Rafał Turemka z Kędzierzyna-Koźla pokonuje kolejne kilometry Route 66. Im dalej jedzie na zachód, tym bardziej przekonuje się, że największą atrakcją tej wyprawy są nie tylko miejsca zaznaczone wcześniej na mapie, ale również to, co wydarza się zupełnie przypadkiem. Przypomnijmy, motocyklista z Kędzierzyna-Koźla rozpoczął swoją podróż motocyklem przez Stany Zjednoczone 29 sierpnia. Pisaliśmy o tym TUTAJ.
Gdy ostatnio sprawdzaliśmy jak sobie radzi, miał za sobą około 6300 kilometrów i dziewięć amerykańskich stanów. Przeczytacie o tym TUTAJ. Dotarł do Chicago, skąd rozpoczął długo wyczekiwany etap wyprawy – przejazd historyczną Route 66 w kierunku Los Angeles.
Od początku założył, że nie będzie traktował legendarnej trasy jak zwykłej drogi prowadzącej z punktu A do B. Chce trzymać się jej dawnego przebiegu, zaglądać do małych miejscowości, odwiedzać stare stacje benzynowe i zatrzymywać się tam, gdzie znajdzie coś ciekawego.
Pierwsza noc przy Route 66
17 września Rafał po raz pierwszy zatrzymał się na campingu położonym bezpośrednio przy Route 66. Noclegi pod namiotem od początku stanowią ważną część jego wyprawy, ale tym razem doszedł jeszcze jeden element – świadomość, że śpi tuż przy drodze, dla której przejechał tysiące kilometrów przez Stany Zjednoczone.
Dzień później pojawiło się kolejne miejsce, którego trudno byłoby się spodziewać, myśląc o Route 66 wyłącznie przez pryzmat starych samochodów, neonów i stacji benzynowych.
18 września Rafał odwiedził Meramec Caverns w Missouri - rozległy kompleks jaskiń znajdujący się w pobliżu historycznej trasy. Jaskinie udostępniono turystom już w 1935 roku i od dziesięcioleci są jedną z najbardziej znanych atrakcji związanych z Route 66.
W Missouri czekało na niego miejsce, które spośród dotychczasowych atrakcji Route 66 szczególnie zapadło mu w pamięć. To Gary's Gay Parita, zrekonstruowana stacja benzynowa Sinclair przy historycznej drodze. Pierwsza stacja działała w tym miejscu od 1930 roku. Po pożarze w latach 50. zniknęła z krajobrazu, a kilkadziesiąt lat później Gary i Lena Turner odtworzyli ją, zachowując klimat dawnej Route 66.
- To chyba pierwsze miejsce na Route 66, które wywarło na mnie aż tak duże wrażenie. Widać, ile ktoś włożył w to serca i czasu, żeby wyglądało tak, jak wygląda - opowiada Rafał.
Na miejscu zobaczył starą stację, warsztat, zabytkowe samochody, dystrybutory, reklamy i mnóstwo drobiazgów z minionych dekad.
- To wyglądało jak wielki skansen. Były nawet stare skrzynki Coca-Coli z pustymi i pełnymi butelkami, jakieś limitowane edycje. Niesamowite miejsce. Szczerze mówiąc, było lepsze niż niejedno muzeum - mówi.
Do tego zwiedzanie nic nie kosztowało. Wstęp do Gary's Gay Parita jest bezpłatny, a odwiedzający mogą wesprzeć utrzymanie miejsca dobrowolnym datkiem lub zakupem pamiątek.
Śniadanie u amiszów
Rafał ruszył dalej wcześnie rano i tym razem zrobił to bez śniadania. Założył, że zatrzyma się gdzieś po drodze i zje coś na szybko. Podjechał więc do niewielkiego marketu. Dopiero kiedy wszedł do środka, zorientował się, że sklep prowadzą amisze. Na miejscu sprzedawano m.in. świeże warzywa i owoce pochodzące z własnego gospodarstwa. Jednak pierwsze, co zwróciło uwagę Rafała, to wygląd sklepu.
- Byłem naprawdę zdumiony, bo to zupełnie nie przypominało amerykańskich sklepów, które wcześniej widziałem. Idealny porządek, wszystko perfekcyjnie, jak od linijki poukładane. Oni ubrani w swoje tradycyjne stroje. Niesamowite. Do tego bardzo mili i sympatyczni – opowiada.
Zaskoczyły go także ceny, które – jak podkreśla – były niskie jak na amerykańskie warunki. Kiedy zapytał jedną ze sprzedających kobiet, czy może dostać jakąś bułkę, okazało się, że zamiast gotowej kanapki może skomponować ją według własnego uznania.
- Pani od razu wyciągnęła listę i zaczęła pytać: z czym pan chce? Wołowina, wieprzowina, jakie warzywa, ketchup czy może coś innego. Wszystko można było sobie wybrać - wspomina.
Za przygotowaną na miejscu bułkę i trzy banany zapłacił około 11 dolarów. To jednak nie był koniec.
- Dostałem jeszcze ciastko do kawy i kawę gratis. Bardzo fajnie, bardzo pozytywnie. Naprawdę jestem zaskoczony – mówi Rafał. Był to jego pierwszy bezpośredni kontakt z amiszami. Spotkanie zrobiło na nim na tyle dobre wrażenie, że na mapie zaznaczył już kolejne miejsce związane z tą społecznością.
- Chciałbym jeszcze odwiedzić ich wioskę czy miasteczko. Mam już gdzieś zaznaczoną pinezkę z miejscem, które chciałbym zobaczyć. To był na razie mój pierwszy kontakt, ale bardzo pozytywny – dodaje.
W Kansas spotkał… Złomka
Kolejny stan na trasie Route 66 to Kansas. Odcinek legendarnej drogi przebiegający przez ten stan jest bardzo krótki - liczy zaledwie około 13 mil – ale nie brakuje na nim miejsc znanych miłośnikom „Mother Road”.
W Galenie Rafał odwiedził dawną stację Kan-O-Tex, dziś funkcjonującą jako Cars on the Route.To właśnie tam stoi zardzewiały International Harvester z 1951 roku, znany jako „Tow Tater”. Stary holownik stał się jedną z inspiracji dla postaci Złomka, czyli Tow Matera, z animowanego filmu „Auta”.
- Odwiedziłem taką nietypową stację benzynową. Stoi tam samochód, który był inspiracją dla postaci Złomka z filmu „Auta”. Taka fajna ciekawostka - mówi Rafał.
To właśnie takie miejsca sprawiają, że przejazd Route 66 zajmuje mu znacznie więcej czasu, niż wynikałoby z samej liczby kilometrów.
Czasami Route 66 po prostu znika
Jest jednak także druga strona jazdy historycznym szlakiem. Rafał szybko przekonał się, że odnalezienie właściwej drogi nie zawsze jest proste. Route 66 została przed laty wykreślona z oficjalnego systemu amerykańskich autostrad i dziś jej dawne fragmenty przebiegają różnymi drogami lokalnymi i ulicami. Oznakowanie nie wszędzie jest równie dobre.
- Są miejsca, gdzie znaki są naprawdę dobrze ustawione, szczególnie w małych miejscowościach. Ale w dużych miastach to jest po prostu porażka – opowiada.
Jego zdaniem tym bardziej zaskakuje to właśnie teraz, gdy Route 66 obchodzi swoje stulecie i przyciąga podróżników.
- Powinni zdawać sobie sprawę z tego, że zjeżdżają się tutaj ludzie z całego świata, i trochę im to ułatwić. Miałem takie sytuacje, że w mieście po prostu trop się urywał - mówi.
Wtedy zaczynało się kluczenie po ulicach. - Musiałem ręcznie przewijać mapę i szukać, gdzie ta droga pojawia ponownie, już za miastem. Potem palcem po mapie cofałem się i sprawdzałem, w którym kierunku powinienem wyjechać, żeby znowu trafić na Route 66 - tłumaczy. Szczególnie odczuł to podczas przejazdu przez Oklahoma City.
Schron na wypadek tornada
Po wyjeździe z Oklahoma City Rafał zatrzymał się na campingu typu KOA. Są to obiekty o nieco wyższym standardzie niż najprostsze pola namiotowe, z których często korzysta podczas podróży. Tym razem jego uwagę zwróciło jednak coś zupełnie innego.
- Pierwszy raz spotkałem się z tym, że są tutaj murowane schrony na wypadek tornada - opowiada.
Oklahoma rzeczywiście należy do stanów szczególnie kojarzonych z tym zjawiskiem. Dane National Weather Service z lat 1950–2025 wskazują na średnio około 59 tornad rocznie, choć w poszczególnych latach ich liczba może się znacznie różnić.
Rafał zainteresował się tematem, a znajdujący się na campingu schron nagrał również na krótki film do mediów społecznościowych.
- Bardzo ciekawa sprawa. Czegoś takiego wcześniej nie widziałem - przyznaje.
Podczas dalszej podróży coraz wyraźniej zauważa też, że Route 66 sprzyja ponownym spotkaniom. Ludzie poznani przy jednej atrakcji kilka godzin albo dzień później pojawiają się przy kolejnej.
W Oklahomie Rafał poznał dwóch motocyklistów należących do klubu mającego oddziały w różnych częściach Stanów Zjednoczonych. Jak mówi, zrzesza on m.in. weteranów. Podczas rozmowy mężczyźni zwrócili mu uwagę na ważną kwestię – noszenie klubowej kamizelki w większych amerykańskich miastach może zostać źle odebrane przez lokalne środowiska motocyklowe.
Usłyszał od nich bardzo konkretne ostrzeżenie, żeby - jak sami mieli to ująć - „broń Boże” nie wjeżdżał do dużych miast w kamizelce z klubowymi barwami.
- Mówili mi, że inne kluby podchodzą do tego bardzo rygorystycznie. W małych miejscowościach jeszcze pół biedy, ale w dużych miastach potrafią bardzo pilnować swojego terenu. Ostrzegali, że pojawienie się kogoś obcego w barwach może zostać odebrane jako prowokacja - opowiada Rafał.
Jak usłyszał, reakcja może być bardzo gwałtowna. - Powiedzieli mi wprost, że może dojść nawet do rękoczynów. Według nich w niektórych miejscach ktoś obcy w kamizelce klubowej może od razu wzbudzić agresję - dodaje.
Rafał potraktował tę rozmowę jako praktyczną radę od ludzi znających miejscowe realia. Jednocześnie podkreśla, że jego własne doświadczenia ze spotykanymi po drodze motocyklistami są bardzo pozytywne.
- Później kilkukrotnie mijamy się po drodze i spotykamy przy tych samych atrakcjach, bo jedziemy wszyscy Route 66 w stronę Los Angeles. To jest bardzo fajne i sympatyczne - opowiada.
Podróżnicy wymieniają się też informacjami o miejscach, których wcześniej nie miał zaznaczonych na swojej trasie.
- Polecają mi miejscówki, których nie miałem na liście. Wrzucam pinezkę i jeśli będzie po drodze, to tam podjadę - dodaje.
Błękitny Wieloryb i parking oldtimerów
Jednym z kolejnych punktów był Blue Whale of Catoosa, czyli słynny Błękitny Wieloryb stojący przy Route 66 w Oklahomie.
Ogromna konstrukcja powstała w latach 70. jako rodzinne miejsce wypoczynku. Z czasem stała się jednym z najbardziej charakterystycznych przystanków na całej Route 66.
Na miejscu Rafał poznał motocyklistę z Teksasu, mieszkającego obecnie w Oklahomie. Ten natychmiast podał mu namiary na dwa kolejne miejsca warte zobaczenia.
Ale jeszcze większa niespodzianka czekała na parkingu. Trafił akurat na spotkanie miłośników starych amerykańskich samochodów. Właściciele przyjechali pieczołowicie odrestaurowanymi klasykami.
Dla Rafała było to coś więcej niż tylko okazja do obejrzenia ładnych samochodów. Od lat pracuje jako lakiernik samochodowy, więc na stan aut patrzył również zawodowym okiem.
- Jako lakiernik przyglądałem się pracy amerykańskich blacharzy i lakierników. Powiem ci: naprawdę szacun. Widać, że to są ich perełki, ich pasja. Chuchają na nie i dmuchają, przerabiają, restaurują. Robią z nich samochody marzenie - mówi.
Jak zwykle szybko rozpoczęły się rozmowy.
- Jeden, drugi, trzeci dawał mi swoje naklejki, bo mają porobione własne teamy. Ja im dałem swoje naklejki Nomada. Bardzo fajnie i sympatycznie było - opowiada.
Znowu zjedzie z Route 66
Rafał trzyma się historycznej drogi, ale nie za wszelką cenę. Jeśli w pobliżu znajduje się coś, co bardzo chce zobaczyć, zmienia trasę. Wcześniej zrobił tak, jadąc ze znajomymi do Nashville.
- Pojechaliśmy do stolicy muzyki country. Na głównej ulicy restauracje chyba w ogóle się nie zamykają, wszędzie muzyka na żywo. Zjedliśmy porządnego burgera i posłuchaliśmy prawdziwego country. Neony, muzyka - super - wspomina.
Teraz planuje drugi większy zjazd z Route 66. Kierunek: Dallas. Powód? Oczywiście motoryzacja. Rafał chce odwiedzić Gas Monkey Garage, warsztat znany widzom programu „Fast N' Loud”, w którym przebudowywano i odnawiano amerykańskie samochody. Warsztat działa w Dallas przy Merrell Road.
- Mam parę godzin ekstra, żeby tam dojechać, ale stwierdziłem, że skoro jestem już tak blisko, to nie mogę tego odpuścić. Później będę żałował - mówi.
Plan zakłada, że spróbuje dotrzeć do Dallas i wrócić na trasę możliwie szybko. Jeśli nie uda się tego zrobić jednego dnia, jak zwykle znajdzie gdzieś miejsce na nocleg. Potem ponownie skieruje motocykl na Route 66 i pojedzie na zachód.
Czasu jeszcze trochę ma. Bilet powrotny zarezerwowany jest na 27 października.



Napisz komentarz
Komentarze