Reklama
niedziela, 14 czerwca 2026 17:37
Reklama Dental Clinic - baner reklamowy
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Sytuacja była dramatyczna, ale lekarze uratowali matkę i córkę

Katarzyna Kukolka-Bogocz dziś cieszy się z narodzin ukochanej córeczki, ale przed porodem i w jego trakcie modliła się o życie dla siebie i dziecka. Choroba zaatakowała ją ze straszną siłą. Dziękuje personelowi kozielskiego szpitala za uratowanie życia jej i córki.
Sytuacja była dramatyczna, ale lekarze uratowali matkę i córkę

Dni i godziny mijały, a ja czułam tylko ból. Nie potrafiłam się ruszać, mówić, nawet spać - opowiada i dziękuje personelowi kozielskiego szpitala, który uratował życie jej i dziecka.

Melania urodziła się 7 marca o godzinie 8.45 na oddziale położniczo-ginekologicznym kozielskiego szpitala. Na świat przyszła w wyniku cesarskiego cięcia. Dziewczynka ważyła 3,53 kg i mierzyła 56 cm. To długo wyczekiwane dziecko Katarzyny Kukolki-Bogocz i jej męża Tomasza. W maju 2016 roku urodziła się ich pierwsza córka, Anastazja.

Od początku byłam zdecydowana na poród w Koźlu. Nie brałam pod uwagę innego szpitala, zwłaszcza po ciężko przebytej w ostatnim czasie chorobie, z której dzięki wspaniałemu personelowi kozielskiej lecznicy udało mi się zwycięsko wyjść razem z nienarodzonym dzieckiem - opowiada kobieta.

Zakażenie wirusem

Na początku grudnia stwierdzono u niej zakażenie koronawirusem. Kobiety w ciąży, które zaraziły się SARS-CoV-2, są w grupie podwyższonego ryzyka.

Gdy dowiedziałam się o chorobie, przed oczami miałam tylko czarny scenariusz. Zdawałam sobie sprawę, że moja sytuacja jest jeszcze gorsza, bo od dziecka mam alergię na większość dostępnych leków i antybiotyków. Leki, które przepisywali mi lekarze, wywoływały natychmiast reakcję tzw. czynników niepożądanych lub byłam już na nie uczulona - wspomina pani Katarzyna.

Informacja o ciąży - małżonkowie starali się o kolejne dziecko od dłuższego czasu - dała im wielką radość, ale było też sporo obaw, gdyż pani Katarzyna wcześniej poroniła.

Do dziś nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego tak się stało. Bardzo chciałam się dzielić moją radością z całym światem, ale z tyłu głowy miałam bolesne wspomnienia sprzed roku. Obawa przed kolejną utratą dziecka była tak duża, że nie potrafiłam się cieszyć - wyznaje.

Niestety, ciąża od początku była zagrożona. Konieczne były leki, które osłabiały organizm i wpływały na złe samopoczucie.

Zostałam otoczona specjalną opieką, a leki przyjmowałam cierpliwie, w nadziei na szybkie spotkanie z dzieckiem. Ale gdy na początku grudnia wynik testu okazał się pozytywny, byłam przerażona. Dokładnie 5 grudnia trafiłam na oddział izolatki ginekologiczno-położniczej w Kędzierzynie-Koźlu. Początkowo choroba objawiła się bardzo mocnym bólem pleców. Tak silnym, że nie potrafiłam chodzić. W nocy budziłam się i wyłam z bólu, nie przyjmowałam żadnych leków przeciwbólowych, by nie zaszkodzić dziecku. Myślałam tylko o nim - opowiada pani Katarzyna.

W 26. tygodniu ciąży ból stał się nie do wytrzymania, a skurcze mięśni nasiliły się do tego stopnia, że kobieta trafiła do szpitala. W pierwszych trzech dniach lekarze skupili się na wyregulowaniu kołatania serca, które wywołał koronawirus. Powoli ustąpiły bóle pleców. Niestety, czwarty dzień przyniósł złe wiadomości.

Zostało potwierdzone ciężkie i rozległe pocovidowe zapalenie płuc. Wspaniały personel wraz z doktorem ordynatorem Przemysławem Karoniem zaczął walkę nie tylko o moje życie, ale również o życie mojego dziecka - przyznaje pacjentka kozielskiego szpitala.

Doświadczony personel

W jej ocenie to, że kozielski szpital od początku pandemii był covidowy, dało mu olbrzymią przewagę nad innymi placówkami. Zdobyte przez lekarzy doświadczenie niejednokrotnie ratowało ludzkie życie.

Potrafili ocenić, co się wydarzy. Reagowali na sytuację z wyprzedzeniem. Pamiętam jak dziś, kiedy po zbadaniu przez panią doktor nagle rozpętał się głośny szum na korytarzu, jak pielęgniarki - jedna po drugiej - przychodziły do mojego pokoju i robiły pomiary, badania, podłączały do tlenu i aparatury pomiarowej. Zakładały dodatkowy, mocniejszy wenflon. Pamiętam oddanie pielęgniarki, która przepraszała za to, że nie potrafi bezboleśnie wbić się w żyłę: „Przepraszam, ale to nasze procedury, które musimy spełniać. Potrójna para rękawiczek powoduje brak czucia, przez co parę razy będę musiała panią ukłuć, zanim porządnie trafię w żyłę”. Proszę się nie przejmować, odpowiadałam - opowiada kobieta.

Są to traumatyczne wspomnienia, które niewątpliwie zapamięta do końca życia. 

Dolegliwości ogarnęły całe moje ciało, więc tak naprawdę nie myślałam wtedy o dodatkowym bólu, bo czułam go wszędzie. Był nie do wytrzymania. Temperatura szalała i zbliżała się do 40 st. C, spadała, ale po 2-3 godzinach ponownie rosła, wywołując przy tym kołatania serca, skurcze i ból. Miałam problemy z mową i nabieraniem powietrza. Pod tlenem oddycha się ciężko, a jeszcze ciężej bez niego. Nim organizm przyzwyczaił się do podawania tlenu, miałam ogromną palącą zgagę, tak silną, że wywoływała reakcję wymiotną. Palił mnie cały przełyk. Tabletki w takim przypadku są bezużyteczne lub działają tylko przez krótką chwilę. Gdy zaczęła spadać saturacja, najważniejsze było dotlenienie dziecka. To dla niego walczyłam, to ono dawało mi siłę. Nie chciałam nawet słyszeć o wcześniejszym rozwiązaniu ciąży. Ale były również i takie głosy poparte wcześniejszymi przykładami, aby ratować moją osobę, zdecydować się w najbardziej krytycznym momencie na podjęcie decyzji, która zakładałaby rozwiązanie ciąży - relacjonuje dramatyczne chwile.

Trudne decyzje

Lekarze przeanalizowali całą sytuację i uświadomili pacjentkę, co jeszcze są w stanie zrobić, co będą próbować i jaki jest najgorszy scenariusz.

Chodziło o zgodę na przerwanie ciąży. Błagałam lekarzy, aby zrobili wszystko, co się da, aby nie doszło do rozwiązania. Zgodziłam się na wszystko, ale pod warunkiem, że będą ratować nie tylko mnie, ale też moje nienarodzone dziecko. Choroba postępowała w zastraszającym tempie. Następnego dnia byłam prawie nieprzytomna z bólu i wysokiej gorączki, traciłam świadomość. To, co działo się w kolejnych dniach, było jak fragment wycięty z mojego życiorysu. Tak jakby czas zatrzymał się w miejscu. Dni i godziny mijały, a ja czułam tylko ból. Nie potrafiłam się ruszać, mówić, nawet spać. Z bólu i z przemęczenia śniłam na jawie - wspomina Katarzyna Kukolka-Bogocz.

Kiedy po chorobie wyszłam ze szpitala, znajoma zapytała mnie, czy myślałam jeszcze o tym, że wrócę do domu, czy czułam, że to już koniec. Jakże zdziwiona byłam tym pytaniem, gdyż nawet w momencie, kiedy sytuacja była naprawdę krytyczna, kiedy traciłam świadomość, kiedy ból powodował sny na jawie, nawet przez myśl mi nie przeszło, że mogłam umrzeć. Dziecko, które czekało na mnie w domu, i to, które miałam pod sercem, dodawało mi przeogromnej siły. Myślałam tylko o nim i myślałam wyłącznie o tym, że kiedy po chorobie uda mi się wrócić do domu, to albo z dzieckiem w łonie lub na rękach. Oczywiście modlitwa i nadzieja towarzyszyły mi przez cały czas. Moje życie zawsze było, jest i będzie oparte na wierze, nadziei i miłości. Jest to ogromna wartość, ogromna prawda, iż dzięki temu otrzymujemy wsparcie i ogromne pokłady siły. Po raz kolejny zawierzyłam Niepokalanemu Sercu Jezusa, które niejednokrotnie pomagało mi w różnych sytuacjach. Wiem, że dzięki wierze otrzymałam wymodlone łaski - dodaje na koniec szczęśliwa mama.

 

Dziękuję za ogrom pracy i poświęcenia oraz chylę czoła przed wielkim doświadczeniem personelu oddziału położniczo-ginekologicznego szpitala w Kędzierzynie-Koźlu. Wiedza, którą zdobyli przez ponad 1,5 roku niesienia pomocy ludziom zakażonym koronawirusem, jest ogromna. Nie ma słów, które mogłyby wyrazić wdzięczność, ani nie ma rzeczy, która mogłaby uwydatnić wartość, jaką jest podziękowanie za uratowanie życia. W moim przypadku nie tylko mojego, ale również i dziecka. Składam serdeczne podziękowania dla kierownika oddziału Położniczo-Ginekologicznego Szpitala w Kędzierzynie-Koźlu, pana Przemysława Karonia za wspaniałą opiekę, jakiej doświadczyłam jako pacjentka. Doktor Karoń wraz ze swoim zespołem z najwyższym profesjonalizmem i oddaniem walczyli zarówno o moje zdrowie i życie, jak i mojego nienarodzonego dziecka. Obserwowałam ciężką, ofiarną pracę całego personelu medycznego. Spotkałam się z fachowością, wiedzą i ogromem życzliwości, za co jestem bardzo wdzięczna jako pacjentka i mama obawiająca się o życie swojego dziecka. Jeszcze raz dziękuję wszystkim, którzy nas ratowali, a dyrektorowi SP ZOZ, panu Jarosławowi Kończyło gratuluję takiego szpitala i takiego personelu, jaki każdy pacjent chciałby spotkać, gdy przyjdzie mu się zmierzyć z chorobą.

Katarzyna Kukolka-Bogocz



Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Ostatnie komentarze
Autor komentarza: mieszkaniec Treść komentarza: po co to komu niemaja na co kasy wydawac......... Data dodania komentarza: 14.06.2026, 13:12 Źródło komentarza: DW 421 do rozbudowy. Powstanie także obwodnica Błażejowic i Łanów. ZDJĘCIA Autor komentarza: sugeruję Treść komentarza: wracaj do siebie za Bug... Data dodania komentarza: 14.06.2026, 11:11 Źródło komentarza: Te zdjęcia liczą już sobie przeszło 105 lat. Sprawdź, jakie wydarzenie upamiętniają Autor komentarza: INGO Treść komentarza: Ale niemieckie pieniądze z unii europejskiej, to już inna sprawa. Data dodania komentarza: 14.06.2026, 10:06 Źródło komentarza: Te zdjęcia liczą już sobie przeszło 105 lat. Sprawdź, jakie wydarzenie upamiętniają Autor komentarza: stary_zgred Treść komentarza: Normalny człowiek stoi stabilnie na wyprostowanych nogach, gdzie szerokość rozstawu nóg równa się mniej więcej szerokości obręczy barkowej. Istnieją pozycje bardziej stabilne, „specjalne” np. pozycja z wykrokiem, pozycja z szerokim rozstawem nóg z ugięciem w kolanach (sztuki walki, sport). Na czymś takim jak hulajnoga człowiek nie ma żadnej stabilności, gdyż stoi „noga za nogą”, czyli w pozycji zupełnie nijakiej. Hulajnoga to był pojazd, a raczej zabawka, wymyślony dla biedaków, których nie było stać na rower i było to w czasach pokolenia urodzonego mniej więcej w połowie zeszłego wieku. Co się stało, że wymyślono takie coś, z napędem niezależnym (czyli bez popychania nogą jak sama nazwa wskazuje) i to pozwalającym osiągać prędkości kilkudziesięciu kilometrów na godzinę?! Rozumiem marketing, ale głupoty ludzi już nie. I tak samo głupoty ustawodawcy – takie coś powinno być zdelegalizowane! Władza rozpatruje kaski dla nieletnich na rowerach a o hulajnogach nic. Bezpieczniejsze byłyby już elektryczne wrotki czy rolki, ale nie chcę prowokować. A w ramach profilaktyki – podobny rajdowy as jednośladu przemykał codziennie ulicą Chrobrego w Koźlu w okolicach godziny 6:00. Wyeliminujcie go z ruchu zanim stanie mu się krzywda lub komu innemu. Chyba że to ten sam, co skończył w Azotach. Data dodania komentarza: 13.06.2026, 19:58 Źródło komentarza: Śmierć 48‑latka na hulajnodze elektrycznej. Kluczowe ustalenia dopiero przed biegłym Autor komentarza: stary_zgred Treść komentarza: Artykuły z tymi kiepskimi techniczne i perspektywicznie zdjęciami wyglądają na klikbajty typu „wróżenie z fusów”. Równie dobrze można by powiedzieć, że zdjęcie przedstawia kamienicę w Kędzierzynie na rogu ul. Grunwaldzkiej i Al. Jana Pawła II, po lewej widać fragment dworca kolejowego w Kędzierzynie a po prawej nieistniejącą dzisiaj zabudowę. Te zdjęcia są kopiowane ze znanych portali, tam są opisy i nierzadko bzdurne. Po co to? Data dodania komentarza: 13.06.2026, 19:24 Źródło komentarza: Te zdjęcia liczą już sobie przeszło 105 lat. Sprawdź, jakie wydarzenie upamiętniają Autor komentarza: stary_zgred Treść komentarza: Jeszcze raz: żyłem w innych czasach – nauczyciel muzyki rzucał w uczniów pękiem kluczy albo napierniczał po rękach drewnianą linijką albo smyczkiem od skrzypiec, pani od rosyjskiego waliła uczniów po łbie książką z zamachu zza ucha, facet od wuefu był wyrafinowany – on uderzał nieosłonięte części ciała specjalnym węzełkiem zawiązanym na sznurku od gwizdka a gość od matematyki dawał karne prace resocjalizacyjne – zrzucanie koksu do kotłowni, sprzątanie liści z boiska, prace porządkowe w kotłowni. W dzisiejszych standardach wszyscy ci nauczyciele mieliby pewnie co najmniej poczwórne dożywocie, ale za to za ich czasów nie było takich hec, jak w pewnej szkole w Toruniu (2003r.) gdzie nauczycielowi włożyli kosz na śmieci na głowę i jeszcze filmik z tego „wydarzenia” nagrali, była dyscyplina i szacunek dla belfra. A jak który uczeń coś naprawdę poważnie nawojował i wezwali rodziców do szkoły, to potem w domu jeszcze rodzice poprawili. I finalnie wszyscy jakoś tak nieoczekiwanie wyrośli na nieskrzywionych psychicznie obywateli. A jak jest z chuchanymi milenialsami bąbelkami, to przekona się każdy, u którego pojawią się w miejscu pracy współcześni 25+. Nie żebym popierał przemoc w szkole, ale…. Może czasy dojrzały do tego, aby wszystkich uczniów traktować jako dzieci specjalnej troski a dla nauczycieli nałożyć obowiązek, oprócz kwalifikacji branżowych i pedagogicznych, posiadania kwalifikacji psychologicznych? ALBO W OGÓLE ZNIEŚĆ OBOWIĄZEK SZKOLNY I ZROBIĆ TYLKO PŁATNĄ EDUKACJĘ? W końcu kształcenie człowieka to towar. Chcesz mieć bezstresowo chowane, ale głupie dziecko – twoja rzecz i jego problem na przyszłość, może znajdzie robotę na szparagach w Niemczech, czy w szklarni w Holandii? Słyszał kto kiedy, aby rodzice jakiegoś Markusa, Brajana czy Dżesiki szli do mediów albo sądu ze skargą na prywatnego korepetytora taryfikującego 50 do 200PLN za godzinę? Data dodania komentarza: 13.06.2026, 19:08 Źródło komentarza: Reportaż TVN „Uwaga!” przypomina sprawę z Mechnicy. Reakcje dyrekcji szkół były jednak zupełnie inne
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama Moja Gazetka - strona główna