Do sprawy włączył się poseł Adam Gomoła. Policja po jego interwencji sprawdziła, czy wcześniej były zgłoszenia dotyczące nieodpowiedniego nadzoru nad psami.
Do dramatycznego zdarzenia doszło w piątek, 26 czerwca, przed godz. 16.00 w Maciowakrzu w gminie Pawłowiczki. 9-letni Miłosz jechał rowerem, gdy został zaatakowany przez dwa owczarki niemieckie. Jak informowała policja, psy wydostały się z posesji przez otwartą bramę.
Chłopiec doznał obrażeń rąk, nóg i głowy. Na miejsce wezwano służby, a dziecko zostało przetransportowane do szpitala śmigłowcem Lotniczego Pogotowia Ratunkowego.
Ojciec nie kryje emocji
Ojciec chłopca, Norbert Sławik, w rozmowie z naszą redakcją nie kryje emocji. Jak mówi, najważniejsze jest dziś zdrowie syna, ale rodzina chce również wyjaśnienia wszystkich okoliczności sprawy.
Po zdarzeniu Miłosz wymagał natychmiastowej pomocy. Szczególnie podkreśla on rolę osób, które jako pierwsze ruszyły na ratunek.
- Jakby nie strażacy, nie uratowałbym go. Tam praktycznie była minuta, pół minuty od śmierci - relacjonuje Norbert Sławik.
Opowiada że atak jako jeden z pierwszych zauważył Marek Stanik, mieszkaniec miejscowości i kuzyn Norberta Sławika, który jechał rowerem. To on miał pobiec po pomoc do strażaków gdy dziecko ciągnięte było przez osy po drodze.
Ojciec Miłosza szczególnie podkreśla szybką reakcję druhny OSP, zawodowo związanej z pogotowiem w Raciborzu. To ona miała jako jedna z pierwszych ruszyć chłopcu na pomoc, sięgnąć po wyposażenie medyczne straży i opatrzyć rany jeszcze przed przyjazdem zespołu ratownictwa medycznego.
- Ona apteczkę wyciągnęła ze straży ochotniczej i go opatrzyła. Jak już pogotowie przyjechało, on był już zaopatrzony - mówi ojciec chłopca. - Gdyby nie ona, syn wykrwawiłby mi się na rękach - dodaje Norbert Sławik.
Psy miały uciekać
Rodzina Miłosza zwraca uwagę, że według mieszkańców psy miały już wcześniej opuszczać posesję. Potwierdzają to w rozmowie z nami inne osoby mieszkające w Maciowakrzu. Norbert Sławik opowiada, że mieszkańcy są na grupie WhatsApp na której omawiane są lokalne sprawy. To tam już kilkukrotnie miały się pojawiać informacje, że psy usiekały z posesji i były poszukiwane przez właścicieli.
- Ale na dzień dzisiejszy nie ma już tych wiadomości - mówi ojciec 9-latka.
Sprawą zainteresował się poseł Adam Gomoła, który poinformował, że podczas dyżuru poselskiego spotkał się z rodziną pogryzionego Miłosza.
„W poniedziałek podczas dyżuru poselskiego gościłem rodzinę tragicznie pogryzionego Miłosza, który ledwo uszedł z życiem po ataku dwóch psów w piątek w Maciowakrzu w województwie opolskim” - przekazał poseł Adam Gomoła.
Parlamentarzysta zwrócił uwagę, że z informacji przekazanych mu przez rodzinę i mieszkańców wynika, iż mogło nie być to pierwsze niedopilnowanie zwierząt.
„Dlatego skierowałem interwencję poselską do gminy Pawłowiczki i Komendy Powiatowej Policji w Kędzierzynie-Koźlu z zapytaniem o dotychczasowe zgłoszenia i podjęte reakcje w tej sprawie, aby odpowiedzieć na pytanie, czy dało się uniknąć tej tragedii” - napisał poseł.
Po interwencji posła policja sprawdziła, czy pod wskazanym adresem, bądź na terenie miejscowości, były wcześniej zgłoszenia dotyczące nieodpowiedniego nadzoru nad psami albo informacje o zwierzętach, które mogły stwarzać zagrożenie.
- Nie ujawniliśmy takich interwencji, jak również dzielnicowy tamtego rejonu nie otrzymywał żadnych sygnałów od mieszkańców w takowej sprawie - przekazała nam mł. asp. Klaudia Tokarczyk, oficer prasowy Komendy Powiatowej Policji w Kędzierzynie-Koźlu.
Rower i klapki
Rodzina ma również zastrzeżenia do tego, co działo się po zdarzeniu. Ojciec Miłosza twierdzi, że z miejsca miały zniknąć rzeczy należące do dziecka, w tym rower i klapki. Jak podkreśla, nie wie, kto je zabrał ani kiedy dokładnie wróciły na posesję.
- Najgorsze, że rower zginął, klapki zginęły z tej drogi. Po dwóch, trzech dniach patrzę, ten rower jest w garażu. Nie wiem, kto go przyniósł - mówi Norbert Sławik.
Ojciec chłopca mówi także o napiętych relacjach z sąsiadami, właścicielami owczarków, które zaatakowały jego syna.
- Obrażeni są na mnie. Nie wiem, czemu się obrazili. Do niedzieli chcieli jakby mnie udobruchać, że nic się nie stało, że oni pomogą - relacjonuje ojciec Miłosza. - To jest mój syn. Co oni myślą, że ja nie będę walczył? - mówi poruszony.
Ojciec chłopca przyznaje, że rodzina skorzystała z pomocy adwokata. Jak mówi, chce zabezpieczyć interes syna, także z myślą o przyszłości.
- Jak nie będę walczył, to jak dziecko będzie miało 18 lat i będzie miało blizny, to powie: tata, a ty nic nie zrobiłeś w tej sprawie. Ja robię to, co muszę - mówi ojciec Miłosza.
Chłopiec cały czas przebywa w szpitalu w Opolu. Przy dziecku od początku jest jego mama. Ojciec przyznaje, że rodzina funkcjonuje obecnie w ogromnym stresie, próbując jednocześnie opiekować się pozostałymi dziećmi i organizować dalszą pomoc dla Miłosza.
Po ataku ruszyła zbiórka na leczenie i rehabilitację chłopca. Została uruchomiona 30 czerwca. Rodzina długo wahała się, czy prosić o wsparcie. Ojciec Miłosza podkreśla, że nie jest osobą, która łatwo decyduje się na publiczne zbieranie pieniędzy, ale skala obrażeń i konieczność dalszej rehabilitacji sprawiły, że pomoc będzie niezbędna.
- Ja nie chciałem od kogoś pieniędzy zbierać. Ale wiem, że takie rehabilitacje są ogromnym kosztem. Te pieniądze zdecydują, jak on będzie wyglądał w przyszłości - mówi ojciec chłopca.
Pierwszy próg zbiórki, wynoszący 50 tys. zł, udało się osiągnąć w ekspresowym tempie. Obecnie cel został podniesiony do 150 tys. zł. W piątek, 3 lipca, o godz. 10.00 na liczniku zbiórki było już 99 870 zł.
Poseł Adam Gomoła również zaapelował o dalsze wsparcie rodziny.
„Rodzina Miłosza jest bardzo wspierająca i jednocześnie bardzo skromna, na tyle, że musiałem namawiać ich, żeby założyć zbiórkę, która już udowodniła wielkość Waszych serc. Te pieniądze posłużą oczywiście wsparciu Miłosza w powrocie do pełnego zdrowia fizycznego i psychicznego po tym zatrważającym zajściu” - przekazał parlamentarzysta.
Aktualnie psy zostały poddane 15-dniowej obserwacji.
- Psy powinny przebywać w izolacji u właściciela. Są pod nadzorem lekarza weterynarii, który co kilka dni sprawdza, czy nie występują u nich objawy wścieklizny. Izolacja może zostać przedłużona do 21 dni. Psy miały zaświadczenia o szczepieniu, ale mimo to musimy to jeszcze zweryfikować - wyjaśnia Joanna Zdobylak, powiatowy lekarz weterynarii w Kędzierzynie-Koźlu.
Poniżej link do zbiórki na leczenie i rehabilitację Miłosza.



Napisz komentarz
Komentarze