W czwartek, 22 października, odwiedziliśmy rodzinę małej Małgorzaty w Miejscu Kłodnickim. Już od progu było wiadomo, że w tym domu trudno o nudę. Jest wesoło i przede wszystkim bardzo rodzinnie. Michaela i Mateusz wychowują czworo dzieci: 15-letniego Bartka, 11-letnią Oliwię, 7-letnią Lenę oraz najmłodszą Małgorzatę, którą wszyscy pieszczotliwie nazywają Gosiek.
Dziewczynka jest oczkiem w głowie całej rodziny, szczególnie starszych sióstr. Dziewczynki z niecierpliwością wyczekiwały jej narodzin, odliczając kolejne tygodnie ciąży. Gosia przyszła na świat w kozielskim szpitalu 1 sierpnia o godz. 11.24.
- Najbardziej czekały dziewczyny. Całe dziewięć miesięcy odliczały dni. A teraz, jak tylko mała zapłacze, zaraz do niej biegną - opowiada Michaela Preisner.
Szczególną więź z najmłodszą siostrzyczką ma siedmioletnia Lena. Dziewczynka jest w pierwszej klasie szkoły podstawowej, ale po powrocie do domu szkolne sprawy na chwilę schodzą na dalszy plan. - Lenka jest po prostu zakochana w Gosi. Ledwo wróci ze szkoły, rzuca plecak i od razu biegnie do siostrzyczki. Może oglądać coś na tablecie albo rozmawiać z koleżanką, ale wystarczy, że usłyszy płacz małej, już jest przy niej – śmieje się Michaela.
Starsze rodzeństwo pomaga podczas kąpieli, chętnie zabiera Gosię na spacer i bawi się z nią grzechotkami. Lena potrafi też zaśpiewać siostrzyczce kołysankę.
Przypadkowe spotkanie
Historia Michaeli i Mateusza mogłaby posłużyć za scenariusz romantycznej komedii. Wszystko zaczęło się od zwykłego wyjścia ze znajomymi. W maju 2024 roku Michaela wybrała się z koleżankami na drinka do lokalu Alot na osiedlu Piastów w Kędzierzynie-Koźlu. W tym samym miejscu bawił się Mateusz. Przypadkowe spotkanie okazało się początkiem czegoś znacznie większego.
Z czasem znajomość przerodziła się w miłość, a w sierpniu ubiegłego roku Mateusz postanowił zrobić kolejny krok. Na miejsce oświadczyn wybrał Otmuchów, do którego para chętnie wraca podczas wspólnych wyjazdów. Mają tam swoje szczególne miejsce - wieżę widokową, którą odwiedzają podczas pobytu w mieście.
Przygotowania do oświadczyn były utrzymywane w tajemnicy. W wybieraniu pierścionka Mateuszowi pomagał przyszły teść. O planach wiedzieli również sąsiedzi. - Pierścionek miałem już schowany, a kwiaty kupiłem na miejscu. Kiedy szliśmy na wieżę, Michaela mogła się czegoś domyślać, bo przecież niosłem bukiet. Ale o pierścionku nie wiedziała - wspomina Mateusz.
Oświadczyny odbyły się na wieży, która od tamtej pory ma dla zakochanych jeszcze większe znaczenie. Postanowili, że będzie to ich wyjątkowe miejsce, do którego będą wracać. Równie oryginalny był pomysł na ślub. Michaela i Mateusz wybrali datę 31 grudnia 2025 roku. - Stwierdziliśmy, że nowe życie, nowy rok, nowy rozdział. No to sylwester! - opowiadają z uśmiechem.
Pomysł był romantyczny, ale organizacja wesela w taki dzień okazała się sporym wyzwaniem. Większość lokali miała już zaplanowane bale sylwestrowe, a na pytanie o możliwość zorganizowania wesela właściciele reagowali niedowierzaniem. - Dzwoniliśmy chyba do sześciu restauracji. Pytali: „Ale jak to? Wesele? W sylwestra?”. Niektórzy obiecywali, że porozmawiają z szefem i oddzwonią, ale później telefon milczał - wspomina Mateusz.
Ostatecznie udało się znaleźć salę w Leśnicy, w restauracji Na szlaku. W sylwestrowym weselu uczestniczyło 78 osób. Były więc podwójne powody do świętowania – początek małżeńskiego życia i powitanie nowego roku.
Został tatą nie tylko dla Gosi
Dla Mateusza związek z Michaelą oznaczał coś więcej niż tylko wspólne życie we dwoje. Michaela wychowywała już troje dzieci, a on musiał odnaleźć się w roli ich opiekuna. Jak dziś przyznaje, nie było to szczególnie trudne, choć budowanie relacji wymagało czasu i wzajemnego poznania. - Dzieciaki bardzo szybko mnie pokochały - przyznaje Mateusz. Michaela potwierdza, że jej dzieci znalazły w nim ogromne wsparcie.
- Teraz ze wszystkim chodzą do Mateusza, a nie do mamy. I tak było jeszcze przed narodzinami Gosi. Jak chciały dokądś wyjść albo o coś poprosić, to od razu szły do niego - opowiada ze śmiechem.
Mateusz żartuje, że dzieci szybko odkryły, iż łatwiej go namówić na różne ustępstwa. Narodziny Małgorzaty były dla niego kolejnym niezwykłym przeżyciem. To jego pierwsze biologiczne dziecko. Przy porodzie towarzyszył żonie i miał okazję przeciąć pępowinę. - Wszystko działo się bardzo szybko. Stałem, patrzyłem, mała przyszła na świat, przeciąłem pępowinę i zaraz dali mi ją na ręce. Nawet nie wiem, kiedy to wszystko minęło. Żona była bardzo dzielna - wspomina.
Michaela śmieje się, że mąż był wtedy tak zestresowany, iż chyba niewiele z tego zapamiętał.
Dwa imiona i dwie babcie
Imię najmłodszej córki nie zostało wybrane przypadkowo. Dziewczynka nosi dwa imiona - Małgorzata Teresa. W ten sposób rodzice postanowili uczcić pamięć swoich nieżyjących mam. - Małgorzata jest po mojej mamie, a Teresa po mamie Mateusza. Obie już nie żyją. Stwierdziliśmy, że w ten sposób babcie będą nad nią czuwały - wyjaśnia Michaela.
Za tymi słowami kryje się również trudna rodzinna historia. Przez lata rodzina Michaeli prowadziła piekarnię „Anna”. Był to znany w okolicy rodzinny biznes. Mama Michaeli była sercem całego przedsięwzięcia. Niestety, zmarła nagle, mając zaledwie 47 lat. Jej odejście było dla bliskich ogromnym ciosem. - Mama była głową całego biznesu. Kiedy odeszła, nie byliśmy w stanie tego wszystkiego dalej prowadzić. To było za dużo. Samo normalne funkcjonowanie po jej śmierci było trudne, a co dopiero prowadzenie piekarni – wspomina Michaela.
Praca w rodzinnej firmie nie należała do lekkich. Michaela doskonale pamięta nieprzespane noce i długie godziny spędzane przy wypiekach. - Od jedenastej wieczorem do czwartej rano kroiłam chleb. Potem jechałam na chwilę do domu, a o szóstej otwierałam sklep. Pracowałam tam do czternastej, a o siedemnastej otwierałam jeszcze bar w Łąkach Kozielskich. I później znowu trzeba było jechać kroić chleb - opowiada.
Piekarnia miała także swoje sklepy, między innymi w Raszowej i Łąkach Kozielskich. Po śmierci mamy Michaela i jej bliscy zdecydowali się zamknąć ten rozdział. Dawne pomieszczenia piekarni w Miejscu postanowili zamienić na rodzinny dom. W miejscu, gdzie kiedyś pracowały piece i przygotowywano pieczywo, dziś są pokoje, w których rozbrzmiewa dziecięcy śmiech.
- Tu była kiedyś jedna wielka hala. Wszystko musieliśmy przerabiać, stawiać ściany, wymieniać okna. Mieszkamy tutaj już piąty rok, a wciąż jest trochę do zrobienia - opowiadają gospodarze.
Strażak, ogrodniczka i czwórka dzieci
Na co dzień Mateusz pracuje w firmie Marma Polskie Folie na terenie Blachowni w Kędzierzynie-Koźlu. Od niedawna realizuje również swoją pasję – został strażakiem ochotnikiem. Ukończył niezbędne szkolenie i uczestniczył już w akcjach. Może kiedyś spróbuje swoich sił w zawodowej straży pożarnej. Na razie najważniejsza jest rodzina.
- Jest taka możliwość, ale wiązałoby się to z kilkumiesięcznym pobytem w Częstochowie. A na razie nie chciałbym zostawiać rodziny na tak długo - przyznaje.
Michaela obecnie przebywa na urlopie macierzyńskim. Jej codzienność wypełnia opieka nad Gosią i organizacja życia całej rodziny. A z czwórką dzieci obowiązków nie brakuje. Rankiem trzeba wszystkich przygotować do szkoły, później zająć się najmłodszą, a po południu znaleźć czas na zadania domowe, wspólne rozmowy i zabawę.
- Gosia jest najbardziej wymagająca z całej czwórki. Starsze dzieci były spokojniejsze. Mała nie należy do takich bobasów, które można nakarmić, położyć i będą sobie grzecznie leżeć. Ona chce być noszona, przytulana i mieć nas cały czas blisko – śmieje się Michaela. Na szczęście rodzice powoli odnajdują swój rytm.
- Na początku było ciężko, ale teraz jest już dużo lepiej. Dzieci rano jadą do szkoły i zdarza się nawet, że możemy spokojnie wypić kawę. Mała w nocy budzi się zazwyczaj dwa razy na jedzenie, a później potrafi pospać nawet do dziesiątej – opowiada Mateusz. Tata podkreśla, że choć najmłodsza córka wymaga najwięcej uwagi, stara się jednakowo traktować całą czwórkę.
- Nie chcę, żeby którekolwiek dziecko czuło się pokrzywdzone. Wiadomo, że Gosi trzeba teraz poświęcić więcej czasu, ale starsze dzieci też potrzebują przytulenia, rozmowy czy wspólnego spędzenia czasu - zaznacza.
Balony, kwiaty i wielkie powitanie
Dzień, w którym Michaela wróciła z Gosią ze szpitala, był dla wszystkich domowników wyjątkowy. Mateusz razem ze starszymi dziećmi przygotował niespodziankę. W domu pojawiły się balony, kwiaty i powitalne dekoracje. - Od rana z dzieciakami wszystko przygotowywaliśmy. Nie chcieliśmy urządzać wielkiej imprezy, bo żona była zmęczona po porodzie. Ale balony musiały być! Kiedy przyjechaliśmy, dzieci już skakały z radości - wspomina Mateusz.
Nową domowniczkę musiała poznać również czworonożna część rodziny. Najwięcej emocji wzbudziło pierwsze spotkanie małej Gosi z buldogiem angielskim, który wabi się Lala. - Postawiłem fotelik z Gosią na ławce, a pies siedział pod spodem. Mała zaczęła płakać, a on chodził dookoła i szukał, skąd dochodzi ten głos. Patrzył wszędzie i nie wiedział, o co chodzi – śmieje się tata. Dziś zwierzak przyzwyczaił się do najmłodszej domowniczki.
Konkursowe emocje
Udział Małgorzaty w plebiscycie „Bobas Miesiąca” wywołał w domu Preisnerów sporo emocji. - Codziennie sprawdzaliśmy, na którym miejscu jesteśmy - przyznaje Michaela. Nie zabrakło odrobiny zamieszania, kiedy jedna z koleżanek powiedziała jej o papierowych kuponach konkursowych.
- Nastraszyła mnie, że trzeba jeszcze kupony zbierać, a my żadnego nie mieliśmy! - wspomina ze śmiechem. Ostatecznie wszystko skończyło się szczęśliwie, a Gosia zdobyła tytuł Bobasa Miesiąca. Podczas naszej wizyty rodzinie wręczono pamiątkowe upominki i nagrody ufundowane przez partnerów plebiscytu.
Jednak dla Michaeli i Mateusza największą nagrodą pozostaje codzienny uśmiech. - Człowiek czasami jest zdenerwowany, zmęczony, a ona się uśmiechnie i od razu robi się lepiej - przyznają rodzice. W domu Preisnerów wiele się w ostatnich latach wydarzyło. Były bolesne pożegnania, trudne decyzje, nowa miłość, ślub w sylwestrową noc i narodziny córeczki. Dziś rodzina pisze kolejny rozdział swojej historii.
Mała Małgorzata Teresa nie ma jeszcze świadomości, że została laureatką plebiscytu ani jak wielkie znaczenie mają imiona, które otrzymała. Nie zdaje sobie również sprawy, jak bardzo czekały na nią siostry i brat. Ale wystarczy spojrzeć na domowników, by przekonać się, że od pierwszych dni życia otoczona jest ogromną miłością. A kiedy zapłacze, zawsze znajdzie się ktoś, kto pierwszy pobiegnie ją przytulić. Najczęściej będzie to siedmioletnia Lenka.



Napisz komentarz
Komentarze