziałała jak iskra rzucona na proch. Zgrzebniok nie był zwolennikiem natychmiastowego, źle przygotowanego powstania. Gdy jednak walki wybuchły, stanął na jego czele, jako najwyższy rangą dowódca POW pozostający na wolności. Wiedział, że siły są nierówne. Powstańcy mieli zapał i lokalną znajomość terenu, ale Niemcy dysponowali lepszym uzbrojeniem, strukturą i zapleczem. Jego zadanie nie polegało już na poprowadzeniu triumfalnej ofensywy. Chodziło raczej o utrzymanie oporu, zdobywanie broni, organizowanie odwrotu i ocalenie jak największej liczby ludzi przed rozbiciem. 24 sierpnia 1919 roku wydano rozkaz zakończenia walk.

Na papierze było to przegrane powstanie. W rzeczywistości pierwszy zryw śląski zmienił ton rozmowy o regionie. Zgrzebniok dobrze rozumiał jego polityczny sens: nie chodziło o zwycięstwo militarne, ale o zwrócenie uwagi Europy na sprawę Górnego Śląska. Po upadku zrywu tysiące powstańców i ich rodzin przedostały się na teren Polski. „Rakoczy” organizował dla nich obozy, pomoc i struktury wojskowe. Dowodził Milicją Górnośląską, utrzymywał kontakty z Wojskiem Polskim, odbudowywał siatki konspiracyjne. Walka nie skończyła się – zmieniła tylko formę. Teraz toczyła się o przetrwanie struktur organizacyjnych, propagandę oraz plebiscyt.

Jednym z najbardziej dramatycznych epizodów tego okresu była obrona hotelu „Lomnitz” w Bytomiu. Budynek przy ulicy Gliwickiej był siedzibą Polskiego Komisariatu Plebiscytowego i dowództwa POW. 27 maja 1920 roku niemieckie bojówki zaatakowały gmach. Telefony nie działały. W środku brakowało broni. Na zewnątrz rósł tłum napastników. Zgrzebniok kierował obroną, organizował ludzi, szukał amunicji, pilnował dachu i wejść. Atak udało się odeprzeć dopiero po nadejściu wojsk alianckich, głównie francuskich.

Latem 1920 roku sytuacja ponownie stała się wybuchowa. Odrodzona Polska walczyła z bolszewikami, a niemieckie gazety na Górnym Śląsku fałszywie ogłosiły zdobycie Warszawy przez Armię Czerwoną. W Katowicach doszło do zamieszek, plądrowano polskie sklepy i redakcje gazet, zaatakowano polskie instytucje. Zamordowano doktora Andrzeja Mielęckiego, który opatrywał rannych. W nocy z 17 na 18 sierpnia 1920 roku pierwsze oddziały ruszyły do walki. Gdy zryw objął kolejne miejscowości, Dowództwo POW Górnego Śląska i Polski Komisariat Plebiscytowy ogłosiły wybuch II powstania śląskiego. Na jego czele ponownie stanął „Rakoczy”.

Polityczne zwycięstwo

Tym razem sytuacja była inna niż rok wcześniej. Przeciwnikiem nie była już regularna armia niemiecka, lecz przede wszystkim Sicherheitspolizei (SiPo), znienawidzona przez Polaków niemiecka Policja Bezpieczeństwa. Powstanie było też lepiej przygotowane. Planowano opanowanie wschodniej, przemysłowej części obszaru plebiscytowego i uczynienie z niej bazy do dalszych działań. Walki trwały krótko, ale przyniosły konkretny efekt. Niemiecka SiPo została rozwiązana, a w jej miejsce powołano mieszaną, polsko-niemiecką Policję Plebiscytową. II powstanie śląskie było więc sukcesem politycznym i organizacyjnym. Zgrzebniok, który rok wcześniej dowodził zrywem skazanym na klęskę, teraz doprowadził akcję do zwycięskiego końca.

Wyniki plebiscytu z marca 1921 roku nie były korzystne dla strony polskiej. Za pozostaniem w granicach Niemiec opowiedziało się 59,6 proc. głosujących, za włączeniem do Polski – 40,4 proc. O podziale ziem mieli zdecydować alianci.

„W dwudziestu czterech godzinach po otrzymaniu hiobowej wieści, że Komisja Międzysojusznicza w Opolu w propozycjach dotyczących podziału Górnego Śląska pomiędzy Polskę a Niemcy uwzględniła około 35 procent głosów oddanych za połączeniem Górnego Śląska z Polską, ludność samorzutnie pochwyciła za broń” - pisał Wojciech Korfanty do rządów państw sprzymierzonych o powodach wybuchu kolejnego powstania.

W III powstaniu śląskim, rozpoczętym w nocy z 2 na 3 maja 1921 roku, Zgrzebniok nie był już głównodowodzącym. Pracował w Naczelnej Komendzie Wojsk Powstańczych, kierował oddziałem personalnym, później działał w strukturach operacyjnych i wywiadowczych. Był także doradcą przy 1. Dywizji Wojsk Powstańczych, która dźwigała największy ciężar walk.

Po zakończeniu walk decyzję o podziale Górnego Śląska podjęła Rada Ligi Narodów. Na mocy rozstrzygnięć Polska otrzymała 29 proc. obszaru plebiscytowego, zamieszkanego przez 996,5 tys. osób, czyli 46 proc. ogółu ludności. Dzięki temu latem 1922 roku w granicach Rzeczypospolitej znalazła się najbardziej uprzemysłowiona część regionu. Dziergowice, rodzinne miejsce Zgrzebnioka, pozostały po stronie niemieckiej, mimo że większość głosujących opowiedziała się tam za Polską. Dla niego oznaczało to osobiste rozdarcie: walczył o polski Śląsk, ale jego własna wieś nie znalazła się w granicach Rzeczypospolitej.

Czas po powstaniach

Nie wrócił już na stałe do rodzinnych stron. Wyjechał do Polski. Pracował w strukturach wojskowych i wywiadowczych. Do grudnia 1922 roku służył w sztabie Inspektoratu Armii nr IV w Krakowie u generała Stanisława Szeptyckiego. Później organizował młodzieżowe struktury wychowania fizycznego i wojskowego. Od 1923 roku był nauczycielem wychowania fizycznego w gimnazjum w Królewskiej Hucie, dzisiejszym Chorzowie. Trudno o bardziej symboliczny obraz: człowiek, który jeszcze niedawno prowadził powstańców przez graniczne lasy i magazyny broni, teraz uczył młodzież sprawności, dyscypliny i charakteru. Jednocześnie działał społecznie, uczestniczył w tworzeniu organizacji byłych powstańców, publikował artykuły, redagował „Młodą Polskę” i „Gazetę Śląską”.

W 1927 roku wrócił do służby wojskowej. Został oficerem ewidencyjnym Wydziału Wojskowego Komisariatu Generalnego RP w Wolnym Mieście Gdańsku. Następnie pracował w Warszawie, a później w administracji państwowej w Toruniu. Tam dał się poznać jako sprawny urzędnik zajmujący się między innymi sprawami pracy i opieki społecznej w trudnym okresie wielkiego kryzysu. W 1934 roku mianowano go wicewojewodą białostockim. Tak domykała się niezwykła droga jego życia: od dziecka z polskiej rodziny w pruskiej wsi, przez żołnierza cesarskiej armii, konspiratora i dowódcę powstań, po wysokiego urzędnika II Rzeczypospolitej.

W życiu prywatnym był związany z Heleną Woźniak, działaczką żeńskich oddziałów POW Górnego Śląska. Ich małżeństwo było spotkaniem dwojga ludzi ukształtowanych przez ten sam czas i tę samą sprawę. Helena po wybuchu II wojny światowej została aresztowana przez Niemców, zachorowała na tyfus i zmarła w 1939 roku. Alfons Zgrzebniok nie doczekał wojny. Zmarł nagle 31 stycznia 1937 roku w Marcinkowicach koło Nowego Sącza, gdzie przebywał na kuracji. Przyczyną był atak serca. Ponieważ rodzinne Dziergowice znajdowały się w granicach Niemiec, pochowano go w Rybniku, w kwaterze powstańczej, wśród towarzyszy broni. Pogrzeb miał charakter wielkiej manifestacji pamięci: wojskowa asysta, sztandary organizacji powstańczych, tłumy ludzi, którzy żegnali nie tylko urzędnika czy oficera, lecz jednego z tych, którzy walczyli o polski Śląsk, zanim jego granice zostały narysowane na mapach.

Pośmiertnie, w 2021 roku, Alfons Zgrzebniok został odznaczony Orderem Orła Białego. Otrzymał również Krzyż Srebrny Orderu Wojskowego Virtuti Militari nr 7851, nadany 27 czerwca 1922 roku, a także Krzyż Niepodległości z Mieczami, przyznany 20 stycznia 1931 roku. Wśród jego odznaczeń znalazły się także Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski oraz Złoty Krzyż Zasługi. Czterokrotnie został uhonorowany Krzyżem Walecznych za „męstwo i odwagę wykazane w czasie powstania na Górnym Śląsku”. Otrzymał również Krzyż na Śląskiej Wstędze Waleczności i Zasługi I klasy.


Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Ostatnie komentarze
Autor komentarza: stary_zgred Treść komentarza: Obserwowałem te wykopaliska fragmentarycznie osobiście, jak jeszcze Rynek był w fazie płytkiej odkrywki. Przechodząc obok widziałem tam co najmniej dwóch mężczyzn i jedną kobietę grzebiących w ziemi. Ubrani byli w ciuchy typu militarnego. Byli w szacowanym wieku 25-35. Kobita przy mnie coś znalazła (róg Rynku przy dawnej księgarni) i podjęła z ziemi, strasznie przy tym marudząc i narzekając, że to tylko gwoździe. Gwoździe wyglądały na bardziej z czasów biblijnych niż z GSu z lat 80’ XXw. Cała sytuacja była dla mnie bardzo dziwna z kilku powodów: 1) Kto to w ogóle jest? – nie mieli żadnych identyfikatorów i wyglądało to tak dla pobocznego obserwatora, jakby przypadkowi „harcerze” przyszli sobie tam pogrzebać przy okazji remontu Rynku; 2) Że im się w ogóle chce? – padał wtedy deszcz; 3) NIE BYŁO TAM żadnych garniturowców z notatnikami, szkicownikami i aparatami fotograficznymi, czyli nadzoru – a to w końcu strefa „A”, czyli ścisłej ochrony konserwatorskiej; 4) Nigdzie nie zauważyłem tablic informacyjnych, że trwają prace archeologiczne. Groteskowa całość tego wszystkiego skojarzyła mi się z czymś tak prostym, jak koszenie trawnika na posesji – po skoszeniu trawy przylatuje kto chce, czyli ptaki aby powybierać sobie to co ich interesuje, czyli jakieś robactwo. Dla kontrastu – kiedyś obserwowałem z boku ekshumację żołnierzy (niemieckich) na tzw. Starym Cmentarzu w Koźlu - tam to wyglądało ZGOŁA INACZEJ. Z tym Rynkiem to wyjdzie w końcu tak, że albo ktoś to źle zorganizował albo nie przypilnował należycie, albo jedno i drugie. Data dodania komentarza: 23.06.2026, 17:22 Źródło komentarza: Unikatowa moneta znaleziona w Koźlu zniknęła. Co się stało z denarem Władysława Łokietka? Autor komentarza: stary_zgred Treść komentarza: A ja zielony wodór. Ino gdzie indziej - jakieś 20km na prawo i na dół na mapie i na razie tylko w fazie projektu. Data dodania komentarza: 23.06.2026, 17:07 Źródło komentarza: Kłęby czarnego dymu nad Zdzieszowicami. Mieszkańcy zaalarmowali straż pożarną Autor komentarza: Tadeusz Glaz Treść komentarza: URUCHOMIĆ linię kolejową Kludzbork-Strzelce Opolskie-K-rzyn-Kożle-Pilszcz/Opava,po ktej mogli by kursować pociągi dalekobieżne z Kołobrzeg-Opava i dalej,srdecznie pozdrawiam Data dodania komentarza: 23.06.2026, 16:35 Źródło komentarza: Pojawi się nowe połączenie kolejowe do Krakowa przez Kędzierzyn-Koźle? Autor komentarza: Mbape Treść komentarza: Ja widziałem czarną parę. Data dodania komentarza: 23.06.2026, 12:16 Źródło komentarza: Kłęby czarnego dymu nad Zdzieszowicami. Mieszkańcy zaalarmowali straż pożarną Autor komentarza: Ss Treść komentarza: A ekolodzy gdzie ? My nie możemy ogniska zapalić a oni zatruwają środowisko czarnym dymem Data dodania komentarza: 23.06.2026, 08:31 Źródło komentarza: Kłęby czarnego dymu nad Zdzieszowicami. Mieszkańcy zaalarmowali straż pożarną Autor komentarza: stary_zgred Treść komentarza: Jakoś tak na czarno spala im się ten gaz, a "kontrolowane spalanie" poniżej dachów budynków i w bezpośrednim sąsiedztwie instalacji wygląda na jakiś nowoczesny proces technologiczny. Data dodania komentarza: 23.06.2026, 06:15 Źródło komentarza: Kłęby czarnego dymu nad Zdzieszowicami. Mieszkańcy zaalarmowali straż pożarną
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama Moja Gazetka - strona główna